Wiemy doskonale, że od zarania ludzkości kanony tego, co ładne i też tego, co brzydkie, zmieniały się z każdą kolejną epoką. Zresztą należałoby na starcie założyć, że te dwie kategorie nie istnieją bez siebie dokładnie na tej samej zasadzie, na jakiej oceniamy, że złe to po prostu coś, co nie jest dobre.

I o ile tego typu etyczne rozważania nie tak trudno osadzić w religii, moralności czy też jakimś mniej więcej umownym kanonie, to okazuje się, że mówienie o tym, że coś jest piękne, ma w sobie bardzo dużą dozę subiektywizmu. Oczywiście jest on od wieków skrzętnie podsycany przez artystów, którzy skutecznie wyznaczają estetyczne trendy. Obecnie jednak odnosi się wrażenie, że ta ich rola niemalże wypadła z kanonu, a za ustalanie wzorców zabrali się chirurdzy plastyczni oraz kosmetyczki czy też fotograficy, którzy zaopatrzeni w najnowocześniejsze programy nawet z siedemdziesięciopięcioletniej Urszuli Dudziak są w stanie zrobić czterdziestkę. Ba, nawet atrakcyjniejszą niż jej córki, z którymi promuje popularną sieć telefonii komórkowej. Mniej lub bardziej inwazyjne zabiegi oczywiście mają sprawiać, że będziemy czuć się lepiej, ponętniej, będziemy realizować sen o sukcesie, który musi odbijać się w wyglądzie twarzy, kształcie i kolorze brwi, ilości zmarszczek czy też zawsze perfekcyjnym makijażu. Efekt? Jeszcze nigdy wcześniej nie było tak wielu podobnych do siebie ludzi. Szczególnie kobiety decydują się bardzo często na tak dużą ingerencję w ciało, że tracą naturalne rysy. I mamy wrażenie, że mijamy kolejne klony na ulicach. I o dziwo ten typ zrobionej urody jest również nagminnie lansowany przez media. Dlaczego? Bo ma być pięknie. A może tylko uniwersalnie.

Szablon – wytnij – wklej

Co kilka miesięcy pojawia się kampania reklamowa, która w jakiś sposób (mniej lub bardziej zamierzony) wywołuje dyskusje na temat urody, starości czy też na przykład otyłości. I bezwzględne krytyczne komentarze dotykają również osób znanych i szanowanych. Trudno bowiem odmówić klasy i urody Grażynie Torbickiej czy też talentu Dawidowi Podsiadło, ale także oni codziennie są narażeni na wytykanie palcami nie takich powiek, nie takich wąsów, nie tej fryzury. Jest to o tyle przerażające, że w dążeniu do nierealnych kanonów piękna automatycznie gubimy całą naszą indywidualność. Kultura masowa stawia na konkretne wzorce, które mają mieścić się w wymiarach i kształtach. Wszystko, co nie pasuje, z automatu odrzucamy do kategorii brzydkie, niechciane, niewarte. Natomiast to, co dzieje się w sztuce i w literaturze, nagminnie deformuje rzeczywistość i z zasady stara się w ogóle nie ingerować w różnego rodzaju estetyki. Jeżeli w ogóle są jeszcze jakieś zasady. Lubimy niezmiennie piękno, hejtujemy to, co się w nim nie mieści i uparcie podglądamy z fascynacją to, co brzydkie. Tylko tę granicę coraz rzadziej wyznacza sztuka, a coraz częściej popkultura, której zadaniem przecież jest sprzedać.

W kulcie ciała

Moglibyśmy założyć, że nawet pomimo najszczerszych chęci w dążeniu do doskonałości nie jesteśmy w stanie osiągnąć ideału. Możemy oczywiście próbować i w kulcie ciała skazywać się na ogromne wyrzeczenia i cierpienie. Być może to jest gwarancją sukcesu i powodzenia. Co istotne – szukamy ich właśnie w drugim człowieku, jakby względna atrakcyjność była nie tyle związana z natywizmem, lecz z akceptacją i podniesieniem własnej wartości. Po co? Bo wmawia się nam, że tak trzeba. Może właśnie dlatego ludzie, którzy na co dzień zmagają się z niedoskonałością ciała lub też jego deformacją, na starcie wywołują odruchy litości, a zaraz potem chcielibyśmy, żeby zniknęli nam z oczu. Nawet jeżeli przemawia za nimi wyjątkowy talent, to i tak jest on oceniany z perspektywy niepełnosprawności. W dobie wyśrubowanych ideałów piękna, poprawiania urody w każdym wymiarze oraz oszukiwania starości współczesny Quasimodo ma wyjątkowo pod górkę. Jest tym elementem społecznym, na który nie chce się patrzeć, słuchać go czy też pracować z nim, ponieważ jest widocznym znakiem tego, że naturze coś poszło nie tak. A współczesna medycyna czy kosmetologia jeszcze nie potrafią sobie z problemem poradzić. Wrzucenie w kategorię „brzydki” jest bolesne tym bardziej, gdy istnieje świadomość ograniczeń czy też nawet niemożliwości ciała. Wtedy największą barierą jest drugi człowiek, bo słowo „integracja” nic faktycznie nie znaczy, do niczego nie prowadzi. Jest puste.

