PasjONaci: Wartości w muzycznej pigułce

PasjONaci: Wartości w muzycznej pigułce

Patryk Bielewicz, znany jako MC Sobieski, ma wiele pasji, które skutecznie łączy w tej największej: muzyce. Dysfunkcja wzroku nie przeszkadza mu w realizowaniu się jako artysta i ojciec, a z wyzwaniami – zarówno życiowymi, jak i tymi stawianymi przez fanów – mierzy się z uśmiechem, który chce przekazywać swoim odbiorcom.

Dlaczego wybrałeś właśnie taki pseudonim artystyczny?

Z zamiłowania do historii (śmiech). Ksywa powstała w liceum, całość owiana jest tajemnicą, wiedzą o niej tylko moi znajomi. To dość ciekawe, ale nikomu o tym jeszcze nie mówiłem. Właściwie po tylu latach mogę to w końcu zrobić, będziecie pierwszymi.

Uchyl rąbka tajemnicy.

Zawsze mówiłem o tym zamiłowaniu do historii, bo to ładnie brzmi. Tak naprawdę wyglądało to inaczej. W liceum była fala dla osób z pierwszej klasy, czyli tzw. kocenie, mówiąc kolokwialnie. W pewnym momencie jeden z kolegów z mojej klasy poczęstował papierosami starszych. Ja, oczywiście, nie paliłem, ale na drugi dzień kupiłem paczkę papierosów – to były Sobieskie – poszedłem za przykładem i starsi koledzy dali mi spokój, nie byłem kocony. Już następnego dnia wołali do mnie: „Sobieski”. Wszystko jakoś minęło, a inni też zaczęli tak na mnie wołać. Zostało na dłużej.

Od jak dawna zajmujesz się muzyką i co Cię do tego zainspirowało?

Zajmuję się muzyką od 16 roku życia. To były lata 90., wtedy zacząłem już odczuwać skutki mojej choroby oczu, szukałem sobie jakiegoś zajęcia. Wiadomo, na początku były to amatorskie próby muzykowania z kolegami. Wcześniej pisałem dużo wierszy. Zamiast uważać na lekcjach, bazgrałem moją poezję na ostatnich stronach zeszytu. Chciałem dodać do niej muzykę, zamienić ją w dźwięki. Tak to wszystko się zaczęło. Później takim krokiem, który zmienił moje życie, było założenie kanału na YouTube. Ten kanał stał się dla mnie alternatywnym światem i, nie ukrywam, narzędziem do walki z chorobą.

Od kiedy z nią żyjesz?

Dowiedziałem się o niej dość wcześnie. Miałem to szczęście, że urodziłem się w rodzinie kochającej: byłem dla rodziców oczkiem w głowie i starali się ze wszystkim mi pomagać. Gdy tylko zauważyli moje problemy ze wzrokiem, zaniepokoili się i zaczęliśmy jeździć po Polsce, szukać pomocy. Gdy miałem może 7–8 lat, jeden z lekarzy postawił diagnozę: zwyrodnienie barwnikowe siatkówki. Do tej pory przypadłość nieuleczalna, chociaż niedawno pojawiła się nadzieja. Podobno jesteśmy ostatnim pokoleniem, które straci wzrok przez tę chorobę, a może jeszcze niektórzy załapią się, aby zobaczyć ten piękny świat. Właśnie trwają terapie wstępne. Zapisałem się w kolejce internetowej, zobaczymy co z tego wyjdzie – ważne, że jest nadzieja i warto czekać.

W jaki sposób choroba wpływa na Twoje życie?

