Psychoterapeutka radzi co robić, kiedy pomaganie jest ciężarem

Psychoterapeutka radzi co robić, kiedy pomaganie jest ciężarem
Fot. pixabay.com

Przymus pomagania odbiera nam dobrą energię potrzebną do działania. Gdy więc nie można inaczej, warto znaleźć sposób, który pozwoli nam podjąć świadomy wybór, pogodzić się z tą decyzją i czerpać z niej także coś da siebie – radzi psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Niemal każdemu zdarza się w życiu taki moment, gdy musi zrobić coś dla kogoś. Czasem jesteś jedynym dzieckiem obłożnie chorej matki, albo rodzina uznała, że tylko ty możesz zająć się ciotką, która leży unieruchomiona po wypadku. Największy problem pojawia się wtedy, gdy z tą niesamodzielną osobą nie mamy dobrego kontaktu. Bywa często, że w dodatku osoba, nad którą podejmujemy się opieki, nie okazuje wdzięczności, czasami z racji swojej choroby, a otoczenie uważa, że wcale nie mamy tak źle, no i w końcu to nasz obowiązek.

Psychoterapeutka Katarzyna Miller radzi, by zdobyć się wówczas na szczerą rozmowę, uświadomić mamie, siostrze, wujkowi sytuację, zawalczyć o czas dla siebie. Jej zdaniem może warto powiedzieć wprost: „Czy wyobrażasz sobie, że przez kilka dni do ciebie nie przychodzę? Nie robię ci zakupów, obiadów, prania?”. Zwrócić uwagę, że „dziękuję” raz na jakiś czas byłoby miłe.

Zawsze dokonujesz wyboru

Psycholożka podkreśla jednak, że trzeba w tych trudnych sytuacjach być też uczciwym wobec siebie – jeśli już się na to decydujesz, musisz mieć świadomość, że tak wybierasz. Bo wbrew pozorom zawsze mamy wybór.

– Nie jest tajemnicą, że nie najlepiej dogadywałam się ze swoją mamą. Ale kiedy mocno się zestarzała i była w ośrodku dla przewlekle chorych, umówiłam się sama ze sobą, że to ja będę do niej jeździła, odwiedzała ją tam i robiła to, co trzeba w takiej sytuacji. Więc choć to było dla mnie trudne, załatwiłam wszystkie sprawy, nosiłam prezenty dla pielęgniarek, dbałam żeby mama miała tam jak najlepiej. Choć tego nie lubiłam, regularnie do niej jeździłam, bo tak się ze sobą umówiłam. Wytłumaczyłam sobie, że dużo gorzej bym się czuła, gdybym tego nie robiła, miałabym poczucie, że dla swojej wygody zostawiłam w potrzebie starszą osobę, która ma tylko mnie. Nie spotkało mnie za to nigdy dobre słowo, ale ja na to nie czekałam, więc nie byłam rozczarowana. Ważne było dla mnie to, że robiłam to dlatego, że ja tak postanowiłam i to był mój wybór – opowiada.

Wskazuje, że brzemię pomagania bierze się z wychowania w domu, gdzie szacunek wyrażany był przez dystans i posłuszeństwo, udawanie i życie pod olbrzymim ciężarem stereotypów. Wzrastanie w takich warunkach może powodować, że relacje nie są bliskie i pełne zaufania. Trudno wówczas oczekiwać, że decyzja o tym, by robić coś dla osoby, z którą nawet za bardzo nie chcemy spędzać czasu, będzie łatwa.

Może się wówczas pojawić poczucie winy, tym bardziej, że zdaniem Katarzyny Miller w naszej kulturze „wciskanie” innych w poczucie winy zdarza się bardzo często. Według niej rozszerzanie zakresu powinności pasuje wielu osobom z naszego otoczenia: rodzicom, szefom, a nawet przyjaciołom. Zwalnia ich z odpowiedzialności i pozwala na zmniejszenie poczucia winy po ich stronie. Otoczenie może więc wmawiać wówczas, że coś musimy, że coś nie wypada, że mamy obowiązek. Kluczowe pytanie, jakie sobie wówczas warto zadać samemu sobie: czego my sami oczekujemy w tej rzeczywistości, w której przyszło nam żyć?

Nie zawsze można pomóc

Psychoterapeutka podkreśla, że warto pamiętać, że nie zawsze da się pomóc i istnieją obiektywne przyczyny, z powodu których pomoc innym bywa trudna: może cię na to nie stać (bo nie możesz porzucić lub znacząco ograniczyć pracy), nie możesz poświęcić tyle swojego czasu (bo zaniedbasz swoje obowiązki wobec innych zależnych od ciebie osób), nie chcesz rezygnować z siebie (bo czas dla siebie jest potrzebny do zachowania równowagi w życiu). Opieka nad obłożnie chorym wiąże się rezygnacją z czegoś „swojego”.

