Okiem naczelnego: Иди на хуй

Okiem naczelnego: Иди на хуй
Fot. pixabay.com

„Wpływ wojny, na psychikę człowieka, omów zagadnienie na podstawie literatury wojny i okupacji” – tak brzmiał tytuł mojej pracy ustnej na maturze w liceum. Wtenczas przygotowując się do zaliczenia tej części egzaminu dojrzałości, przeczytałem kilkanaście książek, które tematyką opisywały tragizm wojny. Niepojęte wydawało się, że człowiek może drugiemu człowiekowi zgotować taki los.

Przez myśl mi nie przeszło, że niemal dwadzieścia lat później, tuż przy polskich granicach rozgrywać się będzie podobny dramat. Tragedia milionów ludzi, którzy uciekając przed szaleństwem i imperialnymi zapędami jednego podstarzałego a zarazem nieobliczalnego człowieka, zmuszeni będą zostawić swój dobytek i żegnając swoich ojców, mężów, braci – z myślą, że może na zawsze, zmuszeni są szukać schronienia, setki a nawet tysiące kilometrów od ojczyzny. Wojna to cierpienie, okrucieństwo, nieszczęście i rozpacz. To czas, gdy zabiera się niewinnym ludziom poczucie bezpieczeństwa, nadzieję i marzenia. Zmusza się ich do życia w ciągłym strachu. To w końcu okres, który zabiera życie wielu bezbronnym, niczemu winnym ludziom a uśmiech i beztroska wśród dzieci zastępuje przerażanie, płacz i zdemolowana psychika, którą poskładać będzie ogromnie trudno.

Nasi dziadkowie, którzy w zdecydowanej większości przeżyli piekło wojenne początku dwudziestego wieku, z pewnością wielokrotnie opowiadali o tragizmie tamtych lat. Te wspomnienia należało traktować jako ostrzeżenie, by nigdy więcej w przyszłość nie dopuścić do sytuacji, w której ten tragiczny czas mógłby się ponownie wydarzyć. Paradoks całej sytuacji polega jednak na tym, że to nie my – społeczeństwo, wywołujemy wojnę tylko ci, którzy przez nas zostali wybrani, by reprezentować nasz kraj. Pal licho, w jaki sposób te „wybory” się odbywają, ale to społeczeństwo winno brać odpowiedzialność za czyny swoich przedstawicieli, a w chwili gdy ci ,zaczynają zbytnio „odpływać” lub „przekraczać granice” powinni – nawiązując do piłkarskiego regulaminu gry, ujrzeć czerwoną kartkę i zejść z boiska.

Tyle teoria, w praktyce doskonale wiemy jak się to wszystko odbywa. Gdy dołożymy jeszcze do tego dyktatorskie metody sprawowania władzy, za którymi idzie podporządkowanie sobie i tylko jedynej słusznej prawdzie, wszystkich dziedzin życia, wtenczas te wyrzucenie z boiska nie może mieć miejsca, gdyż sędzia albo nie uznaje tego przewinienia, lub akurat patrzył w inną stronę lub najzwyczajniej boi się chwycić za kartonik, w obawie przed „machiną obronną”, która stoi na straży tego, by nikt zawodnikowi nie przeszkadzał w grze i osiąganiu założonych celów.

***

Każdy z nas chyba jeszcze doskonale pamięta co działo się, gdy grudniu 2019 roku rozpoczęła się pandemia koronawirusa. Pamiętamy jakie emocje nami kierowały. Z początku, gdy doniesienia mówiły o chorobie rozprzestrzeniającej się po świecie, każdy patrzył z zaciekawieniem i lekką obawą, lecz było to zdecydowanie daleko od nas, więc życie toczyło się w miarę normalnie. Kiedy jednak zaraza przyspieszała, aż przekroczyła granicę kraju nad Wisłą, w połączeniu z tragicznymi informacjami ze świata i równie apokaliptycznymi obrazkami – z jednej strony ludzi walczących o każdy oddech, a z drugiej tych, którzy z narażaniem zdrowia, życia, przyodziani w kombinezony próbowali ratować każde istnienie. Chwile później ci sami ludzie przygnieceni skalą zachorowań musieli podejmować tragiczne decyzje kogo ratować. Świat zmieniał się na naszych oczach z dnia na dzień. Nie było łatwo – momentami wręcz bardzo trudno, ale daliśmy radę. Nie wszystkim niestety się udało. Tragedii w wielu rodzinach nie udało się uniknąć. Ale to była prawdziwa wojna niewidzialnego wroga z całym światem, który wszelkimi możliwymi metodami bronił się by zwycięstwo pozostało po stronie ludzkości. Kiedy już po dwóch ciężkich latach, nad perspektywą powrotu normalności znanej sprzed pandemii zaczęło coraz mocniej tlić się światełko w tunelu, nastał tłusty czwartek 2022…

