Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, to coś jak ten wujek, którego wszyscy lubią, ale nikt nie chce z nim siedzieć przy stole, gdy zaczyna mówić o polityce. Z jednej strony – uratowała niejedno życie, kupiła tysiące urządzeń, zmieniła polskie szpitale bardziej niż niejedna ustawa. Z drugiej – stała się symbolem wszystkiego, co w Polsce działa mimo systemu, a nie dzięki niemu. I to jest w niej najpiękniejsze i najbardziej przygnębiające zarazem.
Bo WOŚP udowadnia jedną, brutalnie prostą rzecz: jak się skrzykniemy, to potrafimy zrobić cuda. A jednocześnie pokazuje, że bez skrzyknięcia się – systemowo – jesteśmy w czarnej dziurze. Czerwone serduszko na kurtce nie jest więc tylko symbolem empatii. To także naklejka z napisem: „Państwo nie dowiozło, więc dowozimy sami”.
Prawica nienawidzi Owsiaka tak, jakby osobiście ukradł im dzieciństwo, święta i bigos. W ich narracji to nie człowiek, tylko mem: uosobienie „lewackiej propagandy”, „systemu”, „elit”, „telewizji”, „światełek” i wszystkiego, co brzmi jak spontaniczność. A przecież paradoks polega na tym, że Owsiak jest bardziej konserwatywny niż niejeden konserwatysta: wierzy w wspólnotę, solidarność i realne pomaganie, a nie w ideologiczne zaklęcia.
Tyle że… no właśnie. Jakbym naprawdę szanował tę inicjatywę, to w ostatnich miesiącach coraz bardziej mam wrażenie, że Jurek Owsiak sprzedał się trochę polityce. Może nie w sensie finansowym, ale wizerunkowym – jak najbardziej. Stał się twarzą „tej strony”, symbolem „tamtych”, maskotką dla jednych i diabłem wcielonym dla drugich. I to boli, bo WOŚP miała być ponad tym. Miała być o respiratorach, inkubatorach i pompach infuzyjnych, a nie o tym, kto komu podał rękę na scenie.
A jednak – i tu wjeżdża ironia – nawet z tym całym politycznym bagażem nadal warto wspierać WOŚP. Bo alternatywą jest udawanie, że państwo działa idealnie, a oddziały dziecięce są wyposażone jak w Skandynawii. Spoiler: nie są.
Przykład, że nasze państwo działa nie tak jak należy? Pierwszy z brzegu, jesteśmy krajem zbiórek. Codziennie zrzucamy się na leczenie, na operacje, na rehabilitacje, na protezy, na zbiórki, na życie i nie mówimy tutaj o zbiórkach w postaci podatków takich i tamtych. Mówimy o tych wpłatach na internetowe prośby naszych rodaków, którym państwo pokazuje środkowy palec lub bezradnie rozkłada ręce.
I teraz wiele osób coraz częściej zdaje sobie sprawę, że, WOŚP jest tylko najbardziej kolorową wersją tego systemowego absurdu. Zamiast solidnych instytucji mamy event. Zamiast stabilności – konfetti. Zamiast strategii – licytację koszulek. I to jest właśnie powód, dla którego WOŚP jest jednocześnie powodem do dumy i do wstydu.
Dumy, bo umiemy być solidarni. Wstydu, bo musimy.
Więc tak: można krytykować Owsiaka. Można mieć dość jego stylu, jego politycznych flirtów, jego statusu „świętej krowy”. Można. A nawet trzeba. Ale jeśli ktoś mówi, że przez to WOŚP przestaje ratować życie, to albo nie rozumie świata, albo udaje. Bo serduszko nie jest ideologią. Jest plasterkiem na systemową ranę. A my, jak zwykle, leczymy objawy, bo na przyczyny nie mamy czasu, trzeba zdążyć przed finałem.
Ja na Orkiestrę daję. Tak po prostu. Bez ideologii, bez przypinek partyjnych, bez potrzeby tłumaczenia się komukolwiek. I wierzę – być może naiwnie, być może emocjonalnie, że bez niego ten kraj i ta opieka zdrowotna wyglądałyby dziś zupełnie inaczej. Czyli gorzej. Ciszej. Ubożej. Mniej skutecznie. I zdecydowanie mniej empatycznie.
I mam przy tym pełną świadomość pewnego paradoksu, który w normalnym państwie w ogóle nie powinien istnieć. Bo to, co robi Owsiak, powinno być finansowane z moich składek. Z tych samych składek, które co miesiąc, regularnie i bez pytania znikają z mojej wypłaty. Tyle że moje składki idą gdzieś indziej. Na coś innego. Na system, który jest doskonały w generowaniu procedur, załączników i tabel, ale dziwnie bezradny, gdy chodzi o realne ratowanie zdrowia.
I dlatego zamiast sprawnego państwa mamy event. Zamiast systemu – zbiórkę. Zamiast długofalowej strategii – finał z konfetti.
WOŚP to nie tylko akcja charytatywna. To coroczny raport z niewydolności państwa, podany w kolorowej, głośnej i medialnej formie, żeby łatwiej było go przełknąć.
Prawica nienawidzi Owsiaka z taką konsekwencją, jakby był osobnym rozdziałem w podręczniku do „wrogów ojczyzny”. Nie dlatego, że robi coś złego. Tylko dlatego, że robi coś skutecznie. Bez pozwolenia. Bez pokory. Bez czekania na decyzję ministerstwa.
Oczywiście – boli mnie, że Jurek wszedł w politykę. Że przestał być tylko od sprzętu, a zaczął być od symbolu. Bo symbol zawsze można opluć. Symbol zawsze można podzielić. Symbol zawsze można wciągnąć w wojnę plemienną. Respirator jest pod tym względem znacznie mniej kontrowersyjny – po prostu działa albo nie działa.
Ale wiecie co? Nadal wolę Owsiaka uwikłanego w politykę z działającym sprzętem niż apolityczne państwo z niedziałającym systemem.
Żyjemy w kraju, w którym musimy liczyć na siebie, bo państwo liczy głównie tabelki. W kraju,w którym nieważne kto rządzi, solidarność obywatelska łata dziury po instytucjach. W kraju, w którym coroczna zbiórka na sprzęt medyczny nie jest dowodem empatii społeczeństwa, tylko dowodem tego, że bez tej empatii byłoby po prostu źle.
Dlatego daję Owsiakowi. Z przekory. Z wkurzenia. Z bezradności. I z rozsądku.
Przyklejałem i przykleję ponownie w weekend to serduszko nie dlatego, że wszystko jest w porządku. Tylko dlatego, że gdybyśmy tego nie robili, byłoby znacznie gorzej. A państwo? Niech dalej kładzie przysłowiowe kafelki i marmury w ZUS i NFZ. My zrzucimy się na nasze życie i zdrowie.


















