W tamtym dniu na zawsze zmienił się ich świat

W tamtym dniu na zawsze zmienił się ich świat

Być matką i ojcem – to trudny, życiowy egzamin, który nie wszyscy zdają celująco. Zwłaszcza, gdy życie zada niespodziewany, straszny cios.  Tak przydarzyło się państwu Teresie i Zdzisławowi, rodzicom ósemki dzieci – ale wyszli z tej próby zwycięsko. 

Gdy w końcu lat 70. wprowadziliśmy się do nowo oddanej do użytku kolejnej 10. piętrowej „szafy”  na Zawadzie, do jednego z mieszkań na parterze wprowadziło się młode małżeństwo z dwojgiem dzieci –   Piotrkiem i Asią.  Zgodnie z obowiązującymi wówczas normami należało im się mieszkanie M4. Podobne rodziny zamieszkiwały cały nasz pion.  Wkrótce Piotrkowi i Asi przybyła siostra Agnieszka, następnie brat Łukasz , a po nim kolejny brat Paweł, tworząc najliczniejszą gromadkę w naszej klatce schodowej, budząc podziw jednych, a krytykę drugich sąsiadów. Dzieci były zdrowe i dorodne, zadbane i radosne. Mama – pani Teresa – po każdym porodzie wydawała się wyglądać młodziej – macierzyństwo znakomicie jej służyło.  Radzili sobie sami, nie korzystając z pomocy społecznej  – Tata, pan Zdzisław,  pracował od rana do wieczora i samodzielnie utrzymywał rodzinę.  Żyli spokojnie i szczęśliwie, pokonując codzienne kłopoty, aż do pewnego zimowego dnia.  

Była niedziela, 8 stycznia 1989 r. 10. letnia Agnieszka, dziewczynka bardzo żywa, spontaniczna i chętna do pomocy – prawa ręka mamy w opiece nad rodzeństwem , około 13 –tej poszła ze swoimi lalkami do koleżanki Ani. Długo nie wracała. Po trzech godzinach zaniepokojeni rodzice zaczęli jej szukać. Wypytywali Anię, która była już w domu, ale niczego się nie dowiedzieli. Po ich wyjściu Ania opowiedziała swojej mamie, co się stało, a ona powiadomiła rodziców Agnieszki. Okazało się, że dziewczynki znalazły na ulicy pieniądze i postanowiły pójść do kina.

Zafascynowane przechodziły przez ulicę nie widząc pędzącej ciężarówki. Ania przeszła, Agnieszka nie zdążyła. Ktoś wezwał pogotowie, karetka zabrała ją do szpitala. Ania bała się o tym powiedzieć nawet swoim rodzicom. W szpitalu rodziców Agnieszki potraktowano początkowo bardzo nieżyczliwie  – gdy się dowiedziano, że mają pięcioro dzieci, podejrzewano, że to jakaś patologiczna rodzina, gdzie dzieci pozostawione są bez opieki. Ojciec Agnieszki pamięta, że w karcie miała wypisane „dziecko NN”

Najgorsze było ciężkie uszkodzenie głowy – lekarze nie dawali dziecku szans. Bez ogródek powiedzieli ojcu, że do rana umrze. Agnieszka jednak przeżyła. Dopiero po półtorej doby położono ją na stół operacyjny, wyczyszczono w głowie zakrzepłą już krew, założono płytkę w miejscu ubytku czaszki.  W tamtym dniu na zawsze zmienił się cały świat i my – mówi pani Teresa. – Miałam ogromny żal, nasuwało się pytanie  dlaczego…  Państwo …są głęboko wierzący. Wiara i modlitwa pozwoliły im przetrwać najtrudniejszy czas . A także pozostałe dzieci. Po wypadku Agnieszki przybyło ich jeszcze dwoje – Marcin i Karol. W trzypokojowym M4 wychowało się ich ośmioro.

W tamtym czasie nie wolno było przebywać rodzicom z dziećmi w szpitalu. Pani Teresa biegała do córki dwa razy dziennie – przed południem z małymi dziećmi zostawała teściowa, po południu wracały ze szkoły starsze dzieci i zajmowały się młodszymi. Trzeba było nieustannie czuwać. Pewnego dnia zastała Agnieszkę dosłownie pływającą w wodzie. Okazało się, że miała zapalenie płuc, dla zwalczenia gorączki położono jej woreczek z lodem na piersi, lód się stopił i nikt tego nie zauważył.

