Podczas urlopu można być aktywnym na wiele sposobów. Remont w mieszkaniu, wczasy nad polskim morzem lub górach, żeglowanie po Mazurach, wizyta u rodziny na wsi i okres żniwny lub najzwyczajniej można odpocząć w samotności lub z bliską osobą w domu przed telewizorem.

Dawno już minęły czasy, kiedy taka aktywność skazana była na bezcelowe „zbijaczoczasowe” oglądanie dostępnych kanałów telewizyjnych. Szczególnie było to trapiące, gdy dochodziło się do osiemdziesiątego kanału, a tam nic lub kolejna powtórka powtórki. W końcu okres wakacyjny, do którego wracam w tym tekście, to od wieków sezon ogórkowy nie tylko w mediach, ale szczególnie w ramówkach telewizyjnych. Dziś jednak mało kto ogląda już telewizję.

Mało kto, jeśli już ma telewizor, to ma zwykły odbiornik z pilotem do skakania po kanałach. Obecnie to już część naszego inteligentnego domowego świata. Oprócz lodówek, ogrzewania i oświetlenia sterowanych przez wi-fi i aplikacje w telefonie, mamy też gros urządzeń z funkcjami, o których jeszcze kilka lat temu można było tylko pomarzyć. Jednym z nich jest Smart TV, czyli sprzęt zwany dawniej telewizorem. Dziś jego podstawowa funkcja, czyli możliwość odbioru kanałów telewizyjnych, znana jeszcze z lat 80. i 90., jest już tylko dodatkiem. Dziś liczy się wielkość ekranu, a przede wszystkim to, co ten odbiornik „potrafi”. Stąd też z pudła zajmującego kiedyś „pół pokoju” dziś mamy płaski ekran, który bez problemu możemy powiesić na ścianie w dogodnym dla siebie miejscu, najlepiej naprzeciw kanapy, by można było w spokoju relaksować się, „pochłaniając” filmy oraz kolejne sezony ulubionych seriali.

Tak, tak, najlepsze, co dają nowe telewizory, to możliwość łączenia się z internetem, a co za tym idzie, oglądania nowego wymiaru telewizji. Takiego, w którym płaci się za dostęp do danej platformy i bez jakichkolwiek reklam można „połykać” wręcz całe filmy i sezony seriali w jeden dzień, a gdy i go zabraknie, to również są godziny wieczorne i nocne. Sen? Ale po co? Fabuła tak wciąga, że nie można już doczekać się tego, co wydarzy się w kolejnym odcinku.

Jeszcze kilka lat temu trzeba było czekać w najlepszym wypadku cały dzień, a w najgorszym tydzień, by zobaczyć, co wydarzy się w kolejnej części naszego ulubionego serialu. Z kolei, długość oglądanego filmu niejednokrotnie zwiększała się o trzy czwarte, gdyż trzeba było dodać wlekące się w nieskończoność reklamy, które zazwyczaj „wchodziły” w najmniej oczekiwanym momencie. Często trwały wręcz tyle, że można było odwiedzić znajomych w sąsiednim województwie i wrócić ze świadomością, że nie przegapiło się początku kolejnej części przerwanego filmu. Dziś, mając dostęp do internetu i platform, chłoniemy wszystko tu i teraz. Nie musimy czekać. Tracimy tym samym poczucie upływu minut, godzin, a zarazem stajemy się zabójcami własnego wolnego czasu.

Chyba każdy, kto ma dostęp do tej technologii, zarwał przynajmniej jedną noc lub dzień, oglądając kolejno filmy czy wielosezonowe seriale. W takich chwilach nie liczy się nic. Robimy tylko krótkie pauzy na wyjście do toalety, by coś przegryźć lub przejść się do kuchni po herbatę lub kawę. Choć znam takich, co zasiadając do serialu naszykowali sobie ogromny zapas zimnych przekąsek i napojów będących w obrębie ręki, by nic nie odrywało ich na zbyt długo od dziejącej się na ekranie fabuły. Te osoby, gdy są w tzw. „ciągu serialowym”, do toalety chodzą, kiedy już naprawdę muszą, a wracają przed ekran wręcz biegiem, jakby ścigali się w obawie, że wciśnięta pauza nie zadziałała lub współtowarzysz jednak nie wytrzymał i rozpoczął oglądanie dalszej części bez niego. Nie muszę nikomu chyba mówić, że oglądany na takiej platformie serial lub film można w każdej chwili przewinąć do momentu, który się widziało przed opuszczeniem „stanowiska”.

