Wakacyjne przedszkole, albo jak znaleźć złoty środek?

Wakacyjne przedszkole, albo jak znaleźć złoty środek?

Dziecko I: Oddaj, oddaj moją zabawkę!
Dziecko II: Nie dam, nie oddam! To moje!
Dziecko I: Oddaj, bo cię ugryzę!
Dziecko II: Proszę paanii!
Dziecko I: Ciiicho… zamknij się. Może o nas zapomną i nie pójdziemy na  basen…
Dziecko II: Ojej, albo grać w warcaby…
Dziecko I: No, już dobrze … zgoda?
Dziecko II: (kiwa głową i wyciąga rękę na zgodę)
Dziecko I: Ja pierwszy raz jestem w wakacyjnym przedszkolu, a ty?
Dziecko II: Ja już kiedyś byłam – w poprzednim wcieleniu. To było w całkiem innych czasach – za komuny – będziesz się kiedyś uczyć na historii.
Dziecko I: I jak wtedy było w przedszkolu?
Dziecko II: E… tak zwyczajnie (wzrusza ramionami) – dzieci miały się dobrze odżywiać i wypoczywać.
Dziecko I: Wypoczywać? Chyba nie ma takiego słowa?
Dziecko II: No, w czystej postaci, to może nie ma, ale jest na przykład „rehabilitacjno-wypoczynkowy”.
Dziecko I:  Albo „czynny wypoczynek”.
Dziecko II: No właśnie. Dorośli są teraz okropnie ambitni – inwestują w siebie – ciągle muszą coś robić, żyją według różnych programów.
Dziecko I: Wiem, wiem. Polacy chcą dogonić Amerykanów, a Amerykanie Supermena.
Dziecko II: O, Supermena! Chodźmy na telewizję!
Dziecko I: Coś  ty, tego nie ma w programie!
Dziecko II: Ojej, czy dziecko też musi być zaprogramowane?
Dziecko I: Aleś ty dziecinna… Sama mówiłaś, że musimy dogonić Amerykanów.
Dziecko II: Musimy, to zrobić siku i kupę!
Dziecko I: Nie bądź taka mądra. Moja mama mówi, że jakby nie było porządku, to byłaby anarchia.
Dziecko II: Co to jest anarchia?
Dziecko I: Moja mama mówi, że dzieci by weszły wychowawcom na głowę.
Dziecko II: Twoja mama jest nudna!
Dziecko I: Co powiedziałaś!? To twoja mama jest nudna!
Dziecko II: Oddaj moją zabawkę!!!
Dziecko I: Nie oddam, nie oddam!!!
Pani: Co to się dzieje?! Wszystko słyszałam. Żeby takich dużych przedszkolaków nie można było z oczu spuścić! Widzę, że trzeba dać wam więcej zajęć.
Dzieci: O, nie!!!
Ten skecz napisałam ładne parę lat temu na wakacyjnym turnusie rehabilitacyjnym, dla niewidomych i słabowidzących dzieci, z tak bogatym, że aż meczącym programem.
No dobrze, powie ktoś, ale co z tego wynika, czy warto poświęcić na jakiś dziecięcy skecz kawałek strony w gazecie? Też się zastanawiałam, ale myślę, że może warto, jeśli w ogóle warto się zastanawiać nad tak zwanym życiem.
Świat wokół nas zmienia się w takim tempie, że nas zadziwia i przeraża  lub fascynuje i wprawia w euforię. Albo wszystko naraz. Nikt pojedynczy w znaczący sposób świata nie zmienia, robimy to w różny sposób i w różnym stopniu – choćby minimalnym – wszyscy, czyli parę miliardów osób. Z tych – nieskoordynowanych przecież – ruchów i postępu technicznego, a także  nie spotykanego dotąd w dziejach, rozwoju i szybkości przekazu informacji, powstaje całkiem nowa, niespodziewana, zaskakująca i nie zawsze nieoczekiwana jakość.
Jak w tym świecie ma się odnaleźć człowiek, który przede wszystkim, jest zakodowany według boskiego wzorca przechowywanego w jakimś niebiańskim Sevres? Co ja mówię – „odnaleźć”? Powinnam powiedzieć, jak się „odnajdować”? Bo przecież w ciągu trwania jednego ludzkiego życia świat się tak „potrafi” zmienić, że ludzie nie potrafią się do niego przystosować.  Gubimy się w naszym pragnieniu „bycia na bieżąco”, sprostaniu wymaganiom współczesności, dogonienia świata… Nie ma w tym oczywiście nic nagannego, bo to żadna frajda być outsiderem,  na marginesie życia i wydarzeń. Z drugiej strony, „inwestując w siebie”, stawiając na ciągły rozwój – według, zawsze „najlepszego z najlepszych”, programu – łatwo stracić z oczu wymagania tego pierwotnego, boskiego kodu, którego nie da się zmienić. Przynajmniej na razie i na pewno nie szybko, jeśli już.
Ostatnio np. sporo uwagi poświęca się (przynajmniej w publikacjach i badaniach rynkowych) tzw. „singlom”. Coraz więcej najbardziej, wydawałoby się, atrakcyjnych osób pozostaje samotnymi. Czy to możliwe i jak to możliwe? Że możliwe, nie da się zaprzeczyć – bo statystyki nie pozostawiają wątpliwości: rzesza dobrze wykształconych, samodzielnych, przebojowych osób, pozostaje kawalerami i pannami.
Problem bardziej dotyczy wykształconych kobiet, które mimo wysokiej inteligencji, dobrej pozycji i urody – po 30-tce przestają być atrakcyjne na matrymonialnym rynku. Według badaczy, są już po prostu podświadomie postrzegane, jako nieco za „stare” do roli matek.  Tak zwane rozsądne argumenty mogą, oczywiście, wpływać dość znacząco na męskie wybory, ale badania potwierdzają jednak przewagę atrakcyjności biologicznej. A ponadto – mężczyźni nie lubią kobiet zbyt doskonałych, aby nie utracić swojej dominującej roli.
I co tu robić w takiej sytuacji, jak znaleźć złoty środek? Czy są gdzieś szkoły mądrego życia? Czy można poważnie przedyskutować (we właściwym czasie) różne możliwe warianty, schematy wyborów i dróg życiowych? Czy uczenie się na błędach jest konieczne?
   Takie pytania przychodzą mi do głowy, gdy patrzę na swoje życie i trochę dalej, poza czubek własnego nosa. I myślę, że może dobrze by było, np. zamiast kolejnych „zajęć”, porozmawiać z młodymi „o życiu”. O jego blaskach i cieniach, zwycięstwach i porażkach, odpowiedzialności za swoje życie i różnorakich konsekwencjach życiowych wyborów.
   Jest tylko jeden mały problem – potrzeba do tego mistrzów lub przynajmniej dobrze przygotowanych nauczycieli. Ale może gdybyśmy się takich „zajęć”domagali…???? Ja „jestem za”, czy ktoś jeszcze?
  Elżbieta Szczesiul-Cieślak Wersja archiwalna wpisu dostępna pod adresem: http://razemztoba.pl/beta/index.php?NS=srodek_new_&nrartyk= 565

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.