Taki dzień po prostu...

Taki dzień po prostu...

Urlop dawno planowany i odsuwany w czasie, z powodów, o których dużo by mówić, w końcu nadszedł. „Ale macie fajnie!” – słyszymy wokół, bo i owszem, postanowiliśmy przedłużyć sobie lato i w listopadzie uciec do Hiszpanii. Więc chyba mamy fajnie.

Ale zanim to fajnie nastąpi, myślę tylko o tym, że czeka nas przeprawa. Tak – nie podróż, a przeprawa. Chcę już być nad tym pięknym wybrzeżem, ale tak wiele musi się jeszcze wcześniej wydarzyć… Zawsze tak jest i byliśmy przygotowani na wiele.

Tak nam się przynajmniej zdawało…

2 w nocy – dzwoni budzik, o 4 trzeba być na lotnisku, bo tanie linie nie oszczędzają pasażerów w temacie godzin wylotów. Spałam… Hmm, chyba jednak nie spałam w ogóle. Jula pół-przytomna, ale jest ok jak na tę porę, choć wiem, że to dopiero początek bardzo długiego dnia. Szybka kawa i tradycyjny gorączkowy tryb myślowy pt. „czy wszystko spakowane?!”. Przy szybkim makijażu z cyklu „jakoś to będzie” puder w kulkach spadł ze stołu i radośnie rozkulkował się po całej podłodze…

Ok… Samochód, lotnisko, asysta dla niepełnosprawnych. Wiem, wiem, zawsze grzmię i zachęcam do latania, bo warto, bo wygodnie, bo wózkiem prosto do drzwi samolotu. I ok, tak zwykle jest. Ale to był ten dzień…

Pan z asysty poinformował nas, że samochód – podnośnik z windą się popsuł (nie że wczoraj czy nawet przedwczoraj, ale będzie już z miesiąc…). I że lotnisko nic z tym nie robi, póki co przynajmniej. Więc opcje są dwie: oni wniosą Julę po schodach do samolotu albo my. Nasuwa się od razu opcja numer trzy: „Żarty sobie robicie?!”. Ale oczywiście wniesiemy Julę sami.

Panowie od bagażu zabrali wózek tak szybko, że nie zdążyliśmy go złożyć ani zahamować, co znacznie zwiększałoby jego szanse powrotu po wylądowaniu do nas w jednym kawałku. Stewardessa zapewniła, że jest złożony. Nie pozostało nam nic jak jej wierzyć.

Sam lot wiadomo: Juli średnio wygodnie, ale dzięki ściągniętym wcześniej filmom podróż mija zwykle przyjemniej. I nie jest długa, bo 3 godziny z okładem.

Gorzej, gdy filmy nie działają… co okazuje się dopiero w samolocie. Taki dzień.  Cóż jeszcze? Nagle zamieszanie na drugim końcu samolotu, obsługa pyta, czy ktoś na pokładzie jest lekarzem.

Nikt.

Niewiele widzimy, ale jeden z pasażerów ma podawany tlen i potrzebuje karetki. Tak więc po godzinie lotu pilot Damian spokojnie przeprasza i informuje, że będziemy z tego powodu lądować w Berlinie.

Jesteśmy tam na lotnisku godzinę bez możliwości wyjścia z samolotu – dla Juli to dodatkowa godzina w niewygodnej pozycji. W rezultacie cała podróż samolotem trwała nie trzy, a pięć godzin. Jula, delikatnie mówiąc, wykończona. Ale w końcu dolecieliśmy – hiszpańskie słońce po wyjściu z samolotu wszystko nam zrekompensowało.

Znowu samochód i do hotelu.

Wchodzimy do apartamentu i co się okazuje? Wózek nie mieści się w żadnych wewnętrznych drzwiach… Taki dzień.

Ale jak?! Przecież byliśmy już w tym hotelu i nie było problemu. Oczywiście – dlatego że mamy nowy wózek. Jest szerszy. Kto by pomyślał, żeby to sprawdzić? Gdzie na stronach hotelu są informacje o szerokości drzwi?

Całe w tym szczęście, że w drzwi wejściowe i do windy się mieści. Na zapałki, ale się mieści. Bo inaczej koniec, śpimy na plaży. A z drzwiami wewnętrznymi sobie poradziliśmy. Konkretnie obsługa hotelu sobie poradziła – wyjęli je z futryn (!),  co okazało się wystarczyć.

Jesteśmy więc. Z kolejnym postanowieniem – nigdy więcej!

Tylko że po kilku dniach w słońcu i uśmiechu u Julci, której nie trzeba ubierać w czapki, szaliki i rajstopy pod spodnie, zdanie się zmienia na „jak dobrze tu być i ukraść jeszcze trochę ciepła”.

A że podróż tym razem wyjątkowo wyboista?

Cóż. Taki dzień po prostu.