Z upływem czasu tracę pole widzenia. Na dzień dzisiejszy przypomina to patrzenie przez słomkę do picia, więc jeszcze trochę widzę, nie jest to całkowita ciemność. Jako brzdąc tak naprawdę nie zdawałem sobie sprawy z tego, co mnie czeka. Dopiero później, w szkole podstawowej i w liceum choroba zaczęła mi dokuczać. Był to też okres, kiedy nie akceptowałem siebie. Ukrywałem fakt, że jestem chory przed rówieśnikami i nauczycielami. Tak na dobrą sprawę to był strzał w stopę, ponieważ wszyscy traktowali mnie jak pełnosprawnego nastolatka, a nie do końca tak było. Lekcje W–F–u były dla mnie koszmarem, bo rówieśnicy po prostu myśleli, że jestem gapą.  Przepisywanie z tablicy sprawiało mi wiele trudności, omijałem dużo rzeczy, a to odbijało się na moich stopniach. Wszystko zmieniło się dzięki muzyce. Uwierzyłem w siebie i w pewien sposób pokonałem chorobę, to znaczy stanąłem z nią w ringu i ją znokautowałem – zaakceptowałem ją i przyzwyczaiłem się do niej.

Miałeś do tego jakiś impuls, wydarzyło się coś konkretnego czy był to raczej proces, który postępował wraz z Twoim zaangażowaniem w tworzenie muzyki?

W momencie gdy uzyskiwałem coraz większe grono odbiorców i fanów na moim kanale, dostałem wiadomość od jednego widza, który podziękował mi za uratowanie życia. Pisał, że chciał popełnić samobójstwo, był do tego zupełnie zdeterminowany i przygotowany. Chciał w Internecie napisać do swoich znajomych ostatnią wiadomość. Akurat wtedy wrzuciłem piosenkę o tytule „Nie płacz”. Był to utwór, który mówił o tym, że pewne sprawy i pochopne czyny trzeba odłożyć na później, przestać się załamywać – przemyśleć różne kwestie i zacząć cieszyć się życiem. Tam padają słowa, że w życiu jest kilka złych momentów, ale tych chwil pięknych jest milion. I ten chłopak wziął do siebie moje słowa i tę piosenkę. Odłożył swoje samobójcze plany, a kilka miesięcy temu dostałem od niego wiadomość, że w tym momencie (a minęło kilka dobrych lat) ma rodzinę, dziecko i jest szczęśliwy. Wtedy stwierdziłem, że jeśli przez muzykę mogłem uratować czyjeś życie, że mam taką siłę przekazu, to tak naprawdę mogę zmieniać świat, a moja choroba mi w tym nie przeszkadza i nie stoi na drodze w tym co mogę osiągnąć. To był ten impuls. Doszedłem do wniosku: mimo że nie widzę, mogę stać się przewodnikiem dla innych osób. Przewodnikiem po świecie muzyki i po życiu, mogę wzbudzać w ludziach emocje, zmieniać ich światopogląd, myślenie. Poczułem, że to jest moja misja.

I chyba tak ją traktujesz.  Na Facebooku napisałeś, że dzielisz się muzyką, bo masz nadzieję, że Twoje teksty dotrą do odbiorców i tchną w nich nowe myśli i pozytywne czyny. Podkreślasz też, że muzyka może nieść ze sobą przekaz moralny i duchowy.

Tak jak powiedziałem. Naprawdę w tym świecie – mało emocjonalnym, pełnym technologii, smartfonów, pogoni za pieniądzem, w tym wyścigu szczurów – poprzez muzykę mogę wzbudzać w ludziach emocje, wywoływać uśmiech na twarzy. To jest wspaniałe. Przy okazji mogę uczyć czegoś, zachęcać do czegoś dobrego np. czytania – sporo moich utworów nawiązuje do książek. Chciałbym moich młodych widzów nakłonić do sięgania po interesujące lektury, oderwać ich od gier komputerowych i telewizji.

Muzyka to dla Ciebie sposób na życie, hobby, praca? 