W międzyczasie nadeszła transformacja, padł zakład pracy ojca. Pan Zdzisław przeszedł na samodzielną działalność gospodarczą, ale zanim wszystko załatwił i zaczął uzyskiwać dochody, było bardzo ciężko. Jednak nie prosili o pomoc, poradzili sobie sami: sprzedali wszystko, co było można i przetrwali.

Po 11 miesiącach pobytu w szpitalu, trzech operacjach, miesiącach bólu i cierpienia Agnieszkę wypisano do domu – leżącą, z przykurczami i głębokimi odleżynami, bez kontaktu. Najbardziej się bałam – opowiada pani Teresa – jak zareagują pozostałe dzieci, gdy ją zobaczą. Najstarszy Piotrek był wtedy w 8 klasie.

Tata wychodził o 5. rano do pracy i wracał wieczorem, mamie piątki dzieci przybyła opieka nad głęboko niepełnosprawną córką. Pawełek miał roczek  – opowiada – ale był niezwykle spokojnym dzieckiem. Jakby wiedział, że mamy dość kłopotów. Przez pierwsze miesiące rodzice żyli nadzieją, że stan Agnieszki się poprawi. Pani Teresa długo szukała wszędzie możliwości rehabilitacji, ale bezskutecznie, żaden zakład nie chciał dziecka przyjąć.  W końcu musieli się pogodzić z tym, że ich ukochana córeczka nie wstanie z łóżka, nie wypowie ani jednego słowa i się nie uśmiechnie. Po wielu badaniach lekarze postawili diagnozę, że dziewczynka nie widzi i nie słyszy. Rodzice jednak wiedzą, że to nieprawda. – Ona słyszy doskonale i widzi – mówi jej tata. – Reaguje na naszą obecność, gdy wymawia się jej imię. Nauczyli się rozumieć jej odruchy, wiedzą kiedy cierpi bo coś ją boli, a kiedy czuje się dobrze. Tylko lekarze nie zawsze chcą ich słuchać. Gdyby nie upór i wytrwałość pani Teresy, wydeptującej  w krytycznych sytuacjach ścieżki od lekarza do lekarza, to Agnieszki by już pewnie z nimi nie było.

Prze kilka lat Agnieszka spędzała część dnia w placówce prowadzonej przez Polskie Stowarzyszenie na rzecz osób z Upośledzeniem Umysłowym. W ubiegłym roku rodzice zrezygnowali z tej opieki, ich zdaniem, nie czuła się tam dobrze. Pomimo tak absorbującej opieki nad Agnieszką – codzienna pielęgnacja, karmienie, spacery i nieustanna wnikliwa obserwacja, czy nie dzieje się nic złego,  pozostała siódemka dzieci zawsze była zadbana, a mama spokojna i pogodna. Dziś najstarsza czwórka ma już swoje rodziny, urodziły się wnuki,  jeden z synów pracuje za granicą, a w domu dorastają najmłodsi – Marcin i Karol. Razem z Agnieszką jest ich teraz pięcioro. Pani Teresa nieco przytyła, ale nadal wygląda kwitnąco. Razem z mężem opowiadają tę całą historię. – Gdy się Państwo pobierali, planowaliście tak liczną rodzinę? – pytam. – Nie, chcieliśmy mieć czwórkę dzieci –odpowiada pani Teresa. – Tyle wywróżyła mi kiedyś  Cyganka – śmieje się pan Zdzisław. Byłem jeszcze kawalerem, jechałem do pracy, zaczepiła mnie przy dworcu. Ożenisz się i będziesz miał czwórkę dzieci – powiedziała.  – Widocznie czwórka jest twoja, a ta druga czwórka moja i razem jest ośmioro – żartuje pani Teresa. 

Na spotkaniu w Ludźmierzu w 1997 r. papież Jan Paweł II powiedział do rodzin wielodzietnych: “W dzisiejszym świecie jesteście świadkami tego szczęścia, które wypływa z dzielenia miłości, nawet za cenę wielu wyrzeczeń. Nie bójcie się dawać tego świadectwa! Świat może was nie rozumieć, świat może pytać, dlaczego nie poszliście łatwiejszą drogą, ale świat potrzebuje waszego świadectwa – świat potrzebuje waszej miłości, waszego pokoju i waszego szczęścia.” Pani Teresa i pan Zdzisław dają takie świadectwo.

  Teresa Bocheńska Wersja archiwalna wpisu dostępna pod adresem: http://razemztoba.pl/beta/index.php?NS=srodek_new_&nrartyk= 11007

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.