Czego boją się rodzice...

Czego boją się rodzice...
Fot. Damian Nowacki

Jesteśmy rodzicami. Dorosłymi. Naszym zadaniem jest znać odpowiedź na każde pytanie, wiedzieć wszystko najlepiej i niczego się nie bać. Taki obraz pewnie mają dzieci. Ja taki miałam. Z czasem oczywiście teoria się weryfikuje, bo sami się z dzieci dorosłymi stajemy i sami zaczynamy widzieć luki w systemie i dochodzić do wniosku, że cała ta dorosłość jest przereklamowana. A już na pewno wiemy, że nie jest tak, że się niczego nie boimy. Przecież jesteśmy dorośli. To nas się boją.

Tymczasem strach ma różne oblicza, boimy się wielu rzeczy, czasem dowiadujemy się o swoich demonach dopiero jak się na naszej drodze życia pojawią. Kiedy przychodzi nam się zmierzyć z czymś, o co nigdy siebie nie posądzaliśmy, że tak się stanie.

Każdy ma jakieś swoje demony. Zwykle nasze wydają się największe, ale jednak czasem rozumiemy strach innych, lub go bagatelizujemy i uważamy że tylko nasz jest ten właściwy. Bywa, że potrafimy się od niego zdystansować, albo zupełnie się w nim zatracamy. Sen z powiek spędzają nam codzienne troski i problemy. Sama nie raz pisałam, jak obezwładniająca jest ciągła obawa o Julkę, o jej zdrowie, o rzeczy i sytuacje, na które wpływu nie mamy. Jak ciągle musimy po omacku oceniać co się dzieje i mieć nadzieję że oceniamy właściwie. I jak jest to dla nas bardzo obciążające emocjonalnie i psychicznie. Niedawno przecież, podczas pobytu w szpitalu po mocnym ataku padaczki, czas dla nas się na chwilę zatrzymał. Wydawało się że tracimy kontrolę jako rodzice i opiekunowie. Że strach o Julkę sięgnął sufitu – osiągnął jakieś apogeum. Że nas pokonał, że przynajmniej na moment, straciliśmy grunt pod nogami. To wszystko jest trudne, oczywiście, problem nie znika, jednak teraz dopiero się okazuje, jak niewiele wtedy wiedzieliśmy o utracie kontroli i poczuciu bezsilności…  Bo kiedy nagle pojawiło się tak jednoczące wszystkich w strachu zagrożenie, jak wojna w Ukrainie, wszystkie nasze codzienne demony przy nim zbladły. Powiem więcej – zauważyłam przy tym bardzo dziwną rzecz – zaczęłam za nimi tęsknić…

Bo to jest tęsknota za strachem kontrolowanym, za takim który, jako rodzice, mamy w obowiązku pokonać, to nasza praca i na tym skupiamy swoje wysiłki. Na tym i na szukaniu rozwiązań. I bardzo często się nam udaje. Wiadomo – lata wprawy. Tymczasem natłok okrutnych zdarzeń i informacji oraz fakt, że dzieje się to tak blisko nas, powoduje że żyjemy konfliktem na wschodzie i wdarł się on w naszą codzienność, zajmując miejsce dotychczasowych trosk. I nagle złapałam się na uspokajaniu swoich myśli przez skupienie się na tym, co mnie stresuje na co dzień, na przywoływaniu codziennych demonów. Zwyczajnie próbowałam sobie przypomnieć co mnie najbardziej jeszcze tak niedawno doprowadzało do bezsenności…

To dopiero terapia… Ale te demony są nasze, są oswojone i wiemy jak sobie z nimi radzić. Fakt, że cały czas istnieją, jest dowodem na to, że jest normalnie, że nie jest to banalne i nadal „możemy” martwić się Julki skoliozą i napadami padaczkowymi. Ta „normalność” jest nam bardzo potrzebna, lata przecież zajęło nam ich oswajanie, adaptacja i znajdowanie siły i energii do działania. Niezależnie od trudności. I w obliczu tego, co się dookoła nas dzieje i choć z pewnością takie życzenia znajdą się w co najmniej pierwszej dziesiątce najdziwniejszych, życzę Wam i nam, żeby te problemy, które na co dzień nie dawały nam spać, były znowu naszymi największymi.

Print Friendly, PDF & Email