Recenzja: Jacek Hugo–Bader ”Dzienniki kołymskie”

Recenzja: Jacek Hugo–Bader ”Dzienniki kołymskie”

Aby napisać „Dzienniki kołymskie” Jacek Hugo–Bader przemierzył trasę od Magadanu do Jakucka, w sumie 2025 kilometrów. Nie jest to zwyczajna droga, to najdłuższy cmentarz świata, tak przynajmniej twierdzą tamtejsi starzy ludzie. Zbudowali ją więźniowie stalinowskich łagrów. Pracując ponad siły w trudnych warunkach, umierali na placu budowy, który stawał się ich grobem.

Reporter pamięta o Polakach poległych na trasie z Magadanu do Jakucka, często o nich wspomina, odnajduje ich nawet w Polsce i w zakończeniu książki oddaje im głos. Ale to nie stalinowskie czasy są tematem „Dzienników kołymskich”, lecz współczesność.

Hugo–Bader pojechał na Kołymę, aby zobaczyć, jak się żyje na cmentarzu. Czy w tym miejscu napiętnowanym cierpieniem można się kochać i śmiać, jak się tam wychowuje dzieci, jak się pracuje, pije wódkę i umiera. Jego pierwszym źródłem informacji są kierowcy, bo jedyny sposób pokonania tej trasy to autostop. Jazda solidnymi, ale topornymi ciężarówkami rosyjskiej produkcji: kamazami, uralami i krazami. Reporter oddaje więc głos paputczikom, czyli towarzyszom podróży, a oni opowiadają, jak się im żyje. Bader musiał słyszeć bardzo wiele historii, musiał też dokonać selekcji i zrobił to znakomicie. W książce jest wszystkiego po trochu, anegdoty i smutne opowieści, wypowiedzi starych i młodych, Rosjan i tubylców, bogatych i biednych, a całość ubarwiają kołymskie sentencje.

Hugo–Bader chciał pokazać życie na Kołymie i ten cel osiągnął. Otrzymujemy obraz tamtejszych ludzi, ich sposób myślenia, ich pragnienia, dylematy i łzy. Okazuje się, że na cmentarzu da się kochać i wychowywać dzieci, można tam zarabiać pieniądze, głównie przy wydobyciu złota. Niestety, miłość, przyjaźń, rodzina, praca, to wszystko przesiąknięte jest uczuciem porażki, goryczy, zmęczenia, zniechęcenia, a przede wszystkim wódką. Paputczicy to ludzie, którzy nie potrafili ułożyć sobie życia, często z raną na duszy, żyją tak, jak gdyby szukali śmierci. Są też tacy, którzy próbują działać, pracować, uczynić życie na Kołymie lepszym, wygodniejszym, jest ich niewielu, ale nawet ci muszą przyjąć tamtejsze reguły gry, choćby zaakceptować wszechobecną korupcję.

Na szczególną uwagę zasługuje stosunek autora do paputczików. Oni wszyscy pod jego piórem stają się wyjątkowi i piękni, nawet jeżeli wisi im gil u nosa albo są zalani w trupa, to i tak autor obdarza ich swoistym urokiem. W piątym dniu podróży reporter stwierdza, że ludzie na Kołymie to jego największe rozczarowanie, bo wszyscy ponurzy, smutni, opryskliwi i nikt się do niego nie uśmiechnął. Ale nawet w tych opisach sowieckiego ponuractwa czuć sympatię autora dla towarzyszy podróży. Bez tej życzliwości nie byłoby zrozumienia rosyjskiej duszy uwięzionej w morderczych mrozach Kołymy.

Polecam „Dzienniki kołymskie” w wersji dźwiękowej, czytane przez samego autora, także przez Joannę Szczepkowską i Adama Ferencego. Na końcu książki pojawiają się także głosy samych bohaterów.

Audiobook: Jacek Hugo–Bader, „Dzienniki kołymskie”, Czarne, 2012, czytają: Jacek Hugo–Bader, Joanna Szczepkowska, Adam Ferency, czas nagrania 8 godz. 58 min.

Fot. czarne.com.pl

  Agnieszka Pietrzyk Wersja archiwalna wpisu dostępna pod adresem: http://razemztoba.pl/beta/index.php?NS=srodek_new_&nrartyk= 17291