Wszystko to, co wymieniłaś. Hobby uważam za coś dodatkowego, co robię od czasu do czasu, np. pomajsterkuję sobie lub coś ugotuję, bo lubię. Muzyka to bardziej pasja – coś, co stoi wyżej w hierarchii niż hobby i zainteresowania. Pasja jest w sercu, bez tego nie potrafię wyobrazić sobie życia i funkcjonować normalnie. Moje serce podzieliło się na kilka elementów: rodzinę, dziecko, Boga i muzykę. Muzyka jest dla mnie bardzo ważna i nazwałbym ją nawet moją miłością, powiedziałbym dalej: to sposób na życie i praca. Nie ma z tego wielkich profitów, ale ja nigdy nie chciałem zarabiać na muzyce. Gdyby tak było, już dawno wydałbym płytę w jakiejś wytwórni, a wielokrotnie odmawiałem tego, bo wiem, że nie byłbym wtedy niezależny. Wytwórnie narzucają artystom to, co mają robić bądź wykreślają to, co im się nie podoba. Ja chcę po prostu dawać 100 procent z mojego serca, dlatego wolę nagrywać u siebie w pokoju, sam wszystko miksować i wtedy brzmi to naturalnie, tak jak ja chcę, żeby brzmiało. Żyję z kanału, który prowadzę: z wyświetleń i reklam; z koncertów; ze zleceń dla różnych firm. Zarabiam na życie robiąc to, co kocham.

Na swoim koncie masz trzy albumy: „W krainie luster”, „Iluzjonista” i „Czasoprzester”.

Wyszła jeszcze czwarta płyta, wydana nakładem własnych sił, zatytułowana „Pierwiastek życia”. Każda z tych płyt jest inspirowana fantastyką – nie stricte książkową, ale tą w mojej głowie, która we mnie siedzi. Trochę sam próbuję zaczarować i pokazać mój świat. „W krainie luster” to płyta do przemyśleń, refleksyjna, melancholijna, pełna trudnych metafor, przenośni i kolorytu. Chyba wszystkie płyty takie są, bo taką muzykę chciałbym tworzyć. Chciałbym trafiać do ludzi bezpośrednio. Na kanale jest różna grupa odbiorców, w różnym wieku – chciałbym, żeby każdy coś dla siebie znalazł. Płyty są nieco trudniejsze, cięższe w kwestii środków stylistycznych i doboru tematyki. Trochę ambitniejsza muzyka, która w dzisiejszych czasach chyba by się nie sprzedała – i właśnie taką chciałbym robić.

Chcesz wszystko robić sam od A do Z. Jesteś autorem swoich tekstów, śpiewasz je. Co z linią muzyczną? Sam tworzysz ścieżkę dźwiękową czy współpracujesz z innymi artystami?

W tej kwestii współpracuję z naprawdę fajnymi ludźmi. Pierwsze trzy płyty stworzyłem wspólnie z SYCHEM i Marcinem Sułkiem. Tworzyliśmy fajną wybuchową mieszankę, miszmasz artystyczny. Współpracowałem też z wieloma znanymi raperami. To niesamowite, jak muzyka łączy ludzkie losy. Szukałem nowego brzmienia, inspiracji i producenta, który wniósłby coś nowego. Napisałem do Adama, ksywa Paradox, okazało się, że pochodzi z mojego miasta, czyli Kalisza. Adam przyznał, że w dniu, gdy otrzymał moją wiadomość, mówił swojej narzeczonej, że kończy z muzyką. Zmienił jednak zdanie, zaczęliśmy wspólnie pracować. Stworzyliśmy kilka naprawdę świetnych piosenek i razem bawimy się muzyką. Inny producent, z którym współpracuję na stałe to Czyszy, z kolei w montażu klipów pomagają mi Mariusz Wywiał i Kacper Stasiełuk.

Czy Twoja dysfunkcja wzroku w jakiś sposób stawia Ci wyzwania pod względem technicznych aspektów tworzenia muzyki?

To nie ma żadnego wpływu. O tyle mam po prostu trudniej niż inni artyści, że moje teksty muszę mieć w głowie. Wielu wokalistów podczas nagrywania utworów ma przed sobą zapisany na kartce tekst. Ja muszę mieć to w pamięci. Wydaje mi się, że jest to dobre, ponieważ gdy czytamy z kartki, jest to trochę mechaniczne: śledzimy tekst, nie wiemy, co będzie dalej, a tutaj – w głowie – z wyprzedzeniem wiem, co nastąpi, co chcę wyrazić, jakie emocje przekazać. Rapowanie i śpiewanie z pamięci wydaje mi się bardziej naturalne.