Niezbędna jest także współpraca i wsparcie ze strony innych, a z tym – gdy ktoś jest w trudnej sytuacji czy chorobie – bywa trudno.Katarzyna Miller apeluje, by pamiętać, że nie wszystko zależy od ciebie i nie możesz mieć z tego powodu poczucia winy.

– 20 lat pracowałam z alkoholikami. Oni wszyscy potrzebują pomocy, ale nie wszyscy potrafią tę pomoc przyjąć. Niektórzy byli tak zwanymi wdzięcznymi pacjentami, czyli cieszyli się z tego, że czegoś się nauczyli i mieli cudowne efekty terapii. Ale byli i tacy, którzy wychodzili z gabinetu i za rogiem wracali do picia. Czy miałam czuć się temu winna? Brać to na siebie? Że może nie wszystko zrobiłam, że może nie najlepiej? Ale jeśli faktycznie zrobiłam wszystko co umiałam, jak potrafiłam najlepiej – poczucie winy byłoby bez sensu – tłumaczy.

Przestań być śmiertelnie poważny

Z problemem przymusu pomagania zmagają się też zawodowi opiekunowie. To szalenie obciążająca praca, zarówno psychicznie jak i fizycznie. Ale podobnie bywa w codziennym życiu, np. w opiece nad dziećmi, kiedy jesteśmy przeciążeni pracą i różnymi życiowymi problemami.

Psychoterapeutka radzi, by korzystać w takim momencie z daru zabawy: zanim rzucimy się w wir obowiązków domowych, warto posiedzieć ze swoimi pociechami na kanapie, „potarmosić się i pośmiać z czegoś”. Jej zdaniem może być to trudne dla niektórych, ale w tej sytuacji warto przekraczać własne zahamowania.

– Musimy zdać sobie sprawę, że zabawa czy wypoczynek są leczące i warto korzystać z tej formy spędzania czasu – także ze swoimi podopiecznymi, ktokolwiek to jest. Jeżeli opiekujemy się kimś obłożnie chorym, kto nie może już czytać czy nawet nic oglądać, można z nim np. pośpiewać, przypominać sobie jakieś fajne historie z przeszłości czy nawet z dzieciństwa, pośmiać się z tych opowieści. Chodzi o to, żeby pozwolić sobie na zdjęcie uwagi z choroby, z obowiązku, bo to czasami nie pozwala nam się wyluzować, przytłacza nas, często nadaje zbytniej powagi. Bardzo polecam wszystkim film „Nietykalni”, w którym sparaliżowany milioner zatrudnia do opieki młodego chłopaka z przedmieścia, który właśnie wyszedł z więzienia. To film, na którym od początku do końca śmiejemy się choć temat przewodni jest poważny – mówi Katarzyna Miller.

Jak polubić trudnego pacjenta

– Jeśli nasz podopieczny jest wyjątkowo męczący, czasem trzeba go po prostu >>opieprzyć<< – uważa psycholożka.

Ale zaraz potem dodaje, że w następnej kolejności warto mu powiedzieć, że co prawda bywa okropny, ale ma śmieszną minę kiedy się złości. I ciekawe jaką będzie miał, gdy się uśmiechnie.

– I że nie dostanie herbatki dopóki tego nie zrobi. To często rozładowuje sytuację. Bo nie chodzi o to, żeby tą osobę lekceważyć, tylko żeby spotkać się z nią jak z człowiekiem. Ja dużo jeżdżę taksówkami i często spotykam tam nadąsanych facetów, którzy w ogóle się do mnie nie odzywają. Mówię wtedy: „Boże, taki piękny mężczyzna, a tak się złości. Brzuch pana boli?” A on na to: „Boli”. Wtedy mówię: „A, to rozumiem, faktycznie taki pan zgnieciony za tą kierownicą siedzi cały dzień, to nie dziwne”. Wtedy on odpowiada: „Właśnie, od dawna już myślę żeby zmienić samochód”. I tak ta rozmowa jakoś zaczyna się toczyć, nawiązuje się nić porozumienia. I od razu jest łatwiej – opowiada Katarzyna Miller.

Wracając do zawodowych opiekunów: zdaniem psychoterapeutki, jeśli już zdecydowaliśmy się na tego rodzaju pracę, trzeba zrobić coś, żeby nam się podobała, a samo odczuwanie „misji” nie rozładuje frustracji.

– Kiedy pracowałam z alkoholikami, byłam bardzo pyszna, zawsze obstawiałam, któremu uda się wyjść z nałogu, a któremu nie. Po czym okazywało się, że te diagnozy czasem były totalnie nietrafione. Wtedy zrozumiałam, że nie można być Panem Bogiem w niczyjej sprawie, że muszę być cierpliwa i otwarta. A nawet pozwolić sobie na rozczarowanie i coś w rodzaju żałoby za osobę, w którą w jakimś sensie zainwestowałam, a ona mnie zawiodła – uważa psycholog.

