„A za moich czasów…” – to kultowe określenie często pada z ust starszych sąsiadów, znajomych, wujków, rodziców i dziadków. Choć w przypadku tych ostatnich powinno ono brzmieć: „Dawno, dawno temu. Za górami, za lasami…”.

Tak zaczyna się wiele znanych nam bajek, lecz im do bajki, wydawać by się mogło, w życiu było daleko: wojny, powstania, zabory – tego wielu z nich było naocznymi świadkami.  Trudno oprzeć się wrażeniu, że gdy już sytuacja się ustabilizowała, to byli szczęśliwsi niż my dziś. Mimo że doświadczyli tak wielu krzywd, niegodziwości i trudów życia, a późniejsze czasy do lekkich również nie należały, to cieszyli się z każdego nowego dnia. Przecież wszystko, co najgorsze, mieli już za sobą. Co gorszego mogło ich spotkać? Trudno się z tym nie zgodzić.

Chyba każdy tego doświadczył, mając dziadków z tamtego okresu. Opowieściom z frontu i dawnych dziejów narodu, regionu czy rodziny nie ma końca. Do młodego człowieka dotrze, jak wiele stracił poprzez swoje „słuchanie, bo wypada” lub „na pół gwizdka”, gdy już „ma swoje lata” i okazuje się, że z chęcią posłuchałby historii o dawnych dziejach, a niestety, nie ma już komu ich opowiadać. Mimo wszystko z wielu rozmów, które odbywałem z osobami starszymi (nie tylko z rodziny, byli wśród nich również kombatanci wojenni i repatrianci, nigdy nie słyszałem, aby ci uskarżali się na swój los.

Moje pokolenie miało, jako jedno z ostatnich, możliwość poznania historii wojennej niemal z pierwszej ręki. Szkoda tylko, że tak mało osób z tego korzystało, bo być może dziś byśmy zupełnie inaczej podchodzili do prób pisania historii na nowo i nie dałoby się tak łatwo manipulować niezaprzeczalnymi, jakby się mogło dotychczas wydawać, faktami. Każdy zdawałby sobie sprawę, że historia i czasy, w jakich żyli nasi dziadkowie i pradziadkowie, wcale nie była taka jednopłaszczyznowa i nie należy jej czytać tylko w białych lub czarnych barwach.  Wydawać by się mogło, że każdy rozsądnie myślący doskonale zdaje sobie sprawę jak ciężkie to były czasy i jak wpływały na psychikę ludzką oraz jak silne potrafią być instynkty przetrwania i do czego mogą one posunąć jednostkę. Ale jak jest – każdy widzi. Jeszcze trochę, a podręczniki do historii z lat dziewięćdziesiątych trafią na przemiał lub do wykazu ksiąg zakazanych.

Przykładem, dokąd zmierzamy niech będzie rozmowa wnuczki z dziadkiem, który opowiada (co warte zaznaczenia, niebawem pełnoletniej już latorośli), jak to było za wojennych czasów. Wnet dziewczyna przerywa starcowi i niemal z wyrzutem stwierdza, że dziadek ją okłamuje, bo pani na historii mówiła coś zupełnie innego. Dziadek lekko skonsternowany, zapytał: „Komu bardziej wierzysz, Agatko? Dziadkowi, co brał udział w wojnie i na niej stracił oko, czy jakiejś pani, co wojnę zna tylko z tego, co jej wpoili do głowy?”. Wnuczka wzruszyła tylko ramionami i słuchała dalej, ale już jakby bez przekonania.

Gdy pisałem te słowa, była dość późna noc. Byłem w trakcie odliczania do „godziny zero” w moim życiu i sporych zmian, które z pewnością ukształtują moje najbliższe miesiące i lata. Na początek najdłuższe wolne (pomijając absencje chorobowe), na które kiedykolwiek wypisałem wniosek urlopowy. Natchnieniem do napisania tego tekstu był dla mnie wieczór, kiedy to wróciłem wspomnieniami do własnego dzieciństwa. Zdałem sobie sprawę, jak fajny był to czas.