Bo wszystko idzie bezpośrednio i z głowy, i z serca.

Tak. Jeśli chodzi o sprawy techniczne związane z miksowaniem utworów, to nie jest tak źle, ponieważ technologia idzie do przodu. Pojawiają się programy, syntezatory, czytniki ekranu, które bardzo ułatwiają osobom niewidomym. Tak naprawdę bywa tak, jakbym miał obok siebie osobę, która czyta wszystko na głos – robot z komputera to robi i daje radę.

Jakbyś zdefiniował gatunek, w którym tworzysz?

To nie jest do końca rap, ja bym tego tak nie nazwał. Trochę rapuję, czasem lubię sobie coś podśpiewać, ale nie jestem raperem z prawdziwego zdarzenia. Można powiedzieć, że jakby w pełni nie utożsamiam się z kulturą rapową, zwłaszcza dzisiejszą. Jestem po prostu chłopakiem, który sobie coś podrapowuje, jeśli mogę tak powiedzieć. Bardziej nazwałbym siebie muzykiem amatorem.

Nie da się nie zauważyć, że Twoja twórczość jest bardzo intertekstualna:  jest w niej dużo odniesień do literatury, filmu, popkultury. Masz wykształcenie humanistyczne czy po prostu w ten sposób w muzyce ujawniają się Twoje zainteresowania?

W liceum byłem w klasie humanistycznej, ale wydaje mi się, że to nie ma nic z tym wspólnego. Po prostu moja muzyka jest inspirowana tym, co jakby w duszy gra, co wokół mnie, co w moim sercu. Przekazuję wszystkim wartości, które są dla mnie ważne. Wszystkie zainteresowania światem i wydarzenia, które w danym momencie siedzą w mojej głowie, również przelewam na papier. To całe moje życie zawarte w dźwiękach.

Jako człowiekowi, który na co dzień zajmuje się słowem, podoba mi się obecność tekstów kultury w muzyce. Jaka jest największa inspiracja kulturowa w Twojej twórczości?

Ogólnie fantastyka. Zawsze byłem marzycielem, od dziecka miałem bujną wyobraźnię i trochę płynąłem na skrzydłach fantastyki, a to przełożyło się w pewien sposób na dorosłe życie. Kocham ten klimat, kocham ludzi, którzy potrafią przekroczyć pewne granice tego, co logiczne. Zawsze powtarzam, że logika do nieba wchodzi po drabinie, a fantazja dostaje się tam na skrzydłach. To jest fakt. Dużą inspiracją w mojej muzyce jest fantastyka, a szczególności nasz rodzimy „Wiedźmin” i słowiańskie obyczaje, postaci. Doceniam plastyczne pióro i wyobraźnię pana Sapkowskiego, coś niesamowitego. Jest tyle ciekawych wątków, które chciałbym jeszcze ująć.

Cykl o „Wiedźminie” znany jest od dawna, ale znacząco zyskał na popularności w ostatnich latach, ze względu na gry. Twój wybór: gra czy książki?

Książki. Muszę w tym momencie zaznaczyć, że nie ograniczam się tylko do fantastyki: czytam wszystko. Jestem molem książkowym, przesłuchuję kilkadziesiąt książek rocznie. To ogromna rozbieżność: od kryminałów, przez thrillery, sensację, po wszystko właściwie. Po prostu lubię dobrą książkę i nie ogranicza mnie gatunek. Na gry nie mogę za bardzo sobie pozwolić, chociaż – może ktoś o tym nie wie – istnieją gry dla osób słabo– i niewidzących; na moim kanale można znaleźć filmiki z dwóch takich gier.

Myślałeś o tym, żeby kiedyś w poszukiwaniu nowych wyzwań spróbować na przykład stworzyć grę? Widzisz w tym jakiś potencjał dla swojej aktywności artystycznej?

