Widziane z chorej strony: Życie

Widziane z chorej strony: Życie

Temat niezwykły. Pozornie łatwy i banalny. Czytelnik pewnie pomyśli: „Co tu pisać?” Życie jest, żyje się. I to wystarczy”. Lecz to niepełna racja. Przecież każdy z nas mimo oczywistości życia zdaje sobie nieustannie arcytrudne pytania: czym jest życie, jaki ma sens? I to najważniejsze – co robi w nim człowiek? Czym jest nasze ludzkie życie? Tu zaczynają się schody. Pewnie nikomu się nie udało i nikomu nie uda odpowiedzieć na nie wyczerpująco, bowiem nie sposób. Najwięksi mędrcy głowili się i głowią nad ludzkim losem zwanym „życiem”. Cóż więc my możemy, zwykli zjadacze chleba? Uczciwie? – Niewiele! Ja także nie posiadam jakieś niezwykłej wiedzy o życiu. Tak jak wszyscy zadziwiam się nim, ulegam jego fascynacjom, zatrważam się, boję się go. I często mam go dosyć. Szczególnie rano, kiedy kalectwo wita się ze mną bólem i nieporadnością. Tak jest do chwili, kiedy jakaś magiczna siła każe mi się pozbierać. Trochę gimnastyki, trochę dobrych wspomnień, szczypta nadziei i znowu zaczynam się wspinać pod tą szklaną górę życia, niepewny co zastanę na wierzchołku. I tak dzień po dniu. Na przemian wznoszę wzrok ku górze, wpatruję się posępnie w ziemię, rozglądam się spłoszony dookoła. I dalej żyję… czyli co?

Drodzy Czytelnicy! Sądzę, że warto podzielić się z Wami pewnymi przemyśleniami na temat życia. Wymiana poglądów tylko nas wzbogaca. Może Wasze pojmowanie życia i moje dadzą pełniejszy obraz ludzkiego losu. Mimo wielu wątpliwości uważam, że warto sprobować. Więc próbujemy!
Tak jak każdego człowieka tak i mnie dotknął mroczny i tajemniczy impuls stworzenia. Co to było? Kto to był? Skąd się wziąłem? Nie wiem. I już tego prawie nie dochodzę. Prawie, gdyż do końca ziemskiej drogi nie uwolnimy się od tej jadowitej wręcz, obsesyjnej ciekawości poznania naszego istnienia, jego źródeł. Już sam Einstein i wielu innych geniuszy jednym głosem ostrzegali, że zbyt natarczywe, dogłębne dociekanie tajemnicy naszego bytu może doprowadzić jedynie do obłędu i niczego nie wyjaśnić ostatecznie.

Nie oznacza to, że mamy zamknąć oczy, mamy zamilknąć i poddać się bezwolnie przemijaniu na krzywiźnie czasu i przestrzeni. W tym miejscu Drogi Czytelniku warto się na chwilę zatrzymać. Właśnie czas i przestrzeń, przemijanie, to są jedyne obiektywne parametry życia. Niepojęte dla największych umysłów, podobno też zmienne, w co osobiście wierzę. Nic przecież nie stoi w miejscu. Cały Wszechświat, może całe Wszechświaty, cała materia, może antymaterie, może antywszechświaty podlegają temu niezwykłemu prawu przemienności, ciągłemu fermentowi biochemicznych reakcji. Ale zostawmy to, to nie na nasz, ludzki umysł. Pozostawmy Bogu, Opatrzności, drobinie białkowej, Wielkiej ławie Aminokwasów, Jakiemuś Pomrocznemu Geniuszowi ten zapętlony problem.

Z naszego, ziemskiego punktu widzenia czas i przestrzeni mają konkretny wymiar. Wypełnione przemijaniem, nieubłaganym procesem starzenia i w końcu… Tutaj zamilknę, gdyż nie jestem do końca pewien czym kończy się nasz ziemski byt. Prawdopodobnie utratą świadomości istnienia w znanym nam poprzez powtarzalność dni i nocy poprzez sumę niezliczonych potrzeb ciała i duszy obszarze czasoprzestrzeni pod nazwą życie. Ale czy śmiercią? Jeśli tak, to czym jest śmierć? Może to dalszy ciąg życia w ogóle? Może jakaś jego inna odmiana? Dowiemy się albo i nie. Ale to temat na następny felieton. Powróćmy więc na ziemię.

