Wiara i Bóg. Od fanatyzmu do odrzucenia

Wiara i Bóg. Od fanatyzmu do odrzucenia

Drodzy Czytelnicy! Dzisiejszym felietonem zamykam rozważania na temat Wiary i Boga. Zamykam oczywiście tylko w sensie umownym. Temat jest bowiem, uczciwie o tym przypomniałem, niewyczerpalny – tak jak życie nie ma początku i końca. Ma jedynie, także jak życie, tylko niezmierzoną głębię, niezrozumianą i agresywnie wabiącą otchłań pomroczną. I na tym koniec bolesnej filozofii. Żeby nie dreptać w miejscu, nie kręcić się w kółko, nie prowadzić i nie wyjałowić naszych rozważań do poziomu akademickiej dyskusji,  odrzucamy w tym miejscu przekleństwo względności rzeczy, zjawisk i ocen.

Co więcej, spróbujemy dla pożytku i jasności naszych rozważań poddać się próbie osadzenia w miejscu. Spróbujemy na krótko (nie jest to łatwe) zapomnieć, że „wszystko płynie”, i że nasze, ludzkie życie to także rwąca, potężna rzeka czasu, o wielu gwałtownych nurtach, bez dna…

Co więcej, bez znajomości miejsca narodzin swojego źródła i, co najbardziej tę rzekę boli, doprowadza ją często do zwątpienia i rozpaczy, bez wiedzy o ujściu swoich wód. Czy rwie „na złamanie fali” do ujścia zapomnienia (to byłoby nie najgorsze), do ujścia nicości (też nieźle), czy może w deltę błogostanu, wiecznego szczęścia, (ale tylko wierzących) w krainę raju, zbawienia, na wieczną audiencję z Bogiem, zawsze Dobrym, Czułym i Troskliwym Bogiem – Ojcem. Ojcem, który w końcu odrzuca wszelkie Zło i przeprasza wszystkie ludzkie dzieci za chytrość swojego istnienia, za niedoskonałość świata, szczególnie  za niedoskonałość życia człowieczego, za tragizm i bolesną udrękę ludzkiego losu. A najbardziej – za okrucieństwo powabów tegoż losu.

W tym miejscu Drodzy Czytelnicy trochę ochłońmy! Wszystko, absolutnie wszystko w tym życiu człowieka usidla, zapętla i zniewala! Nie tylko ta przeklęta biochemia ciała, a może i duszy? (Kto to wie? Może, chociaż brr…) Jedzenie, picie, potrzeby fizjologiczne,  używki (wszelkie nałogi) i co jest najbardziej okrutną prawdą – nawet miłość i przyjaźń nie są do końca czyste, bezinteresowne. Niestety, chociaż doraźnie są piękne, pożyteczne, dają radość aż po rozkosz i są potrzebne, niezbędne człowiekowi, to jednak przede wszystkim zniewalają, ale też…?!

Moi Drodzy! Nawet na tak banalnym przykładzie jakim jest niniejszy felieton widzę,  jak trudno jest się wyplątać z sieci względności. Jednak jeszcze raz spróbuję.

Zostańmy tylko przy pojęciu niedoskonałości. W nim się mieści istota całego życia, wszystkiego co stanowi o jego treści, o jego sensie! To właśnie niedoskonałość świata ludzi (może wszystkich istot żywych, może nawet i roślin?) jest źródłem wszystkiego co stanowi genotyp, swoiste dna i DNA łańcucha przyczynowo – skutkowego, całej poplątanej, poskręcanej sieci naczyń połączonych nazwanych gdzieś życiem.

Niedoskonałość tego świata także sama w sobie (tak jak wszystko) ma plusy i minusy. Jej największym plusem jest jej samoświadomość ograniczeń i inspiracja do ciągłych poszukiwać istoty wszechświata. U człowieka, a to siłą rzeczy nas najbardziej interesuje, świadomość niedoskonałości (także w sensie czysto biologicznym) oraz mglistość definicji jego duszy i co ważniejsze niepewność jej losu, brak gwarancji, że jest nieśmiertelna i jej pośmiertne losy, „uwieczniają człowieka” – są głównym źródłem i powodem narodzenia się Wiary w ogóle i potrzeba istnienia Boga jako jej Absolutu, Twórcy, Szafarza i Strażnika. Tak!