Nie ukrywam, sam korzystam z kilku platform tego typu, a z dwóch dość regularnie. Oczywiście zdarzyło mi się zarywać noc, by obejrzeć kolejny odcinek ulubionej produkcji motoryzacyjnej czy kolejny odcinek serialu. Daleko mi jednak do stereotypu serialowego maniaka, jaki znam z opowieści znajomych. Z jednej strony wynika to pewnie z braku czasu, ale też nikomu niezrozumiałej (nawet mnie samemu) logice dobierania tego, co chcę obejrzeć. Podobnie mam z książkami. Mam ich bardzo dużo i w większości trudno znaleźć w nich jakiś klucz, którym kierowałem się, decydując się na zakup.

Moja żona, która ma zupełnie inny gust filmowy i serialowy niż ja (co nie oznacza, że nie trafiamy na produkcje, które „wciągną” nas oboje – o jednej z takich już za chwilę), ogląda znacznie więcej. To za sprawą, że przebywa od jakiegoś czasu na zwolnieniu lekarskim i ma sporo czasu na to, by móc oglądać to, co wyda jej się warte uwagi. Któregoś wieczoru wpadł jej w oko jeden serial. Niby niedługi, gdyż tylko osiem odcinków. Jakież było jej rozczarowanie, kiedy okazało się, że produkcja ta jest nieco inna niż te, które do tej pory oglądała. Po godzinie usłyszałem: „Ale jak to, kolejny odcinek za tydzień?”. I zdałem sobie wówczas sprawę, że oprócz tego „zabójcy czasu” platformy te sprawiły, że nasze życie stało się jeszcze bardziej „zmagdonaldyzowane”. Spieszę już wyjaśnić, co mam na myśli.

Wierni Czytelnicy z pewnością pamiętają to określenie, gdyż już raz, może dwa używałem go w swoich tekstach. Chodzi o „magdonaldyzację” życia, czyli określenie wywodzące się od nazwy popularnej restauracji stawiającej na szybkość obsługi klienta. Platformy VOD sprawiły, że widz przyzwyczaił się, że treści dogodne dla siebie może otrzymać w dowolnym dla siebie czasie. Oczywiście, sezonowość została zachowana, lecz sposób prezentacji uległ znacznemu przyspieszeniu niż miało to miejsce w analogowej telewizji. Sprawiło to, że (podobnie jak z informacją w mediach) widz chce otrzymywać jak najwięcej w jak najkrótszym czasie. We wspomnianych już choćby latach dziewięćdziesiątych, by obejrzeć interesujący nas serial potrzeba było niejednokrotnie pół roku – jeden odcinek w tygodniu. Kształtowało to cierpliwość człowieka, a zarazem emocje towarzyszące przeżywaniu fabuły rozkładały się na dłuższy okres. Dziś, kiedy mamy możliwość obejrzenia sezonu w jeden dzień, zaburzamy tę równowagę emocjonalną. Stajemy się bardziej nerwowi, mniej cierpliwi i bardziej podatni na emocje, które przecież kumulują się w nas przez te godziny oglądania. Znane jest określenie „podprogowego działania”, jakie stosowane jest w reklamach, które ma w oglądającym wywrzeć poczucie, że tu i teraz potrzebuje tego produktu. Podobne zabiegi stosowane są od wieków w serialach. Odcinki są tak skonstruowane, by ich zakończenie nie dość, że trzymało w napięciu, to sprawiło, że widz chce oglądać więcej. Każdy zna przecież tą irytację, kiedy siedzi przed telewizorem i widzi zakończenie odcinka, które zapowiada prawdziwe emocje w następnym, a ten pojawi się w najlepszym wypadku za 24 godziny lub w najgorszym – 7 dni. Dziś ta irytacja postępuje, kiedy potrzeba odejść od telewizora lub co gorsza, zabraknie internetu lub ten się zawiesi.