Porozmawiajmy o zdrowym egoizmie

Żeby dobrze się kimś opiekować, niezależnie od tego, czy dlatego, że w takiej osobistej trudnej sytuacji się znaleźliśmy, czy też jest to nasz zawód, musimy zrozumieć, że nie możemy poświęcać się drugiej osobie 24 godziny na dobę. Jeśli jesteś z drugą osobą non stop – bo z nią mieszkasz – znajdź sobie jakiś swój azyl.

– To może być choćby toaleta – miejsce, gdzie każdy raz na jakiś czas musi pójść. Więc idziesz do toalety i oddalasz się na Malediwy. Masz czas tylko dla siebie. Zamykasz oczy i już tam jesteś. Choćby na pięć minut – radzi terapeutka.

Ale nawet siedząc przy łóżku chorej osoby nie trzeba być na niej skupionym cały czas. Róbmy sobie świadome przerwy, odrywajmy myśli do czegoś miłego, czegoś co nas relaksuje. To pomoże nam przetrwać. Może warto nauczyć się i powtarzać sobie w trudnych chwilach modlitwę o pogodę ducha napisaną przez Reinholda Niebuhra odmawianą na zakończenie nabożeństwa kościelnego w niedzielę: „Boże, użycz mi pogody ducha, abym znosił to czego zmienić nie mogę, odwagi, abym zmieniał to, co zmienić mogę i mądrości, abym odróżniał pierwsze od drugiego”.

A jeżeli czujemy się wykorzystywani, trzeba mówić jasno, że nie życzysz sobie dobrych rad, tylko działania. Katarzyna Miller podkreśla, że zdrowego egoizmu trzeba się uczyć i choć czasem to ciężka praca, to warto. Daje jeszcze jedną radę opiekunom, posługując się metaforą śluzy, czyli mechanizmu służącego do ograniczenia przepływu wody w kanale lub rzece, wyrównującego poziom wody, dzięki czemu można ona przepłynąć z jednego zbiornika do drugiego spokojnie, nie wpadając do niego z impetem. Psychoterapeutka radzi, by w życiu przechodzić płynnie pomiędzy zajęciami. Jak?

– Taką śluzą może być przejście przez park podczas drogi do domu, zatrzymanie się na filiżankę kawy, kupienie sobie jakiegoś drobiazgu, przystanięcie na pogawędkę z sąsiadką – cokolwiek, co sprawia wam przyjemność. Jeśli nasze zmysły są zmęczone, jeśli nasze ciało jest spięte – potrzebny jest nam relaks – tłumaczy.

Co zatem zrobić? Położyć się na chwilę odpoczynku, wziąć gorący prysznic, posłuchać muzyki. Psychoterapeutka wyznaje, że sama podczas prysznica w sytuacji napięcia wyobraża sobie, jak wszystkie moje troski, smutki, nieprzyjemności spływają wraz z wodą.

– I kiedy wychodzę spod prysznica, jestem już w innym stanie – zdradza Katarzyna Miller.

Pomaga też skupienie uwagi na kimś lub na czymś w swoim otoczeniu: na psie, którego można pogłaskać, na kwietniku zasadzonym na rondzie itp.

– Chodzi o to, aby wyjąć swoją uwagę z zaklętego kręgu myślenia: znowu szef miał nadmierne wymagania, a Agata z biurka obok miała focha. Gdy zmieniamy miejsce, (nawet w wyobraźni), jesteśmy gdzie indziej i nie musimy się już tym zajmować – wyjaśnia psycholożka.

Zdaje sobie sprawę, że to trudne. Ale radzi, by uczyć się dostrzegać drobiazgi, które mogą zachwycać. Na przykład: „Nie ma już liści na drzewach, ale te gołe gałęzie tak pięknie wyglądają na tle nieba”.

– Namawiam na ucieczkę w stronę piękna, oglądanie albumów, wirtualne chodzenie po muzeach, słuchanie audiobooków, muzyki. Takie oderwanie od rzeczywistości nie dość, że wzbogaca, to jeszcze pozwala nabrać dystansu – uważa aktorka Agnieszka Matysiak, moderatorka spotkań Opiekunowie Opiekunom.

Kiedy zaś drobne sposoby na poprawę nastroju nie działają, nie należy zwlekać z szukaniem profesjonalnej pomocy. Opiekunowie osób obłożnie chorych są szczególnie narażeni na depresję. A depresja jest chorobą, którą należy i da się leczyć.

Źródło informacji: Serwis Zdrowie
Print Friendly, PDF & Email