Drodzy Czytelnicy! Posłużę się znowu karkołomną i bojaźliwą prowokacją. Jestem tylko człowiekiem, nie mam istotnej wiedzy o życiu i co tu dużo mówić, moim życiem (moim?) rządzi plątanina nadziei i zwątpienia, lęków i euforii, rezygnacji, nowych, pokracznych i żałosnych zrywów o dalsze, w miarę godziwe istnienie. Mówiąc zwięźle, jak każdy szamocę się na drodze czasoprzestrzeni zwanej życiem, między dwoma pewnikami, między pewnikiem narodzenia, a pewnikiem śmierci. Często trudno jest się pogodzić z tym pierwszym, z drugim (śmiercią) pogodzić się nie można. Nie sposób się pogodzić! Ja przynajmniej nie potrafię. Dlatego ta przeklęta niewiedza, to złowieszcze niepojęcie! Dlatego też doskonale, jak sądzę, rozumiem tę odwieczną u ludzi potrzebę Wiary i Boga. Ryzyko nie jest duże, a może się opłaci? Podkreślam: to nie cynizm, ani tym bardziej szyderstwo czy kpina. To jedynie smutna refleksja i jak sądzę. bardzo, ale to bardzo bliska prawdy. Gdyby istniało pełne, absolutne, czyste szczęście tu i teraz, na ziemi! I to jeszcze w nieskończonym wymiarze życia, nie byłoby potrzeby istnienia Boga, a już na pewno nie w takim znaczeniu i odniesieniu, jak dzisiaj chcemy i przede wszystkim musimy.

Prawdopodobnie Bóg w szczęśliwym, ziemskim, wieczystym ludzkim życiu byłby Bogiem kultu wdzięczności i podziękowań. Chociaż to nie jest takie pewne. Ale pewne jest, że nie byłby Bogiem strachu, rozpaczy, bólu, wojen, głodu, zbrodni, zwątpienia, krótko mówiąc: nie kojarzyłby się ze złem i z żadną nadzieją. Bowiem nadziei by nie było, więcej, byłaby niepotrzebna. Nie byłoby potrzeby wieczności po śmierci, gdyż nie byłoby śmierci. Wieczność byłaby w nas na ziemi i to na zawsze. Rozmarzyłem się, prawda? Wiem o tym dobrze! Ale to taki mój znak sprzeciwu wobec rzeczywistości. Specjalnie nie pomoże, ale też nie zaszkodzi. A zawsze upodmiotowi trochę człowieka! Małe też jest piękne!

Drodzy Czytelnicy! Kończę felieton w pełni świadomy, że dotknąłem ledwie tematu. Podkreślę tylko na koniec to, co pewnie kołacze się w Waszych Głowach pytaniem. „Gdzie fanatyzm, gdzie odrzucenie?”. Odpowiadam. W nas wszystkich. W naszym życiu, w jego złożoności, w jego dwubiegu nowości i w jego tragizmie. W zagubieniu człowieka na drodze gorączkowej gonitwy do szczęścia, do wieczności, do choćby dotyku świadomości, że się istnieje mimo śmierci ciała i to istnieje cudownie. A, że zawsze „coś za coś”, to na wszelki wypadek, i co tu ukrywać – ze strachu, czołgamy się i pełzamy przed Bogiem, żebrząc o Jego litość, mizdrząc się, licząc na jego wdzięczność, nadając mu dla większej pewności ludzkich racji wszystkie możliwe cechy człowiecze, szczególnie te złe (mściwość, okrucieństwo, tolerowanie zła, a nawet sprawstwo zła). To wszystko z domieszką lizusostwa (może akurat mnie dojrzy, zauważy i wynagrodzi). I z najważniejszą intencją: z nadzieją, że to ja, tylko ja przetrwam, jako żywe świadectwo istnienia Boga, po wieczność.

Takie pojmowanie Wiary i Boga w dużym uproszczeniu to nic innego jak fanatyzm. I o fanatyzmie tylko tyle. Można też w nieskończoność. Ale po co? Dodam tylko, że w skrajnych przypadkach, a że sam w sobie jest skrajny i nieustępliwy, prowadzi fanatyzm do straszliwych zbrodni (wojny religijne, terroryzm, nieustanne pojawianie się nowych struktur kościelnych, sekt i samozwańczych proroków. A wszystko to rzekomo w interesie całej ludzkości. Cóż! Pozostaje powtórzyć smutną refleksję, że czego dotkną ludzkie ręce, wszystko popsują. Pycha człowieka jest jego przekleństwem. Proszę zauważyć: jeżeli człowiekowi coś nie wychodzi prośbą, skamleniem, dobrocią, to zaraz zrzuca z siebie owczą skórę i pokazuje kły. Nawet wobec Boga. Mimo, że się Go dalej na wszelki wypadek boi, to odrzuca go z gniewem, z pogardą albo „urabia Go” na swoje koniunkturalne potrzeby, często podłe i zbrodnicze (Stalin, Hitler). Nawet ten niepewny Bóg – mglisty i daleki – krępuje ideologów zła w ich podłości i w zaciekłej walce z dobrem. Tak, to jest właśnie odrzucenie. Świadome odrzucenie w imię wielkości człowieka. W imię jego snów o potędze. Jak to się kończy – wiemy. Do bólu ukazały to nam i komunizm, i faszyzm. Znowu ta cholerna dwubiegunowość. Z Bogiem nie do końca dobrze, ale bez Boga się nie da. I fanatyzm i odrzucenie nie służą dobrze człowiekowi, co więcej – obracają się przeciwko człowiekowi.

