Upały kontra gotowanie

Upały kontra gotowanie

Ponieważ temat niniejszego felietonu obraca się wokół kuchni, mój mąż zapowiedział, że lepiej jeśli sama tym razem napiszę, bo to jednak głównie moje pole działania na co dzień – nie wyłącznie moje (żeby być sprawiedliwym i ok – tak kazał napisać…) – ale głównie. Jest gorąco… bardzo gorąco i już jakiś czas ten stan się nie zmienia. Absolutnie nie narzekamy – mamy lato i korzystajmy.

Jula jest małym łakomczuszkiem – je dużo (choć podobno nie wygląda) i bardzo lubi jeść. Tymczasem kuchnia plus gotowanie w temperaturze niepokojąco zbliżonej do tej na zewnątrz są, delikatnie mówiąc, problematyczne…

Potrzeba matką wynalazków, ostatni miesiąc obfituje więc w liczne kreatywne wariacje pt. „co tu zrobić do jedzenia, żeby nie za dużo czasu spędzić w kuchni”… Szczerze – projekt ma kiepskie rezultaty, bo i tak kończy się na nieodpartej pokusie ugotowania garnka leczo (przecież jest sezon!), gołąbków (młoda kapusta, hello!), zupy ogórkowej z pysznych ogórków, których niezliczoną ilość słoików dostaliśmy od ukochanej Babci i którą Jula przecież tak lubi…

To jednak nie obiady stanowią największe wyzwanie, a to, co jest pomiędzy nimi. „Nie ma jedzenia między posiłkami” – zawsze mówiła moja Mama, więc z braćmi (Tata też miał niewielki wybór) karnie takiego grafiku kulinarnego przestrzegaliśmy. Z Julą to nie przejdzie – je średnio 5–6 razy dziennie i żaden z tych posiłków nie wydaje się być zbędny, biorąc pod uwagę apetyt, z jakim do niego podchodzi. Jest więc śniadanie (oczywiście), potem drugie, następnie tzw. obiad Julci (bo jeszcze nie nasz), potem wspólny obiad, podwieczorek i kolacja. W międzyczasie (tak – jest jeszcze międzyczas) bywa, że wpadnie coś jeszcze. Dodatkowemu wyzwaniu podlega fakt, że Julka nie gryzie, radzi sobie dobrze z bardziej miękkimi kawałkami typu naleśnik, kanapka czy kotlecik, jednak z założenia staramy się tej umiejętności nie nadwyrężać tak, żeby posiłek i dla niej, i dla nas był spokojny, bezpieczny i przyjemny. Posiłki więc przygotowuję często pod Julcię, oceniając czy dam radę jej to dać i czy oczywiście to lubi, ale z tym drugim akurat większego problemu nie ma.

Zawsze jest też plan awaryjny – coś, co wiem, że lubi na pewno, i co mam w pogotowiu gdy robię dla nas np. pizzę, którą Juli trudno dać – nie jest to jednak niemożliwe. Planem awaryjnym niezawodnym w każdej sytuacji są pierogi – niestety nie przeze mnie robione – nie mam jednak wyrzutów sumienia, a o ich jakość się nie martwię, bo robi je mama mojej przyjaciółki, sprzedając w ograniczonej ilości na zamówienie. Jej pierogi ruskie z wiejskim twarożkiem, ziemniaczkami i boczkiem Julka wciąga w dosłownie kilka minut. Od lat zamawiamy te same i od lat są tak samo pyszne (wiem, bo czasem podjadam, karmiąc Julcię), stanowiąc backup obiadowy lub drugośniadaniowy najlepszy z możliwych. Polecam, bo czas spędzony przy ich przygotowaniu w kuchni to jakieś 10 min. max. (od wstawienia wody). Na upalne dni w sam raz. Pierogi więc. Cóż jeszcze? Otóż owoce sezonowe – kolorowa i smaczna studnia możliwości, jedyna w swoim rodzaju okazja by dodać do owsianki świeże maliny, truskawki, porzeczki, brzoskwinie czy borówki. I z tej unikalnej okazji korzystamy ile się da. Do owsianki i kaszy manny można (a nawet trzeba) dodać wszystko, co tylko się chce.

W tym roku wyjątkowo obrodziły borówki, albo wcześniej nie rzucały mi się w oczy. Teraz z każdego pobytu na targowisku miejskim wracam z co najmniej pół kg tych pysznych kuleczek. I hop, prosto do owsianki – Julci ulubione drugie śniadanko, opcjonalnie z malinkami lub brzoskwinią (albo ze wszystkim naraz). Tak samo kasza manna. Tutaj jednak odkryciem sezonu okazało się być coś, co bynajmniej do owoców sezonowych nie należy, co więcej, owocem w ogóle nie jest… Masło orzechowe, bo o nim mowa, okazało się z kaszą manną komponować idealnie. Nie mylić z masłem czekoladowym, nieco bardziej popularnym wśród maluchów. Orzechowe to to „w ogóle niesłodkie”. Opcją dobrą na każdy z posiłków są naleśniki – Jula je uwielbia, tak samo chętnie jedząc te z dżemem, co ze szpinakiem i serem. Naleśniki są więc u nas często, a umiejętność przygotowywania ich w 10 min. mam wypracowaną do perfekcji. Nie samym słodkim człowiek jednak żyje, więc obok owoców i warzywa zachęcają latem ze stoisk na targowisku lub zerkają ciekawie z grządek u Babci w ogrodzie. Cukinia – placuszki z cukinii są opcją w 100 proc. trafiającą w gust kulinarny Julci, oczywiście muszą być podane z ketchupem – Jula uwielbia ten dodatek. Może nad patelnią trzeba trochę postać, ale warto. Lato w końcu minie, choć obecna tendencja do utrzymywania się wysokiej temperatury powoduje, że wydaje się prawie niemożliwe, że będzie zimniej. Przeminą też owoce i warzywa. Ci bardziej gospodarni (buziaki Sylwia) zatrzymają je na dużo dłużej w słoikach w różnych postaciach, ci mniej – przerzucą się na to, co oferują sprzedawcy. My jesteśmy gdzieś pośrodku. Mam kilka słoików dżemów z truskawek i czarnych porzeczek, ketchup własnej roboty, trochę buraczków i konserwowych ogórków. A gdy się skończą – zamówię więcej pierogów.

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.