Stare, rzymskie powiedzenie nie pozostawia wyboru: „najpierw trzeba żyć a później filozofować”. Oddziela ono niejako dwie strefy życia. Materialną i duchową. I słusznie i niesłusznie. Słusznie, ponieważ żeby żyć, trzeba być i odwrotnie. Trudno więc przecenić biochemiczne i fizjologiczne potrzeby ciała. Jedzenie, picie są niezbędne do życia. Niesłusznie, bowiem już sama idea stworzenia obdarzyła nas paletą różnych uczuć, które stanowią tzw. sferę duchową człowieka, mówiąc prościej – stanowią duszę. I nie wnikając w hierarchie ważności ani w proporcje potrzeb ciała i duszy, my ludzie przy obecnym stanie wiedzy, mamy prawo twierdzić, że właśnie sfera duchowa jest miejscem narodzin naszego problemu, znanego nam pod nazwą „życie”. Także w sferze ducha kłębią się w gęstwinie zawiłości nasze wszystkie potrzeby, doznania, tęsknoty, cele i ból niespełnienia. Ich głównym nerwem, kręgosłupem jest odwieczne pragnienie szczęścia – na ziemi w obszarach sytości ciała, spełnienia się miłością, przyjaźnią, przyjemnościami do pełnej radości, a nawet rozkoszy w obszarze ducha. Po śmierci – odnalezieniem się pełną świadomością w świecie absolutnego szczęścia po granice błogostanu.

Ale to tak, jak tajemnica zrodzenia się życia budzi jedynie zadziwienie i zadumę i dobitnie nam mówi, a nawet nas ostrzega, przed obsesją dotknięcia istoty życia i jego pełnym zrozumieniem. Przytoczę tu samego Arystotelesa, który mądrze mówił, że nie wszystkie problemy tego świata wymagają najwyższego stopnia wywodów, że dotkną jedynie istoty rzeczy. Cóż dopiero życie, które jest bardziej problemem filozoficznym niż realnym. Wszystko co powiemy o życiu jest i będzie niejasne, mętne i wręcz bolesne, jak tajemnica jego początku i końca.

Drodzy Czytelnicy! Główną intencją mojego autorskiego cyklu felietonów pod nazwą „Widziane z chorej strony” jest szerzenie optymizmu, niesienie nadziei i tzw. podnoszenia na duchu. Nie oznacza to w żadnym wypadku, że mam prawić tanie mądrości, głupie dyrdymały. Nie zamierzam Was ogłupiać komunałami w rodzaju „życie jest piękne, głowa do góry, weź się w garść, jutro będzie lepiej”. To tylko półprawdy o życiu. A półprawdy, to po prostu kłamstwa. Ja w pełni zdaję sobie sprawę, sam tego od kilkudziesięciu lat doświadczam, że życie to czerń i biel, to dobro i zło, mądrość i głupota, radość i tragedia, zdrowie i choroby. I w ostateczności zwątpienie, bolesny smutek aż po rezygnację. Przecież każdy z nas choćby raz w tym życiu miał życia dosyć i czekał na śmierć, jak na wybawienie. W ostateczności jednak niczym zraniony ptak do lotu, tak i człowiek zbierał się jakoś i wprawdzie z nieznośnym uczuciem goryczy, zadumy i bolesnego zadziwienia szedł a raczej wracał na to cierniste, niewdzięczne pole życia. Dziwił się przy tym, dlaczego to robi? Robi to bowiem niejako wbrew sobie. Jakaś niepojęta siła pchała go bezlitośnie w dalsze życie. Tak! To nie my ludzie do końca decydujemy o swoim istnieniu. Tajemniczy, odgórny i niepojęty zew życia, nazywany przewrotnie instynktem samozachowawczym, każe nam żyć mimo naszej woli. I to często nie dla naszej satysfakcji lecz w imię nieznanej i tak chytrzącej swoje tajemnice siły.

Na koniec mam jednak spora dawkę optymizmu. Wyciskam go ze znanego już nam aksjomatu –  otóż trzeba żyć i trzeba filozofować. Z tym, co do życia, to jak sądzę, mniej ważne (chociaż ważne) są ostateczne cele takie jak: pełne szczęście i powodzenie, spełnienie się w każdym obszarze ziemskiego istnienia. Bo to niemożliwe i dajmy sobie z tym sposób. Stawiajmy przed sobą cele, nawet śmiałe wyzwania. Skoncentrujmy się jednak przede wszystkim na samej drodze, na dochodzeniu do tychże celów. Tak jak piosence Skaldów – nie chodzi o to, by złapać króliczka ale by gonić go. Moim zdaniem to bardzo mądre podejście. Podam banalny przykład. Budzi się człowiek zły, pełen apatii, bez chęci do życia. Aż do chwili kiedy wygramolił się z betów, przeciągnął się, wyziewał, wziął prysznic (oby nie wyniósł go na stałe z łazienki), zjadł śniadanie, wypił mocną kawę, jak trzeba kieliszek alkoholu, zaciągnął się papierosem. I może jeszcze przypomniał sobie, że ma dzisiaj kupić ciekawą książkę, załatwić jakieś nie koniecznie ważne sprawy, spotkać się z jakimiś ludźmi. I już mija chandra. Powróciła chęć do życia. Chcesz istnieć, chcesz żyć.