Fot. Rafał Sułek

Ja, Brzydal

W mediach społecznościowych pojawiają się niepełnosprawni artyści. Ich występy w popularnych programach notują miliony odsłon, a niejedna piosenka wyciska łzy z oczu. I tylko nie wiadomo, czy dlatego że pięknie wykonana, czy dlatego że na scenie stoi „dziwoląg” bez ręki, nogi, niewidomy lub też sparaliżowany. Katalog ułomności jest przecież bardzo szeroki, a my mamy tendencję do tego, by sztukę tworzoną przez osoby z niepełnosprawnościami odbierać poprzez ich kalectwo właśnie, a nie przez pryzmat włożonej pracy, talentu, jak to czynimy w stosunku do ludzi zdrowych. Wszak wtedy skupiamy się jedynie na wyglądzie, ilości centymetrów w pasie lub biuście oraz odpowiedniej kreacji. Od wieków ludzie „skazani na brzydotę” byli również wykluczani z życia społecznego. Bardzo często również napiętnowani, tak jakby ich wygląd zewnętrzny był wyrazem tego, że coś Bogu się nie udało, a może wynikiem działania złych (nieczystych) sił. Znalezienie odpowiedniej teorii nigdy nie było problemem, a historia pokazuje, że skutecznie eliminowano z widoku publicznego odmieńców, chyba że byli oni atrakcjami objazdowych trup artystycznych lub stanowili bardzo ciekawy materiał badań nie tylko medycznych. I choć czasy się zmieniają, to w dalszym ciągu w wielu społeczeństwach (w tym także w Polsce) osoby z deformacjami traktuje się jak zjawisko. Popatrzymy, współczujemy, wpłacimy jeden procent i najlepiej by było, żeby usunęli się z miejsc publicznych, ulic, instytucji kultury i edukacji. Żeby nie burzyli wyidealizowanego świata. Te swojego rodzaju niskie instynkty wynikają przede wszystkim z niemożliwości znalezienia dla nich miejsca. I choć otacza nas masowa tandeta, sztuka współczesna zasypuje dekreacją rzeczywistości i sięganiem po różnego rodzaju potworności i naturalizm, to jednak na co dzień ma się wszystko zmieścić w standardzie.

W kulturze klasycznej niewątpliwie znajdziemy i kreowanie piękna, i dokładną analizę tego, co brzydkie. Wszak ciało miało być świątynią ducha i umysłu. Im bliżej współczesności, tym coraz wyraźniej widać, że wygląd zewnętrzny stał się synonimem (lub może tylko wyraźnym znakiem) wartości estetycznych – w zakresie wiedzy, predyspozycji czy też cech charakteru. Dlatego właśnie atrakcyjni ludzie lepiej są oceniani w szkole, łatwiej znajdują pracę, szybciej osiągają sukces. Wynika to z naszego umiłowania piękna i chęci, żeby nim się otaczać. Te mechanizmy powiela sztuka, film, teatr, a nawet literatura. I choć na jej kartach pojawiają się bohaterowie z deformacjami, to najczęściej są oni wykorzystywani, by stanowić tło dla tez moralnych. Do kanonu przeszedł jednakże Quasimodo jako przykład zamknięcia w zniekształconym ciele dobrego serca, ale większość tych, którzy nie mieścili się w standardach piękna, jednak była spychana na margines, budząc grozę oraz litość, a także stając się kultowymi bohaterami kultury i popkultury. Któż z nas nie zna Frankensteina, Hrabiego Draculi czy Nosferatu?