***

Każdy chyba zna z lat szkolnych „Medaliony” Zofii Nałkowskiej. Motywem przewodnim tego zbioru opowiadań jest motto samej autorki: „Ludzie ludziom zgotowali ten los”. Cykl opowiadań ma jedną wspólną cechę – ukazuje oblicza różnych ludzi przez pryzmat wojny i tego w jaki sposób na nich wpłynęła. Zamieszczone w książce treści, to kolejny dowód na to, by przedsięwziąć każde środki, by do takich sytuacji nigdy już nie doszło. Paradoks polega jednak na tym, że konflikty zbrojne na świecie były i są, i nie ma w tym nic niezwykłego. Jedynie względna bliskość ewentualnego konfliktu zbrojnego staje się czynnikiem, który zmienia naszą percepcję. W piramidzie potrzeb Maslowa poczucie bezpieczeństwa poprzedzają tylko potrzeby fizjologiczne. Nagle okazało się, że zamiast corocznych obrazków pączków w mediach społecznościowych i wyszukiwaniu w sieci jak szybko spalić tłustoczwartkowe kalorie, widzimy przerażające obrazki bomb spadających najpierw na cele wojskowe, a następnie na obiekty cywilne. Widzimy, jak bez ostrzeżenia, pod osłoną wczesnych godzin rannych, jeden człowiek postanawia zburzyć pokój na świecie. W imię czego? Własnych niepohamowanych ambicji? Sobie tylko znanych celów politycznych? Racjonalnego wytłumaczenia na ten bestialski atak nie ma. Z początku był wielki szok. Później kolejno wszyscy zaczęli zdawać sobie sprawę, że tym razem zwykłe „wyrażenie ogromnego zaniepokojenia” nie wystarczy i trzeba skutecznie – pozamilitarnymi środkami, dać do zrozumienia, że dla takich działań – przywołujących choćby wspomnienia drugiej wojny światowej, nie może być miejsca. Staje się rzecz niesłychana. Z początkowymi oporami, ale jak jeden mąż niemal cały świat staje po stronie Ukrainy. Kłamliwa propagandowa retoryka obronna najeżdźcy na arenie międzynarodowej przyjmowana jest z niedowierzaniem i od początku lokowana jest w okolicach absurdu i kłamstw. Kiedy zawodzi dyplomacja, w ruch ruszają sankcje. W kilka dni agresor zostaje niemal całkowicie odizolowany od cywilizowanego świata i wszelkich jego dóbr. W tym samym czasie w Ukrainie trwa heroiczna obrona kraju. Określenie Иди на хуй staje się symbolem tej wojny i walki z agresorem. Z biegiem dni symboli jest coraz więcej. Porzucany sprzęt, konwoje bez paliwa, przeterminowane racje żywnościowe czy kradzież czołgu przez Romów. Jedna z największych armii świata staje się memem, a plany szybkiej inwazji i podporządkowania sobie Ukrainy spalają na panewce.

Przywódca zaczyna straszyć, tylko to mu zostało… Czy już wie, że stał się błaznem i zbrodniarzem? Czy dalej żyje w swojej bańce i czując upokorzenie, a nie mając nic do stracenia, wyciągnie z rękawa asa kier i pokarze na co go stać? Gdzie jest granica tego szaleństwa?

Historia pokazuje, że niczego nie można być pewnym. Trzeba być przygotowanym na wszystko, szczególnie, że nie od dziś wiadomo, że ten kraj, to stan umysłu.

