Upały, upały

Upały, upały

Gorąco – ten wyraz słyszymy ostatnio często. Oczywiście jest lato i tego się po nim głównie oczekuje. To bardzo polskie – zimą nam za zimno, latem za upalnie – cieszenie się z tego, co przynosi matka natura nie leży w naszej naturze.

Poza jednak niedogodnościami aury i legendarnym „złym meteo”, które nie do końca dla wszystkich jasne w zrozumieniu, z samego już brzmienia kiepsko na nas wpływa, my akurat z Julą nie mamy z upałem najlepszych układów z kilku innych powodów…

Julka bardzo kiepsko znosi wysokie temperatury. To dla nas czas, kiedy mamy sporo więcej do ogarnięcia. W domu gorąco, na dworze jeszcze bardziej. Często więc odpuszczamy sobie spacery, bo nie dość że grzeje niemiłosierne słońce, grzeje też wózek. I nie ma zmiłuj, bo przed słońcem dużo trudniej się schować niż przed zimnem. Zasypianie też nie należy do najłatwiejszych i całą noc Jula raczej kiepsko śpi, bo jest dziewczyną z natury gorącą i nawet zimą spanie pod kołdrą w piżamce to czasem za dużo. Latem mamy trzy etapy ciepła w nocy – pierwszy to kołdra (przy temperaturze tak ok. 15 st. C), drugi to koc (lekko powyżej 20) i trzeci – „poszewka”, będący ostatnią już linią obrony, kiedy temperatura w ciągu dnia przekracza 30 stopni. Wtedy i sama poszewka do przykrycia zdaje się być za dużo, ale póki co na szczęście jakoś się sprawdza.

Ale same problemy ze snem da się przeżyć, są jeszcze jednak napady…

Od początku zdiagnozowania u Juli padaczki napady pojawiały się średnio raz w miesiącu i zawsze w nocy. Między 3 a 4 rano, jak w zegarku, mózg dostawał bodźce, z którymi sobie nie radził. Atak był duży i wymagał każdorazowo podania leku psychotropowego, gdyż sam nie przechodził. Nie czekaliśmy zresztą długo, podawaliśmy go już na początku ataku, więc ostatecznie trwał góra dwie- trzy minuty.

Bardzo długie dwie-trzy minuty…

Z czasem, po różnych perturbacjach i zmianach częstotliwości ataków na przestrzeni lat (w tę dobrą stronę, gdyż było ich coraz mniej, a ostatecznie przez kilka lat mieliśmy spokój – nic tak nie cieszy jak fakt, że wlewki psychotropowe się przeterminowały) sytuacja się zmieniła.

Przyszedł czas dojrzewania i zmianie uległa nie tylko częstotliwość ataków, ale też ich charakter. Z padaczki aktywowanej snem (taką Jula ma pierwotną diagnozę) nagle zrobiły się napady w ciągu dnia, zdecydowanie ze snem niemające nic wspólnego. I tak jak wcześniej ciężko było je z czymś powiązać, wydawało się, że pojawiają się niezależnie od wszystkiego, tak teraz jest wiele bodźców zewnętrznych, które zauważyliśmy, że nasilają napady – jednym z nich są właśnie upały. Inne to zbyt głośna muzyka, nagłe intensywne dźwięki, zbyt dużo emocji przy oglądaniu telewizji. Mamy już nawet listę filmów i programów „zakazanych”, czyli takich, przy których Jula zaczyna się śmiać praktycznie już przy pojawieniu się tytułu. I śmieje się tak bardzo, że po pierwsze na pewno zaraz bolą ją mięśnie brzucha, a po drugie oglądać się i tak już nie da, bo nic nie słychać.

Film jednak można wyłączyć, narażenie na nagłe dźwięki zminimalizować, a muzykę przyciszyć. Upały natomiast są bezwzględne. Niespecjalnie jest jak przed nimi uciec. Dlatego ostatnio nie tylko nie przeterminowują się nam owe leki psychotropowe, ale musimy uzupełniać regularnie ich zapasy. I dzienny charakter napadów powoduje, że mamy je przy sobie zawsze. Nie tak jak do tej pory, kiedy leżały tylko przy łóżku. Jula miała raz napad na środku marketu, innym razem przy śniadaniu wielkanocnym, a ostatnio nawet podczas szkolnego przedstawienia. Pocieszające w tej zmianie jest jedynie to (odpukać), że te „nowe” ataki są dużo krótsze (trwają dosłownie kilka sekund), więc nawet kilka z rzędu nie stanowi takiego ryzyka jak ten jeden, którego tak baliśmy się co noc. Jednak trzeba zmierzyć się z tym, co oznacza pojawianie się ich w ciągu dnia, czyli trzeba być uważnym zawsze i wszędzie.

Trochę więc sobie ponarzekaliśmy, ale dosyć – lato to przecież lato! Ma mnóstwo zalet i zawsze czekamy na nie z utęsknieniem z co najmniej kilku powodów. Po pierwsze (co jest najszybciej odczuwalne), to mniej ubrań do nakładania przy wychodzeniu na dwór – z ton podkoszulków, czapek, szalików kurtek, ciepłych spodni i rajstop zostaje cienka bluzeczka i spodenki. I to jest najlepsze, co może być. Ubieranie nie zajmuje pół godziny, a trzy minuty. To lubimy.

I te owoce i warzywa! Takie dziś czasy, że przez cały rok możemy cieszyć się owocami i warzywami w podobnej ilości, ale wiadomo, że to te sezonowe są najlepsze. A z sezonowych najlepsze oczywiście są te z ogródka babci. Korzystamy więc ile się da.

Do mniej smacznych, ale za to zdecydowanie bardziej efektownych zalet lata należą kwiaty! Bo właśnie na czas letni (i mam nadzieję też trochę jesienny, jak pogoda dopisze) metraż mieszkania na stałe zwiększa się o powierzchnię balkonu, na którym pojawiają się kwiaty, zioła, a w tym roku nawet spora ilość szczypiorku…

Jest więc czym się cieszyć i trzeba mieć nadzieję, że upały nie będą nam bardzo dokuczały i lato przyniesie mniej dusznych i bardzo gorących dni, a więcej po prostu przyjemnie ciepłych, słonecznych, pełnych zieleni i zapachu skoszonej trawy.

Tego sobie i Wam życzymy.

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.