O tym co jest lepsze, co gorsze, czym możemy się pochwalić a czego wstydzić, czyli przemyślenia i wnioski po ostatnim naszym pobycie za granicą, a konkretnie w słonecznej Hiszpanii. A wszystko oczywiście, jak niezmiennie stanowi tytuł niniejszego działu – z perspektywy rodziców.

O samym lataniu już było, dlatego w tym temacie nie ma właściwie nic do dodania – wszystko przebiegło tak jak zwykle, według znanych nam już procedur ułatwiania podniebnych podróży osobom z niepełnosprawnościami. Gładko i sprawnie. No może wniosek nasuwa się taki, że nasz wózek jest „za mało inwalidzki”, przez to notorycznie mylony z dziecięcym i zabierany po wylądowaniu razem z bagażami. Aby uniknąć biegania za nim z Julcią na rękach, chciał nie chciał, trzeba będzie go jakoś oznaczyć – planujemy słusznych rozmiarów naklejkę w miejscu bardzo widocznym (po złożeniu), do przetestowania przy kolejnej podróży – damy znać czy pomogło. Tyle w temacie lotu.

Tym razem chcielibyśmy skupić się na udogodnieniach na miejscu. Na tym gdzie można, a gdzie nie ma szans się dostać z osobą na wózku (na tym etapie wnoszenie po schodach jest już absolutnie poza dyskusją). Przegląd mieliśmy całkiem pokaźny, gdyż nie należymy do tych, którzy spędzają czas leżąc na plaży. Te kilka dni mieliśmy wypełnione zwiedzaniem przepięknych okolic i korzystaniem z atrakcji, jakie oferują.

Zacznijmy jednak od wypożyczenia samochodu – bez tego zwiedzanie zapewne ograniczyłoby się do promenady przy plaży wzdłuż wybrzeża, przy którym był nasz hotel.

Zarezerwowany przez nas wcześniej model miał większy bagażnik – wiadomo wózek musi się zmieścić, ale na miejscu okazało się, że, widząc nasze potrzeby, w tej cenie zaoferowano nam jeszcze większy – tak żeby wózek jeszcze łatwiej się pakowało. Bardzo miło z ich strony.

Mając już samochód, zostaje tylko cieszyć się urokami pobytu. Mając przy tym kartę parkingową, można korzystać z miejsc dla osób niepełnosprawnych, których jest wszędzie bardzo dużo.

Ciekawa rzecz, że w Hiszpanii, zupełnie nie tak jak u nas, to czy można stanąć na miejscu dla niepełnosprawnych jest często warunkowane tym, czy takie osoby są w samochodzie, a nie tym, czy za szybą jest karta. Czyli nawet w przypadku jej braku, wystarczy wynurzyć się z samochodu z wózkiem i nikt nie ma pretensji. U nas jest niestety odwrotnie. Nawet jak wysiadamy na parkingu z Julką i pakujemy ją do wózka, pan pilnujący (który wyrasta zwykle jak z podziemi) obchodzi samochód dookoła, żeby sprawdzić, czy za szybką jest karta. I na pewno gdyby jej nie było, postraszyłby nas mandatem i kazał odjechać.Takie przepisy? Naszym zdaniem taka kultura.

Ale żeby nie było tak, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma, zarówno w Polsce, jak i w Hiszpanii spotkaliśmy się z sytuacją, kiedy nie musieliśmy płacić za miejsce na prywatnym parkingu. Z dobrej woli osoby, która zbierała opłaty. I zarówno w Polsce, jak i w Hiszpanii bywało, że za takie miejsce płacić musieliśmy – z woli osoby zbierającej opłaty.

Jak już zaparkowane – czas na zwiedzanie. Do wszystkich miejsc, jakie udało nam się zobaczyć można iść, praktycznie w ciemno zakładając, że dostaniemy się tam z wózkiem.

Byliśmy np. w muzeum czekolady, połączonym z fabryką działającą cały czas jako zakład produkcyjny tej cudownej słodyczy. Trzeba przyznać, że widok mknących po taśmie tabliczek czekolady, pakowanych przez sprytną maszynę w papierki, by później lądować w pięknych pudełeczkach, był magiczny. Przywodził na myśl fabrykę z filmów o Świętym Mikołaju przygotowującym prezenty dla dzieci na Święta.

Ale do rzeczy – pani przewodnik od razu powiedziała, że mimo iż fabryka jest na piętrze, Jula bez problemu dostanie się do niej windą. Tak też było. W odpowiednim momencie oddzieliliśmy się od grupy zwiedzającej, po to by iść do windy, przy której pani czekała już na Julcię.

Był też czas na wspinaczkę. Jakkolwiek poważnie to brzmi – nie było źle. Zamek na szczycie góry okazał się jak najbardziej do zdobycia przez całą naszą trójkę. W tym wypadku akurat dla całej trójki to wyczyn, bo po górach raczej nie chodzimy. Winda, która wyniosła nas na sam szczyt była nie tylko koniecznością ze względu na Julcię, ale idealnym rozwiązaniem dla nas wszystkich. Dzięki temu Julcia mogła podziwiać panoramę Alicante z bardzo słusznej wysokości.

Była też góra Ifach – tutaj windy nie było i tylko siła i determinacja Taty sprawiła, że Julcia weszła dosyć wysoko i mogła podziwiać panoramę wybrzeża Calpe. To zdecydowanie najwyższe punkty, w jakich Jula się do tej pory znalazła (nie licząc samolotów).

Atrakcje atrakcjami, ale w Hiszpanii, a przynajmniej w mieście, w którym byliśmy, nie zdarzało się, żeby gdzieś nie było podjazdu. Jeżeli go nie ma, to znaczy tylko tyle, że go jeszcze nie znaleźliśmy. Wysokie krawężniki (są naprawdę wysokie!) też mają podjazdy.

Jak jest u nas? Też już całkiem nieźle, szczególnie w większych miastach. Często dostosowania dla osób z niepełnosprawnościami są wymogami architektonicznymi przy powstawaniu nowej infrastruktury. Tylko jeszcze daleko nam do tej ich kultury. Do takiej szczerej serdeczności, zrozumienia i swobody.

Tam ludzie są jacyś inni… bardziej uśmiechnięci… może to efekt długotrwałego działania słońca, może atmosfera wypoczynku, nie wiem, ale każdy kto przechodził obok Julci uśmiechał się do niej, łapał za rączkę, jedna pani nawet ją pocałowała w czółko. Dla nas były to nawet sytuacje lekko krępujące, bo niespotykane na co dzień. A nasza Julia (czytane Hulia) simpatico, jak o niej mówili miejscowi, zdawała się znajdować w tej serdeczności rewelacyjnie. Pozostaje się dostosować. I czerpać garściami.

Damian i Ilona Nowaccy Wersja archiwalna wpisu dostępna pod adresem: http://razemztoba.pl/beta/index.php?NS=srodek_new_&nrartyk= 19176

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.