***

Kładąc się spać w przededniu tłustego czwartku, podobnie jak w poprzednich dniach, człowiek miał świadomość, że coś się może wydarzyć. Nikt jednak nie brał tego na poważnie, choć agencje wywiadowcze donosiły, że inwazja na Ukrainę może rozpocząć się lada dzień. Miało się jednak z tyłu głowy to, że formalnie konflikt w tym kraju trwa już od 2014 roku, gdy zajęto Krym, a później utworzono prokremlowskie separatystyczne republiki na wschodzie kraju.

Już od rana, kiedy zaczęły spływać pierwsze depesze o ataku, było wiadomo, że dzieje się coś niedobrego. W miarę postępu dnia, docierało do nas, że to już regularna wojna wypowiedziana przez mocarstwo niepodległemu krajowi. Jadło się te pączki, ale patrzyło z niedowierzaniem na to, co dzieje się za naszą wschodnią granicą. Jakby, ktoś mnie dziś zapytał ile kalorii (w postaci pączków) przyjąłem tego dnia, z pełnym przekonaniem odpowiem, że nie wiem, gdyż większość dnia spędziło się na śledzeniu sytuacji i czytaniu kolejnych dramatycznych doniesień.

Kolejne godziny i dni zamiast wyciszenia przynosiły intensyfikacje działań. Pojawiły się pierwsze ataki na obiekty cywilne i samych cywili. Do mediów przedostawały się dramatyczne apele władz Ukrainy przeplatane wojennymi obrazkami przerażonych ludzi, uciekających przed gradem pocisków i armią nieprzyjaciela. Mimowolnie człowiek śledził te relacje, coraz bardziej potęgując niepokój o przyszłość swoją, rodziny, kraju czy świata. Pojawiać zaczęły się pytania, czy aby nie będziemy kolejnym – po naszych dziadkach, wojennym pokoleniem, które będzie musiało przeżyć światowy konflikt zbrojny. Pojawiły się obawy o atak bronią nuklearną, obawy o to, jakie będzie jutro. Jakież to samolubne wydaje się myślenie o sobie, podczas gdy siedzi się w ciepłym, bezpiecznym mieszkaniu przy włączonym świetle i patrzy w ekran telefonu w chwili, gdy setki tysięcy ludzi musi kryć się w schronach lub uciekać z kraju w obawie o zdrowie i życie swoje i swoich najbliższych.

***

Tragedia matek z dziećmi, które musiały uciekać szukając schronienia rozdziera serce. Do dziś mam przed oczyma pożegnanie ojca z córeczką i żoną, które płaczące wsiadają do autobusu, by wyjechać w bezpieczne miejsce. Sam mam dziecko i nie potrafię sobie wyobrazić co Ci ludzie musieli czuć. Nie dociera do mnie jakie emocje tłumili w sobie Ci rodzice, którzy rozstając się, nie wiedząc czy jeszcze kiedykolwiek się zobaczą. Po tych obrazkach, rano po przebudzeniu się, chyba jak nigdy dotąd cieszyłem się, że córka – mimo wczesnej pory i weekendu, woła by wyjąć ją z łóżeczka a następnie dać jej ulubionego misia i zabawkę by mogła przybiec do sypialni rodziców.

Po raz drugi tak mocno, jak nigdy dotąd przytuliłem ją z rana po obejrzeniu filmiku z płaczącym chłopcem idącym przez granicę. Nagranie rozdzierało serce na strzępy, na szczęście – później okazało się, że dziecko i jego bliscy są bezpieczni, z dala od działań wojennych.

Gdy piszę ten tekst wojna trwa nadal. Ginie coraz więcej cywili w tym i dzieci. Wróg przestaje mieć już jakiekolwiek hamulce. Bombardowane są obiekty, gdzie chronią się ludzie w tym korytarze humanitarne czy szpitale. W biały dzień strzela się do bezbronnych cywili, uciekających przed wojną lub szukających schronienia.

To już nie jest wojna. To zbrodnia…

… cdn.

Print Friendly, PDF & Email