Oczywiście pomijam tu stany chorobowe. Wtedy jest trudniej, lecz i wtedy posiłkując się medycyną warto poddać się takiemu biegowi wydarzeń. Czy jest to też ucieczka przed życiem, przed jego wyznaniami. Może? Lecz nie do końca. Jest też w takim sposobie życia ( przy odpowiednim treningu psychicznym, woli i wyobraźni może to stać się sposobem na życie) miejsce na samorealizację, na wolność osobistą, na spełnienie.

A przy tym – mniej takie życie boli. To dużo. Przecież ból istnienia to nie tylko „dar niebios”. To także gorycz niespełnienia, niekończąca się pogoń za ułudą pełnego szczęścia i szyderczy być może strach przed śmiercią. Mniej chcesz, więcej możesz. I małe może być piękne.

Moi Drodzy! Niech suplementem do powyższych rozważań będzie cytat z Szekspira: ”Życie jest tylko przechodnim półcieniem, nędznym aktorem, który swoją rolę wygrawszy parę godzin na scenie, w nicość przepada powieścią idioty głośną, wrzaskliwą, a nic nie znaczącą”
Dodam jeszcze do Mistrza, że nawet w najgłupszej opowieści ukrywa się jakaś prawda, mądra prawda. Tak też jest z życiem. Mętne, mroczne, zasupłane tajemnicą narodzin i grozą końca. Mimo to próbujemy je trochę ujarzmić, uprościć, wyjaśnić. Zwykłą pracą przede wszystkim,  codziennością jakiegoś działania. Bądźmy ciągle w ruchu, bezczynność jest największym wrogiem życia, wręcz zabija jego sens. Starajmy więc się to niewdzięczne życie oszukać. Nie rezygnując przy tym z filozoficznych dociekań, zadumy i wątpliwości. Szukajmy dalej sensu, pytajmy się, próbujmy odpowiadać. Jak się wydaje, to i może tylko to, jest naszym przeznaczeniem.

Czasami myślę, że Bóg, stwórca czy też jakiś inny Nieznajomy zostawił człowieka, zapomniał o Ziemi. Na szczęście, mimo swej chytrości, ten ktoś zostawił nam możliwości naukowe. I być może w przyszłości medycyna osiągnie taki poziom doskonałości, że będzie możliwy permanentny ciąg przeszczepów, a środowisko, cała przyroda, która jest przecież siedliskiem życia, na tyle wyciszy potrzeby człowieka, że wystarczy mu po prostu zwykłe bycie. Pójście na ryby, na grzyby, na zwykły spacer; dobra książka. Daj Boże jeszcze wzajemna miłość, przyjaźń, szczęście rodzinne nie banalne, nie trywialne. Będą absolutem spełnienia, dotykiem szczęścia. I może człowiek przestanie tak panicznie bać się śmierci, lecz o niej w następnym felietonie.

P.S. Pozwolę sobie załączyć do felietonu własny wiersz o życiu. Jest on poetycką próbą dotknięcia istoty ludzkiego życia, próbą powiedzenia zwięzłą syntezą uczuć o tym, co jest dla człowieka ważne i nie ukrywajmy, co człowieka boli i dlaczego. A także mówi o uwikłaniu człowieka w to nie pojęte a tak chciwe swego istnienia życie.
Wszystko stawało się obok
Mimochodem. Wbrew woli
Naprawdę tego nie było
A tak realnie dotyka
Tak rzeczywiście boli
Nic nie wiedziałem o życiu
Nie miałem wiedzy
Dobrze mi było przed życiem
Bez czasu i przestrzeni
Bez łez rozpaczy
Bez strachu śmierci
Pamiętam jednak dobrze
Że nic nie wiedząc o życiu, życia się bałem
Jakiś dziewiąty zmysł ostrzegał w czyimś imieniu
Że życie to bolesny krzyk
Szyderczy śmiech okrucieństwa
Paleta czerni
Ale jakoś tam. Gdzieś tam jestem
I liczy się tylko ta półprawda
Na niewadzenie się łba z chmurami
Półuśmiech wzgardy
I nie jest ważne istnienie Boga
I tajemnica
Muszę i chcę
Przebyć do końca pustkę ulicy.
  Krzysztof Sadowski Wersja archiwalna wpisu dostępna pod adresem: http://razemztoba.pl/beta/index.php?NS=srodek_new_&nrartyk= 2934

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.