Dylemat społeczny

Dylemat społeczny
Fot. Pixabay

Stefan Żeromski w Przedwiośniu pisał o szklanych domach, co było symbolem marzeń o czymś nieosiągalnym. Dziś, dzięki szklanym, tyle tylko – ekranom, coś, co jeszcze do niedawna wydawało się nieosiągalne, staje się niemal namacalne na wyciągnięcie ręki.

W jednej chwili bez problemu możemy znaleźć każdą interesująca nas informację, zobaczyć, co dzieje się w drugim końcu kraju, sprawdzić pogodę na drugiej półkuli ziemskiej czy utrzymywać kontakty z najbliższymi w sposób, jaki dla naszych rodziców był nie do pomyślenia, nie wspominając już o pokoleniu Żeromskiego.

Niestety, nie wszystek złoto, co się świeci. Jak już pisałem w jednym z ostatnich wstępniaków, możliwości, jakie otworzyły się przed ludźmi wraz z rozwojem technologii, przyniosły ze sobą również wiele zagrożeń. Wiele z nich dotyczy dzieci i ludzi młodych, którzy są bardzo podatni na „sztuczki” stosowane przez ekspertów pracujących w koncernach informatycznych.

O metodach, jakie stosowane są w popularnych aplikacjach i serwisach społecznościowych, by przyciągnąć użytkowników i jak najdłużej ich zatrzymać u siebie (pochłaniając coraz więcej ich czasu), w dokumencie „Dylemat społeczny” opowiadają sami byli pracownicy tych wielkich korporacji. Podczas oglądania tego programu ciarki przechodziły mi po karku, w jaki sposób twórcy popularnych social mediów walczą o naszą uwagę.

Przez myśl mi nie przeszło, że powiadomienia, oznaczanie zdjęć i wielokropek pulsujący podczas pisania wiadomości pod postem przez naszego znajomego oraz scrollowanie (przewijanie zawartości ekranu na urządzeniu mobilnym bądź sprzęcie komputerowym) powstały, żeby pobudzić instynkty ludzkie i podświadomie sprawić, by taka osoba pozostała w aplikacji czy serwisie jeszcze dłużej.

Nawet samo wyświetlanie treści czy reklam nie jest dziełem przypadku, a jedynie efektem profilowania użytkownika. Nie ukrywam, miałem – jak mi się wydawało – jakąś tam wiedzę, na jakiej podstawie działają te serwisy, lecz po obejrzeniu „Dylematu społecznego” uzmysłowiłem sobie, jak z pozoru błahe rzeczy przyczyniają się do tego, że użytkownik małymi krokami wręcz uzależnia się od mediów społecznościowych, a następnie od telefonu i internetu.

Oczywiście z racji wykonywanego zawodu, a także chęci „bycia na bieżąco” z telefonem niemal się nie rozstaję i oficjalnie mogę przyznać, tak, jestem uzależniony od mediów społecznościowych. Ciągle zaglądam na Facebooka i Twittera, lecz nie na zasadzie co tam u znajomych słychać, tylko co ciekawego w świecie się dzieje. Lubię trzymać rękę na pulsie.

Faktem jest, że mam przypiętą pewną „łatkę”, jeśli chodzi o moje konta na Facebooku, ale to też wynika z mojej natury i obranej drogi użytkowania tegoż serwisu. Nie ma też co ukrywać, że poza aktualizowaniem firmowych social mediów, Facebooka traktuję jako przestrzeń do relaksu, zabawy i „elementów zaczepnych”. Z kolei serwis z ptaszkiem w logo traktuję jako narzędzie zaspokajające moją potrzebę bycia na bieżąco, jeśli chodzi o informacje. Posiadam jeszcze konto na Instagramie, ale jakoś trudno mi się do niego przekonać i raczej ono jest na zasadzie „bo jest”.

Inne social media do mnie nie trafiają lub po prostu jestem chyba na ich zrozumienie „za stary”. Takim – moim zdaniem – ewenementem i wylęgarnią wręcz, mówiąc delikatnie, dziwactw, jest TikTok. Nie będę szerzej wypowiadał się na ten temat, gdyż nie jestem użytkownikiem,
lecz w skrócie, po tym, co do mnie dociera, uważam, że każdy rodzic powinien bardzo mocno się zainteresować tym, co jego dziecko tam może obejrzeć.

Z drugiej strony mam świadomość tego, że zakazywanie dziecku korzystania z tych narzędzi jest najgorszym z możliwych rozwiązań. Presja rówieśników i społeczeństwa na bycie w sieci jest tak duża, że na nic zdadzą się ograniczenia wprowadzane przez pojedynczych rodziców. W konsekwencji doprowadzić to może, co jest niemal pewne, do konfliktów rodzinnych, które prędzej czy później mogą przynieść jeszcze większe problemy aniżeli mogą pojawić się przy użytkowaniu telefonu i obecności w social mediach.

