Uczmy się od mężczyzn. Refleksja w tydzień po „babskiej konferencji” w Elblągu

Uczmy się od mężczyzn. Refleksja w tydzień po „babskiej konferencji” w Elblągu

Konferencja „Kobieta aktywna – kobieta silna”, która odbyła się 7 marca br. w Elblągu okazała się organizacyjnym sukcesem elblążanek skupionych wokół Stowarzyszenia Kongres Kobiet.

Członkinie Rady Programowej Kongresu, Jadwiga Król i Danuta Tchorowska, zaprosiły znane feministki z Warszawy: profesor Małgorzatę Fuszarę i Kazimierę Szczukę. Wystąpienia miały również elblążanki – wiceprezydent Grażyna Kluge oraz za-ca komendanta Policji, Dorota Macoch.

Dopisała frekwencja – salę kina Światowid wypełniły kobiety w różnym wieku, przybyli też nieliczni mężczyźni. Na konferencji rozstrzygnięto plebiscyt „Dziennika Elbląskiego” na Super Babkę a niespodzianką był przyjazd Marzeny Chińcz – redaktor naczelnej „Femki”, i egzemplarz tego magazynu dla każdej uczestniczki. Całe spotkanie zostało zarejestrowane przez telewizję internetową e-światwid.
Patronat honorowy nad przedsięwzięciem objęli Marszałek Województwa Jacek Protas i Prezydent Elbląga Grzegorz Nowaczyk, zaś czynnie w organizację przedsięwzięcia zaangażowała się Izabela Nowaczyk, małżonka prezydenta.

Na takich konferencjach porusza się „odwieczne babskie tematy”: równe prawa i równe szanse obu płci – odmieniane przez wszystkie przypadki życia społecznego.

Zaproszone panie miały przygotowane referaty, czy też wykłady, ale zostały zachęcone przez Jadwigę Król, a później także przez publiczność, do wypowiedzi bardziej osobistych, co okazało się dobrym pomysłem i pomogło w zbudowaniu ciepłej atmosfery.

Dowiedzieliśmy się na przykład, że prof. Fuszara została feministką dopiero wtedy, gdy jako naukowiec badający zjawiska społeczne, zobaczyła nagie fakty – nierówność i dyskryminację kobiet. Policjantka Dorota Macoch, która nie od razu była szefem, bo zaczynała „od krawężnika”, spotykała się na co dzień z seksizmem w pracy. Kazimiera Szczuka przyznała, że jej feministyczna działalność przynosi satysfakcję i daje pozytywną energię, jak na przykład na historycznym, pierwszym Kongresie Kobiet w 2009 roku, lecz i naraża ją na niechęć myślących inaczej.

Mówiono oczywiście o ustawie parytetowej i jej znaczeniu, o nierównych płacach, o ustawie żłobkowej.

Weźmy różnicę na niekorzyść kobiet, między wynagrodzeniem kobiet i mężczyzn za tę samą pracę. Na podstawie corocznych raportów GUS, prof. Fuszara stwierdziła, że od 1999 r. do 2009 r. sytuacja pod tym względem dramatycznie się pogorszyła. Mianowicie: 10 lat temu różnica wynagrodzeń na wyższych stanowiskach wynosiła nieco ponad tysiąc złotych, obecnie to już ponad dwa tysiące. Na stanowiskach niżej opłacanych, różnica na niekorzyść kobiet, wynosiła ponad 200 zł a po 10 latach było to już ponad 400 zł.

W tym miejscu przypomnę, gdyby ktoś nie pamiętał, że kobiety muszą urodzić i odchować dzieci. Za pracę domową i opiekę na dziećmi nikt oczywiście nie płaci.

Warto zastanowić się, co na starość? No cóż, sprawiedliwie, zgodnie z wyliczeniem: mało składek – małe emerytury…

Zadaję więc sobie i innym pytanie: kto ma to zmienić?

Feministki mówią: my, kobiety!

I tu można sobie wyobrazić dialog:
– Jak to zrobić?
– Zdobyć wpływ na decyzje, walczyć o swoje interesy.
– Czyli?
– Mężczyźni muszą podzielić się z nami władzą.
– No to ja tego pewnie tego nie doczekam…

I koniec, kropka. Kto odda dobrowolnie władzę? Większość naszych polityków, wygląda na takich, którzy raczej poprzegryzają sobie nawzajem gardła na oczach publiczności, niż cofną się choćby o pół kroku. Dlatego feministki walczą o parytet.

Równa liczba kobiet i mężczyzn na listach wyborczych to oczywiście jeszcze nie gwarancja, że równa ich liczba wejdzie do parlamentu, czy władz samorządowych. Ale na pewno pokaże kobietom szanse, obudzi aspiracje i przyspieszy proces czynnego uczestnictwa kobiet w polityce.

Osobiście jestem głęboko przekonana, że równowaga jest najlepszą opcją we wszelkich zespołach i w gremiach decyzyjnych.

Jeśli o dowolnej sprawie będą dyskutowali  przedstawiciele młodszego i starszego pokolenia, kobiety i mężczyźni, zdrowi i niepełnosprawni, biedni i bogaci, humaniści i technokraci, bankierzy i kredytobiorcy (itd.), to prawdopodobnie, podjęte decyzje będą konsensusem możliwym do przyjęcia przez wszystkich, bo problem został obejrzany ze wszystkich stron.

Nikt rozsądny chyba nie zaprzeczy, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

Tymczasem na emancypantki i feministki lecą gromy i pierony a także błoto i pomyje. Czegóż się im nie zarzuca?! Sporo trzeba wymienić: fanatyzm, faszyzm (tak!), androginizm, brak uczuć macierzyńskich i niekobiecość, wręcz odczłowieczenie (cyborg, to częste przezwisko), nieudacznictwo, głupotę (najczęściej skrajną) i brzydotę (zazwyczaj wielką).

Ale ja na konferencji niczego takiego nie zauważyłam, a przysłuchiwałam się uważnie. