Okiem naczelnego: Tłusty Czwartek - narodowe ćwiczenia z przymusu lukru

Okiem naczelnego: Tłusty Czwartek - narodowe ćwiczenia z przymusu lukru
Fot. Generated by AI

Jest taki jeden dzień w roku, kiedy rozsądek wyjeżdża na urlop, a my – naród dumny i z tradycją – ustawiamy się w kolejkach po kuliste dowody naszej słabości. Tłusty Czwartek. Święto, w którym często kupujemy pączki nie dlatego, że mamy ochotę. Kupujemy je, bo trzeba, bo tradycja, bo promocja, bo „jak nie zjesz, to pech” i ogólnie komercja.

I tak stoimy w dyskontach, wpatrzeni w karton z napisem:„PĄCZEK – 0,05zł/szt.” Cena tak niska, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy to jeszcze wyrób cukierniczy, czy już projekt badawczy.

Kiedyś pączek był wydarzeniem. Był ciepły, pachniał skórką pomarańczową, miał w środku konfiturę, która nie przypominała żelu do USG. Dziś pączek za ułamek złotego ma skład dłuższy niż przemówienie inauguracyjne i konsystencję, która sugeruje, że jego twórcy bardziej wierzyli w chemię niż w drożdże.

Patrzysz na etykietę i myślisz: „Kto miał więcej pierwiastków w laboratorium – Maria Skłodowska-Curie czy ten pączek za 0,05 zł?”

Maria przynajmniej wiedziała, co izoluje. A tu? Emulgator E coś-tam, regulator kwasowości, stabilizator, aromat „identyczny z naturalnym” (czyli naturalny widział z daleka, przez szybę). Człowiek je i czuje, że uczestniczy w eksperymencie, tylko nie wie, czy jest badaczem, czy próbką kontrolną.

Najpiękniejsze jest jednak to narodowe współzawodnictwo sieci handlowych. Jedna ogłasza: „Pączek po 0,79!” Druga kontruje: „U nas 0,69!” Trzecia wjeżdża z dramatycznym: „0,49 i ani grosza więcej!” Jeszcze chwila i zobaczymy promocję: „Kup wiertarkę, pączek dostaniesz gratis”.

A my? Kupujemy po dziesięć. Bo tanio. Bo szkoda nie wziąć. Bo przecież jutro będą droższe. A potem siedzimy przy biurku, wciskamy w siebie czwartego i mówimy z przekonaniem: „Nie przepadam za słodkim”. Oczywiście. Tak jak nie przepadamy za ruchem w godzinach szczytu, ale jakoś w nim stoimy.

Najbardziej wzrusza moment, gdy ktoś mówi: „Ten to taki suchy”.

Suchy? Za pół złotego oczekiwałeś poematu drożdżowego? Sonetu z różą w środku? To jest pączek, który przetrwał logistykę, magazyn, mrożenie, rozmrażanie i promocję. On już swoje w życiu przeszedł.

Ale zjadamy go. Bo to tradycja. Bo raz w roku można. Bo wszyscy jedzą. W Tłusty Czwartek wolna wola zawiesza działalność, a my solidarnie udowadniamy, że marketing ma nad nami większą władzę niż zdrowy rozsądek.

I tylko gdzieś w tle, w oparach lukru i oleju palmowego, unosi się duch Marii Skłodowskiej-Curie, który z lekkim politowaniem patrzy na nasz narodowy eksperyment. Ona badała promieniotwórczość. My badamy granice wytrzymałości żołądka.

Wyniki? Jak co roku – powtarzalne. Tradycja podtrzymana. Promocja wykorzystana. Sumienie uśpione.

Ps. Wszystkim życzę samcznego, ja w tym roku jednak podziekuję i skusze się na te domowe ręcznie robione przez osobistego cukiernika, najlepszego z najlepszych – a co, stać mnie – żonę mam.

Print Friendly, PDF & Email