Ciało na planie pierwszym

Nie ulega wątpliwości, że żyjemy w kulcie ciała i to bardzo eksponowanego ciała. Wszechobecna nagość jest już tak powszechna, że przecież nie dziwi nawet przy okazji reklamy dachówek czy warsztatu samochodowego. Ciało stało się towarem, a artyści coraz chętniej wykorzystują różne jego oblicza do tego, by opowiadać swoją historię o rzeczywistości. Im częściej porusza się problemy, z jakimi spotykają się osoby z niepełnosprawnościami, tym więcej ich na co dzień, tym chętniej po ten materiał sięgają twórcy. Najbardziej ułomny jest jednak język, ponieważ ciężko jest zamknąć opowieść o kalectwie w słowach, które albo poniżają, albo wzbudzają litość, albo ocierają się o slogany medyczne, które być może są poprawne politycznie, ale nijak się mają do tworzenia relacji. W tej materii natomiast świetnie radzi sobie fotografia i bardzo chętnie sięga (nie tylko w kampaniach społecznych) po ciała, które są całkowicie zaprzeczaniem obowiązującego kanonu piękna. Zarówno osoby na wózkach czy też bez kończyn, czy na przykład kobiety po mastektomii starają się pokazać, że w bliznach, brakach, zniekształceniach też mieszka piękno, bo w nich jest człowieczeństwo. Zastanawiające jest jedynie, ile osób kalendarz z takimi zdjęciami powiesiłoby sobie w sypialni, jaka galeria zdecydowałaby się na taką wystawę lub jakie kolorowe pismo na fotoreportaż promujący idee.

Czy ktokolwiek kiedyś zastanawiał się, dlaczego w publicznej telewizji nie obejrzy transmisji z paraolimpiady czy też mistrzostw lub zawodów, w których występują osoby z niepełnosprawnościami, pomimo tego, że osiągają oni zdecydowane większe sukcesy niż zdrowi sportowcy? Ich wizerunków również próżno szukać w kolorowej prasie, a nawet w telewizji śniadaniowej pojawiają się w zupełnie innym celu. A przecież osiągnięcie przez nich sukcesu nie było wcale łatwiejsze, nie wymagało mniejszego wysiłku czy też czasu poświęconego na treningi. Co istotne, zazwyczaj pociąga ze sobą dużo wyższe koszty, ponieważ są to dziedziny, których państwo nie dotuje nawet na minimalnym poziomie. To samo tyczy się pisarzy czy poetów niepełnosprawnych, malarzy, fotografików, piosenkarzy. Lista jest długa i stale otwarta. Dlaczego nie promuje się ich (poza nielicznymi wyjątkami) w mediach powszechnych czy nawet tych elitarnych? Dlaczego dedykuje się im inne wydarzenia, inne miejsca wystawowe, inne festiwale? Inne – bo specjalne. Niepełnosprawni ze swoją odmiennością, nawet gdy tworzą, odnoszą sukcesy czy trenują, nie mają szans na zaistnienie w społecznej świadomości. Przez to stale są utrzymywani w przekonaniu, że robią coś gorzej, nie do końca i nigdy nie dojdą do takiego poziomu, by znaleźć się na okładce. To również sprawia, że jako społeczeństwo nie doceniamy ich talentu i ciężkiej pracy, patrzymy na efekt finalny przez pryzmat wózka, kuli, okularów, laski czy też braku części ciała. A to generuje współczucie a nie podziw.

Interesuje nas piękno, szczególnie to zewnętrzne. Ten kontrast z tym, co nie pasuje do wyidealizowanego obrazu, bardzo mocno widać właśnie w społeczeństwie takim jak nasze, które nie daje przyzwolenia na jakąkolwiek odmienność, które ją piętnuje, które nie pokazuje, nawet gdy jest związana z sukcesem. To nasze kompleksy sprawiają, że chowamy ludzi zdeformowanych jakbyśmy się ich wstydzili, a powszechnie będziemy dalej głosić hasła o tolerancji czy też integracji. I nawet w instytucjach pracujących na rzecz osób z niepełnosprawnościami ten scenariusz też jest skutecznie odgrywany. Dlatego właśnie ma być szaro, smutno i biednie, by chwycić za serca i ruszyć portfele. A ludzie nieidealni często chcą żyć, tworzyć i realizować się nawet w zetknięciu z indolencją czy też głupotą.

Modne, popularne (i drogie) pisma kobiece coraz częściej przyznają się do tego, że celowo nie piszą i nie publikują materiałów oraz zdjęć, które dotyczą osób z niepełnosprawnością. Zaburza to bowiem idee gazety, która przecież ma lansować piękno w każdym wymiarze. Tego oczekują i czytelniczki, i reklamodawcy. Czy warto nazwać to dyskryminacją? Zapewne tak, ale ma ona już tak wiele twarzy, że możemy również stwierdzić, że w mediach nie sprzedaje się starość, macierzyństwo dalekie od sylwetek fit czy bieda.