– Co więc robić? – zapytają pewnie niektórzy Czytelnicy. – Nie wiem! Chociaż… może troszeczkę wiem…? A przynajmniej wydaje mi się, że trochę wiem. Jak sądzę, należy uznać (ale nie do przesady) słabość człowieka, tragizm ludzkiego losu, jego zapętlenie w niepojęciu. Z drugiej strony umiejętnie wykorzystywać to, co jest w miarę obiektywne i sprawdzone, jako  dobrze służące ludzkiemu życiu. Z grubsza biorąc wiemy co dla nas osobiście dobre, a co złe. Wyciągnijmy więc jakże prosty i oczywisty wniosek: każdy inny człowiek też tak odczuwa, a więc „nie rób tego innemu co tobie niemiłe”. „Szanuj i na ile to możliwe, kochaj bliźniego swego, jak siebie samego”. Te maksymy w oparciu o Dekalog (po odrzuceniu z Niego takich słów jak niewolnica, niewolnik – wiadomo, inne czasy) mogą być fundamentem naszej ludzkiej wiary, która nie musi być bluźniercza wobec kogokolwiek (Boga? Innego Stwórcy?), czy też wobec czegokolwiek (nauki?). Co więcej – i to jak sądzę jest kluczem do upodmiotowienia człowieka w życiu, we Wszechświecie – na Ziemi i po śmierci.

Chciałoby się w tym miejscu powiedzieć: Człowieku, na miarę swoich możliwości (czasami masz ich dużo) pielęgnuj w sobie to co jest dobre nie tylko dla ciebie, ale służy też dobrze innym ludziom! Kreuj też i rozsiewaj to dobro na zewnątrz. I nie tylko nie toleruj zła, ale to zło zwalczaj i niszcz ze wszystkich sił. W imię zasady: „jeżeli ktoś przychodzi cię zabić, zabij pierwszy!”. Tak! Prawda to okrutna lecz jedynie słuszna. Żeby nam się lepiej, szczęśliwie żyło musimy najpierw, musimy przede wszystkim – żyć. Wtedy Wiara i Bóg, które tak naprawdę są w nas, będą wieczne i bliskie; ludzkie, jak nigdy. A jeśli ocalimy ten świat i nasz gatunek dla następców, Wiara i Bóg staną się absolutnie obiektywne i nie będą nigdy w konflikcie z ewentualnie (może tak, może nie, bo nie wiem) istniejącym Bogiem – Sprawcą Wszechświata, ze Stwórcą człowieka, jego losu. A perspektywa, daj Boże, pewności wiecznego błogostanu po śmierci będzie wiodła ludzkie plemię przez to życie radośnie i mądrze.

Bóg – Człowiek! i Człowiek – Bóg! Partnerzy i Sprzymierzeńcy, potrzebni sobie, wspomagający się i szanujący się po wieczność w imię zamazywania się granic między niebem, a ziemią. Niech już wystarczy cierpienia – cierpienia i człowieka i Boga. Może się uda? Nie ma pewności, ale warto kroczyć tą drogą. W imię zasady, że nie chodzi o to, żeby złapać króliczka, ale by gonić go, bo sam bieg wyzwala hormony przyjemności, a nawet szczęścia. Wprawdzie najpierw czuje się potworne zmęczenie lecz po biegu przychodzi ulga i radość. I to jest właśnie spełnienie. Małe jest piękne!

Ps

Na temat następnego felietonu proponuję rozważania o zależności przebaczenia i pamięci.

  Krzysztof Sadowski Wersja archiwalna wpisu dostępna pod adresem: http://razemztoba.pl/beta/index.php?NS=srodek_new_&nrartyk= 3708

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.