Nie (śmiech). To znaczy, jeśli chodzi o fabułę do takiej gry, mógłbym podjąć rękawicę i spróbować napisać coś takiego, ale stworzyć całą? Nie, nie mam takich predyspozycji technicznych, a programowanie to dla mnie dopiero fantastyka. Do pewnej gry podkładałem już głos, byłem lektorem, więc mam jakieś doświadczenie na tym polu. Chciałbym stworzyć muzykę do jakiejś produkcji, bardzo chętnie – tutaj czułbym się pewnie, to jest mój grunt i wiedziałbym, że się pode mną nie zapadnie.

Można zauważyć, że Twoi fani to bardzo zgrana i aktywna społeczność, która zdaje się odgrywać dużą rolę w procesie twórczym. Opowiedz mi o wyzwaniach „MC Sobieskiego”.

Moja publiczność sama nazywa się Armią, a mnie swoim generałem (śmiech), tak to sobie wymyślili. Ja lubię rzucać im pod nogi kłody, a oni podnoszą mi poprzeczkę. Namówiłem ich do tego, by bawili się ze mną muzyką. Ta muzyka, którą na co dzień słychać w radio i w telewizji, jest dość monotematyczna i schematyczna, większość utworów mówi o tym jak bardzo dziewczyna cierpi, bo ją opuścił chłopak i tak dalej. Chciałem, żeby ludzie zaczęli się tą muzyką bawić, bo ja cały czas to robię. Doświadczam czegoś nowego, wdrażam w życie nowe pomysły, żeby uniknąć nudy i czerpać satysfakcję. Pomagają mi w tym moi widzowie, którzy utrudniają mi życie: stawiają przede mną muzyczne wyzwania, które ja podejmuję.

Wyzwania są bardzo zróżnicowane tematycznie. Widziałam tytuły bajek, nazwy kolorów…

Tak, dużo tego jest. Niektóre z nich są bardzo trudne, np. w jednym utworze każde słowo musiało zaczynać się literą „p” i nic poza tym. Raz fani poprosili mnie, żebym stworzył im ściągę na lekcję historii, więc aby łatwiej było im na egzaminach, stwierdziłem: „dlaczego nie?”. Kiedyś wplotłem w utwór wszystkie tytuły lektur dla klas gimnazjalnych, niedawno miałem nagrać historię Polski w muzycznej pigułce: od chrztu Polski do lat 80. ubiegłego wieku. Nawet napisał do mnie nauczyciel historii jednego z liceów i podziękował, bo jego klasa poprawiła wyniki w egzaminie. Innym razem musiałem wpleść jak najwięcej tytułów filmów: udało mi się chyba z 50. Jedno wyzwanie było tak zwariowane, że miałem napisać poważny utwór z imionami Smerfów. Nazwałem go „Błękitne marzenia”. Kiedyś musiałem podjechać do McDonald’s i na McDrive złożyć zamówienie rapując. Nigdy się nie nudzę (śmiech).

Mówisz, że Twoi fani podnoszą poprzeczkę każdego dnia. Czy Ty rzucasz wyzwania im? Motywujesz ich do różnych działań?

Kiedyś odbywała się akcja charytatywna „Music for a life”, w której artyści tworzyli utwory, fani głosowali na swoje ulubione, a pieniądze szły na szczytny cel, który miał wspierać głuchonieme dzieci. Wygraliśmy tę akcję, zebraliśmy największą liczbę smsów. Razem z moimi widzami możemy wiele zrobić, pomóc ludziom. Zawsze mogę na nich liczyć: są armią, walczą razem ze mną i właśnie w takich akcjach to jest najpiękniejsze.

Jest jeszcze jeden istotny aspekt Twojej twórczości. W 2016 roku przy okazji mistrzostw Europy w piłce nożnej nagrałeś „Hymn reprezentacji Polski”, a nadesłany nam utwór zadedykowałeś polskiej reprezentacji w goalballu. Czym dla Ciebie jest sport?

