Wciąż jeszcze śpiewają słowiki

Wciąż jeszcze śpiewają słowiki

Na całym świecie słychać dziś krzyk: ratujmy Ziemię! Biologiczne zasoby naszej zielonej planety kurczą się w oczach. Od dawna bezskutecznie alarmują naukowcy i ekolodzy, dzisiaj widzimy to już (prawie) wszyscy. Czy jednak nie obudziliśmy się z przysłowiową ręką w nocniku?

Giną w coraz szybszym tempie tysiące gatunków zwierząt, zwłaszcza owady niezbędne dla życia roślin i stanowiące pierwsze ogniwa łańcuchów pokarmowych. Powierzchnię ziemi i wody oceanów pokrywają rosnące góry śmieci. W dużych miastach coraz trudniej oddychać, brakuje wody. Do tego zachodzą zmiany klimatyczne: znikają lodowce, oceany stopniowo zatapiają rajskie wyspy, w Europie mamy bezśnieżne zimy, huragany w miejscach, gdzie ich przedtem nie było, letnie upały nie do wytrzymania i coraz więcej innych, nie spotykanych dotychczas zjawisk. Trudno już tego nie dostrzegać, ale powstało pytanie, na ile są to procesy naturalne, a na ile spowodował je człowiek. Odpowiedzi słyszy się różne.

Już pół wieku temu Jean Dorst w książce „Zanim zginie przyroda” ostrzega, że wylesianie, wypalanie buszu, nadmierny wypas, nadmierne stosowanie chemicznych środków ochrony roślin, zwłaszcza pestycydów, zła gospodarka wodna doprowadzą do zniszczenia środowiska przyrodniczego. Napisał w zakończeniu swojej książki: „Próbowaliśmy zbadać przyczyny upadku przyrody i wykazać obiektywnie, że człowiek myli się, chcąc tworzyć świat całkowicie sztuczny. Jesteśmy do głębi przekonani, tak jak biolodzy, że tajemnica najlepszego wykorzystania jej zasobów kryje się w harmonii pomiędzy człowiekiem i jego środowiskiem.”.

Od tego czasu ta rabunkowa gospodarka nie tylko nie ustała, ale się spotęgowała. Rozwinęła się przemysłowa hodowla zwierząt, modyfikacja genetyczna roślin uprawnych, produkcja olbrzymiej ilości opakowań z tworzyw sztucznych.

Pisze dalej Dorst: „Dzisiejszy Homo faber ma nieugiętą wiarę w przyszłość. Może jutro wstrząśnie górami, zawróci rzeki, urządzi żniwa na pustyni, będzie coraz dalej sięgać w Kosmos. Owładnął nim potworny pęd do wydobywania korzyści ze wszystkiego, co się da. Wiara w technikę popycha nas do niszczenia wszystkiego, co zachowało się w stanie dzikim, i do nawracania wszystkich na kult maszyn”. Chciałoby by się powiedzieć: nic dodać, nic ująć. A możliwości człowiek ma coraz większe dzięki: kolejnym odkryciom naukowym, inżynierii molekularnej, sztucznej inteligencji, drukarkom 3D, wielu innym cudom techniki, konkurującym z cudami przyrody. Zupełnie jak w baśni Andersena o słowiku, który zachwycił cesarza Chin i jego dwór swoim śpiewem, ale miał bardzo niepozorny wygląd i pewnego dnia zastąpiono go podarowanym przez cesarza Japonii sztucznym słowikiem, który nie tylko wyśpiewywał piękną, chociaż zawsze taką samą melodię, ale mienił się od złota i drogich kamieni. Baśń kończy się powrotem żywego słowika, który uratował życie umierającego cesarza. Wygląda na to, że dzisiaj też jakby na nowo dostrzegamy wartość i zalety natury, której jesteśmy częścią. Co prawda nie opuścimy już coraz ludniejszych miast z ich drapaczami chmur, metrem, ruchomymi schodami i windami, multikinem i dostawcami pizzy, ale na wypoczynek chętnie jedziemy nad morze, w góry i nad jeziora. Nawet jeśli większość urlopowiczów wybiera luksusowe hotele, to z widokiem na ładny, naturalny krajobraz. Tu, w Polsce, w umiarkowanym do niedawna klimacie, o regularnych porach roku, zaczęły nas przerażać susze i tornada, straciły sens dawne przysłowia o pogodzie, śnieg stał się egzotycznym zjawiskiem. Przyroda i ludzie muszą się dostosować do zupełnie nowych warunków wegetacji. Dobra wiadomość jest taka, że nie wszystko jest stracone. Trzeba zastąpić węgiel odnawialnymi źródłami energii i zasypać straszliwie dewastujące środowisko odkrywkowe kopalnie, co wymaga wielkich pieniędzy. Ale równie ważne jest posadzenie i pielęgnowanie drzewa w okolicy domu, a choćby tylko zastąpienie reklamówki papierową torbą. Dopóki jeszcze śpiewają słowiki – te prawdziwe.