Pomijam fakt, że przez dłuższy czas jedyną troską była nauka, a gdy już się osiągnęło pewien wiek, to z racji wychowywania się na wsi, doszły też inne obowiązki. Były wśród nich zarówno te, które miały w sobie więcej frajdy niż przymusu, jak również te, które znamy z dziś, kiedy trzeba wstać z łóżka i iść do pracy, bo przecież za coś trzeba żyć.  Ale nie o tym dziś. Końcówka lat osiemdziesiątych i całe dziewięćdziesiąte to szereg przemian ustrojowych w naszym kraju. To wówczas z jedynie dotąd słusznego systemu przeobrażaliśmy się w czasy, które miały być lepszymi, bardziej obywatelskimi, sprawiedliwymi i cywilizowanymi. Czy to się udało, nie mnie oceniać. Stwierdzam jednak, że czasy, które mamy obecnie, coraz mniej mi się podobają. Oczywiście mają wiele zalet, których za nic w świecie bym nie zamienił za nic innego. Chyba nikt z nas nie wyobraża sobie dziś stania w długich kolejkach w sklepie – a jeśli ktoś chce posmakować tamtego kolejkowego klimatu, wystarczy wybrać się na zakupy w sobotę. Przy dobrych wiatrach to i kolejki się zobaczy, i półki, na których tylko ocet się ostał.

W moich czasach o internecie nikt nie słyszał, a znajomych poznawało się i spotykało się z nimi na trzepaku lub pobliskiej łące, gdzie o umówionej godzinie zjawiali się wszyscy jak jeden mąż. Na przeszkodzie, by spotkać się w pełną paczką, potrafił stanąć tylko szlaban za złą naukę lub za zbyt siłowe przekonywanie rodzeństwa do swoich racji. Nawet pogoda nie miała takiej mocy, by kilka osób nie chciało się ze sobą spotkać. A dziś już samo wyjście z domu to prawdziwa kara. Młodzi wolą rozrywki przed komputerem, telewizorem bądź nosem w telefonie, a gdy już trzeba rozmawiać z innymi, to najlepiej też przez aplikacje, bo po co sobie język strzępić. Parę lat później podczas rozmowy o pracę taki delikwent ma problem ze złożeniem dwóch sensownych zdań. Kiedy się go zapyta, co ostatnio czytał, to jeśli już odpowie, odpowiedź brzmi: „posty na portalach społecznościowych”.

Pamiętam doskonale, że do dobrej zabawy wystarczyła wyobraźnia, ona działała cuda.  Nam zabawa choćby samymi kijami potrafiła zająć cały dzień. Dziś młodzi, by pograć w piłkę, potrzebują boiska, bramek i piłki. Za moich czasów wystarczyła tylko piłka. Bramkami mogły być plecaki, cegły, a nawet krowie placki na łące. A gdy już się siedziało w domu, to też wyobraźnia organizowała czas. Dziś wiele dzieci do zajęcia się sobą potrzebuje tableta lub telefonu. Co mniej oporni będą się bawić, ale bardzo szybko się nudzą. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że to kwestia czasów, w których przyszło żyć. Ja jednak wróciłbym do tamtych czasów, lecz chyba tylko z sentymentu i na krótko. I zaczynam rozumieć dlaczego nasi dziadkowie, choć mieli tak trudne czasy, często tak je wspominają.

Jedno jednak się zmieniło przez te wszystkie lata na plus. To spostrzeganie i wsparcie dla osób z niepełnosprawnościami. Dziś sytuacja tychże osób jest znacznie lepsza niż była ponad trzydzieści lat temu. I z tego należy się cieszyć, a do reszty zmian, niestety musimy przywyknąć lub starać się robić wszystko, by były one jak najmniej szkodliwe dla kolejnych pokoleń. Tego sobie i Państwu życzę.

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.