Sport był nieodłączną częścią mojego życia, ponieważ mój tata był piłkarzem ręcznym. Od dziecka jeździłem z nim na wszystkie mecze, kibicowałem mu. Sport ciągle był w telewizji, zamiast bajek oglądałem z tatą mecze. Bardzo to lubiłem, ponieważ on jest emocjonalnym człowiekiem i strasznie to przeżywa. Lubiłem patrzeć na jego zachowanie: ruchy, mimikę i okrzyki. Do dzisiaj spotykamy się i wspólnie spędzamy czas przed telewizorem, gdy leci mecz. No, niestety, nie mogłem iść w ślady ojca, nie zostałem sportowcem, chociaż pewnie takie były plany i marzenia. Bardzo lubię piłkę nożną, sporty walki, lekkoatletykę, siatkówkę. Właśnie nagrałem piosenkę dla naszych siatkarzy, w której w imieniu kibiców dziękuję za niesamowite emocje podczas mistrzostw świata. Śledzę praktycznie wszystko, gdzie występują biało–czerwoni, jestem na bieżąco. Sport pozwolił mi też spełnić marzenie.

To znaczy?

Jak sama zauważyłaś, tworzę piosenki zagrzewające Polaków. Moim marzeniem było, aby utwór dotarł do naszych reprezentantów – chciałem dać im ducha walki. To marzenie się spełniło. Dostałem odpowiedź od Kamila Grosickiego, który podziękował mi w imieniu drużyny. Piłkarze w szatni puszczali sobie moją piosenkę. To coś wspaniałego – przykład na to, że marzenia się spełniają. Trzeba wierzyć, walczyć i nie poddawać się. Mam na swoim koncie jeszcze jeden sukces związany z muzyką i sportem.

Jaki?

W 2012 roku stworzyłem pierwszy utwór dla reprezentacji. Ogłoszono wtedy konkurs „Hit dla biało–czerwonych”. Do finału dostało się dziesięciu artystów, m.in. Maryla Rodowicz, Feel, Wilki, Lombard i wielu innych „dinozaurów” polskiej muzyki rozrywkowej, no i ja. Zająłem drugie miejsce w tym konkursie, wyprzedzając ich. To było niezwykłe doświadczenie. Człowiek, który muzykę nagrywa we własnym pokoju, mógł znaleźć w takim gronie. Przy okazji dowiedziałem się, że Maryla Rodowicz jest moją fanką. Siedzieliśmy przy stoliku, podeszła do mnie jej menadżerka i powiedziała, że gwiazda chciałaby zrobić sobie zdjęcie ze mną – coś niesamowitego.  Warto wierzyć w marzenia i to, że się spełniają. To, że mamy jakąś niepełnosprawność, nie przekreśla nas w dążeniu do nich, w podejściu na szczyt. Możemy zmieniać ten świat. Ważne jest to, żeby nie czuć się gorszym od innych.

Co jeszcze, poza muzyką, literaturą i hobby, zajmuje Twój czas?

Zabawa z dzieckiem. Mam 7–letniego syna i każdą wolną chwilę poświęcam jemu. Wiem, że dzieci szybko rosną. W pewnym momencie mrugnę okiem, on już będzie dorosły, nie będzie chciał się ze mną bawić i przytulać, więc wykorzystuję ten moment, gdy jeszcze chce (śmiech).

O marzeniach trochę powiedziałeś. Jakie jest największe życiowe wyzwanie, które sam sobie postawiłeś?

Moim największym wyzwaniem jest wychowanie syna na dobrego człowieka. Abym mógł kiedyś spojrzeć w lustro i powiedzieć, że przekazałem mu dobre wartości. To moje największe i najtrudniejsze wyzwanie. Moje marzenia już się spełniły. Mam kochającą żonę, dziecko, fanów, którzy mnie wspierają, więc jestem spełnionym człowiekiem i nie potrzebuję nic więcej ponad to co mam.

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.