Fot. pixabay.com

Ja, Twórca

Nieco w drugim obiegu funkcjonuje twórczość osób niepełnosprawnych. Bardzo często związana jest ona z różnego rodzaju warsztatami i przez wiele osób odbierana jest przede wszystkim w wymiarze terapeutycznym. Już takie podejście z góry stawia artystę na pozycji przegranej. Pozbawia się go bowiem talentu oraz ogromnej pracy, jaką włożył w jego rozwój. A przecież można założyć, że gdy mamy przed sobą osobę o ograniczonych możliwościach poruszania się czy też manipulowania, to ten wysiłek, by dzieło powstało, z pewnością był zdecydowanie większy niż w przypadku zdrowych artystów. Zresztą takie elementy w ogóle nie powinny podlegać jakiemukolwiek zestawieniu. Wszak akt twórczy jest intymny i subiektywny. Ale niewątpliwie jest dziełem, a nie efektem terapii. Choć zazwyczaj twórcę przedstawia się właśnie w sytuacji, w której przełamuje on swoje ograniczenia dzięki sztuce. A takie kryterium zubaża odbiór. Sprawia, że myślimy o tym nie w kontekście artystycznej wizji, lecz jako o zrywaniu z barierami. To krzywdzące już na starcie. Rozwiązaniem mogłaby być prezentacja na przykład malarstwa w galerii bez kontekstu autora i jego ograniczeń, ale prawda jest taka, że tego typu miejsca nie promują takich artystów, nawet jeśli ich prace stanowią bardzo dużą wartość i pokazują interesujący warsztat czy też konwencję. To nie są czasy dla kolejnych Nikiforów.

Mój kolega – poeta, stale powtarza, że ma świadomość tego, że jego twórczość jest z automatu niemalże odbierana przez pryzmat wózka oraz ciężkiego porażenia mózgowego. Obojętnie, co napisze, pojawiają się głosy, że on znowu mówi o śmierci czy nieszczęściu i że musi zacząć patrzeć na świat pozytywnie. Taka jednostronna interpretacja szczególnie poezji (która przecież z gruntu powinna być wieloznaczna) dotyka także tych twórców, którzy chorują przewlekle. Jakby nadwiedza o autorze kazała nam frazę o włosach od razu wiązać z chemioterapią. O ile z chorobą czy też wizytami w szpitalach można się schować, to jednak z niepełnosprawnością trudno – szczególnie na spotkaniach autorskich czy festiwalach. Ale wtedy też na przykład na turnieju jednego wiersza czy na slamie możemy się spotkać z opiniami, że ktoś został zauważony z litości. Zdarza się. Naprawdę się zdarza.

Sztuka (tak jak i inne formy aktywności) może mieć wymiar terapeutyczny, ale krzywdą dla artystów jest posługiwanie się tylko i wyłącznie tym kryterium w ocenie tekstu, obrazu czy też innych realizacji. Faktem jest przecież, że nie robimy tego w stosunku do ludzi zdrowych. Odbiór dzieła powinien odbywać się na poziomie jego walorów artystycznych, przesłania, nowatorstwa lub też subiektywnej wartości estetycznej, a nie wózka czy laski. Ale żeby to osiągnąć, należy w końcu traktować osoby niepełnosprawne jako równoprawnych artystów i jeśli osiągają odpowiedni poziom, doceniać, pokazywać, promować na równi z pełnosprawnymi. Bez tego dalej będziemy tkwić w gettach, których przecież na co dzień mamy wystarczająco dużo.

Nie istnieje integracja

Poprosiłam wspomnianego już przeze mnie kolegę o określenie tego, co według niego jest piękne. Przyszło mu to z łatwością, bo odwołał się do erotycznych części kobiecego ciała. W momencie gdy zapytałam, co w takim razie jest brzydkie, z automatu zaczął opowiadać o sobie, ale nie przez pryzmat tego, jak wygląda, ale w aspekcie tego, że nie panuje nad ciałem – robi dziwne miny, jak ulega emocjom czy też nie jest w stanie nadać rękom konkretnego kierunku. Niemożność kontrolowania napięcia mięśniowego, co jest wynikiem choroby, jest tym, co wrzuca go do worka z napisem „jestem brzydki”. Bo nie pasuję, odstaję, robię coś inaczej. Nawet jak tworzę, to i tak wszystko jest oceniane przez pryzmat mojego poziomu. A wielu twórców jasno i wyraźnie pokazuje, że nie ma innych kryteriów, innej oceny, może jedynie jest inny poziom wrażliwości i to ona w wielu wypadkach sprawia, że za serce chwyta nas osoba z niepełnosprawnością, która pokonuje bariery i rozwija talent.

Pytanie pozostaje otwarte, na ile wyjdzie on poza studio popularnego telewizyjnego programu, poza warsztaty terapii zajęciowej, poza spotkania artystyczne osób niepełnosprawnych. Poza współczucie, obrzydzenie czy też chwilowe zdumienie.

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.