Zostańmy jednak przy wspomnianych już emocjach. Są produkcje, które ogląda się dla relaksu i poprawy humoru. Są też takie, które poruszają tematy trudne, tabu i społecznie wykluczone. I to te drugie potrafią sprawić, że z zapartym tchem będziemy śledzić losy bohaterów, doszukując się w nich doświadczeń własnych lub czekając na zakończenie. Przez ostatnie półtora roku obejrzałem kilka takich produkcji. Były wśród nich i te lżejsze, i te cięższe. Jedna z nich skłoniła mnie do napisania tego tekstu. Paradoksalnie nastąpiło to dopiero po kilkunastu miesiącach, gdy w opinii publicznej pojawiły się informacje, że producenci zmuszeni byli ocenzurować zakończenie pierwszego sezonu, gdyż doprowadził on do wielu prób samobójczych. I tutaj pojawiły się we mnie wątpliwości, jak to możliwe, że ktoś tak utożsamił się z jednym z bohaterów serialu, że postanowił sobie odebrać życie. Celowo nie piszę tutaj konkretnie o kogo chodzi i w jakim serialu, gdyż nie chciałbym „spojlerować”. Ci, co widzieli ten serial, wiedzą, o którym mówię, innym może będzie dane go zobaczyć i nie chciałbym zabierać im ani grama emocji, które tam występują.

Serial opowiada o przyjaźni, miłości, prześladowaniach, intrygach, molestowaniu, przemocy, mobbingu i gwałtach wśród młodzieży. Czyli o wszystkim tym, czym żyje amerykański nastolatek, ale moim zdaniem, wiele z poruszonych tam problemów znajduje swoje odzwierciedlenie także na polskim gruncie. Uważam wręcz, że pierwszy sezon powinien być pokazywany w każdej szkole i być poprzedzony rozmową z uczniami o skutkach, jakie niesie nieodpowiedzialne i naganne zachowanie względem drugiej osoby.

Koniec pierwszego sezonu przynosi dramatyczne rozstrzygnięcie. Przez ponad trzy minuty widzimy próbę samobójczą (dodajmy, że skuteczną) jednego z bohaterów. Oglądając tę scenę miałem ciarki na plecach, a jej realizm połączony z muzyką potęgował emocje, jakie towarzyszyły mi przez cały serial i sprawiał, że człowiek zaczął się zastanawiać nad tym jak, wydawać by się mogło, większe i mniejsze czynniki skumulowane tragicznym wydarzeniem doprowadzają do jeszcze większej tragedii. Dało mi to wiele do myślenia.

Jakież było moje zdziwienie, kiedy po kilkunastu tygodniach dowiedziałem się, że producenci pod naciskiem opinii publicznej i przypadkach prób samobójczych ocenzurowali to zakończenie, zupełnie eliminując z niego tę scenę, pozostawiając całość w domyśle widza. Moim zdaniem, ten zabieg sprawił, że cały sens i puenta tych trzynastu odcinków została zniweczona.

Nie mam złudzeń, że w tym wypadku zadziałała uwielbiana przez wielu poprawność polityczna oraz lobby środowisk odpowiedzialnych za bezstresowy tryb życia nastolatków. Tylko pytam: w jaki sposób rozmawiać dziś z młodzieżą o trudnych rzeczach o ich problemach, nie pokazując im dobitnie do czego one prowadzą? W jaki sposób rozmawiać z młodymi ludźmi, skoro „pudruje się” rzeczywistość, a ich problemy i ich skutki stają się tylko tematem dyskusji, a nie są obrazowane w obawie przed reakcją słabszej części społeczeństwa?

Jestem świadomy, że znajdą się tacy, którzy na moje pytania odpowiedzą wręcz całymi esejami. Mam też świadomość, że rozmowa to jedno, edukacja to drugie, ale to doświadczenie wywiera na nas największy wpływ. Stąd też nie ma co zaklinać rzeczywistości tylko działać na rzecz tego, by do takich tragedii nie dochodziło. Wycięciem kluczowej sceny, będącej niczym klamra całej historii, nie sprawi się, że młodzi ludzie przestaną targać się na własne życie. Robili to i będą to robić. Tytułem końca, paradoksalnie drugi sezon kończy się dość brutalnie, tutaj jednak nikt chyba chce cenzurować, jakby na gwałty społeczeństwo było mniej wyczulone niż na samobójstwo.

Ważne, co niesie w przesłaniu ta produkcja, by odpowiednio szybko reagować na wszelkie symptomy mogące doprowadzić do tragedii i ich nie bagatelizować. Bo takie problemy nie rozwiązują się same, no chyba że nastolatek weźmie sprawy w swoje ręce.

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.