Rozwiązanie jest tylko jedno, które i tak, w konsekwencji długofalowej, może nie przynieść pokładanych w nim efektów. Mam na myśli tutaj edukację, ale nie tę w szkołach – o tym też już pisałem, gdyż ta w szkolnych ławach, to raczej często zaprzeczenie tego, co chciałoby się osiągnąć. Tam liczy się klasa, wynik ogółu i realizacja programu (choć oczywiście niemal każdy pracownik oświaty temu oficjalnie zaprzeczy), a nie uczeń jako jednostka. Co jest trochę zrozumiałe, gdyż nikt inny nie zna swoich dzieci tak dobrze jak ich rodzice – choć bywają przypadki, gdy rodzic jest jakby zaskoczony, że mając dziecko, trzeba ponieść spory wysiłek w jego wychowanie i edukację. Stąd często pojawiają się emocje i oskarżenia pod kierunkiem szkoły i nauczycieli.

Z drugiej strony w świecie ciągłej gonitwy za pracą i pieniądzem wielu dorosłych nie ma czasu dla swoich pociech i najczęściej kończy się to „wpychaniem” dla świętego spokoju takiego dziecka „w objęcia” komputerów, laptopów czy telefonów.

Czym to się kończy, ukazane zostało w filmiku, który jakiś czas temu obejrzałem, przeglądając sieć. W pierwszym momencie widzimy małe dziecko, które jeszcze ledwo co siedzi między dwojgiem rodziców i próbuje się do nich przytulić, zwrócić ich uwagę, a ci reagują (nie odrywając oczu od ekranów telefonu), podając mu kolejno zabawkę, przekąskę, która ląduje na podłodze zamiast w ustach dziecka, czy zasłaniając mu dłonią usta, by nie krzyczało. Na koniec dziecko otrzymuje tablet z bajką i się uspokaja. W drugiej części spotu widzimy analogiczną sytuację, z tą różnicą, że dziecko ma już kilka lat i wpatrzone jest w telefon, a rodziców, którzy próbują go przytulić, odpycha od siebie, a gdy ci nie reagują, dziecko wstaje z kanapy i wychodzi. Wymowne, prawda?

Dylematem społecznym pozostałe fakt, kto, jak i w oparciu o jakie doświadczenie powinien edukować młodych ludzi – niemal od najmłodszych lat – na jakiej zasadzie działają media społecznościowe oraz jakie mechanizmy za nimi stoją. Czy powinno się ograniczać pole manewru takim gigantom internetowym i sprawić poprzez przepisy, by zmieniły swoje postępowanie na mniej „uzależniające”?

Moim zdaniem nic to nie da. Za tymi aplikacjami stoją ogromne pieniądze i nie ma tam mowy o jakiejkolwiek wrażliwości. Liczy się efekt i monetyzacja, a gdy zabroni się im jednego, to niemal od razu pojawi się coś innego – nikt nie jest w stanie powiedzieć, czy to nie będzie jeszcze gorsze w skutkach niż to, co jest dostępne obecnie. To rodzice jednak powinni spędzać znacznie więcej czasu ze swoimi pociechami, tak by te nie czuły się odtrącone, niekochane, niezrozumiane itp.

To my dorośli powinniśmy też starać się pokazywać naszym milusińskim, jakim dobrodziejstwem jest cała ta technologia, lecz także jakie niesie za sobą niebezpieczeństwa. Co zrozumiałe, nie wszyscy rodzice sami mogą mieć odpowiednią wiedzę lub co też istotne umiejętność przekazywania pewnych informacji w sposób, który do takiego młodego człowieka trafi. Tutaj więc duża nadzieja (nie chciałbym powiedzieć, że płonna) pokładana w szkole, która to powinna też – co już również pisałem wielokrotnie – skończyć z uczeniem wszystkiego, a nakierować się również na to, co ważne.

To, co jest dziś i teraz, by pomóc zrozumieć młodym ludziom otaczający ich współczesny świat i jego problemy oraz zagrożenia. To tym większe wyzwanie, gdyż trzeba nauczać o tym w sposób ciekawy i efektywny, a z tym, jak już wiadomo, polskie szkolnictwo – w przeważającej większości
– ma na bakier, od wielu, wielu lat.

Szczególnie jest to ważne w kontekście lawinowego wzrostu samobójstw i przypadków depresji wśród młodych ludzi, co, jak już wielokrotnie zostało powiedziane, jest czynnikiem właśnie wpływu m.in. mediów społecznościowych na tychże ludzi. Tym trudniej jest z tym walczyć, szczególnie gdy sami – my jako dorośli, nie rozumiemy tego problemu. I coś, co dla nas wydawać by się mogło błahostką, „śmiechostką”, urojeniem – dla takiego młodego człowieka może być kolejnym przyczynkiem do czegoś złego.

Na zakończenie zachęcam do lektury artykułu z tego numeru, w którym to właśnie piszemy o problemie uzależnienia młodych ludzi, co nazwane zostało netoholizmem i fonoholizmem. W jednym z akapitów tegoż tekstu pada bardzo trafne spostrzeżenie: „[…] pomimo podobieństw do uzależnienia od narkotyków, uzależnienie behawioralne, jakim jest fonoholizm i netoholizm, jest powszechnie akceptowalne”. Polecam również obejrzeć wspomniany wyżej dokument – jest on dostępny na platformie Netflix.

Print Friendly, PDF & Email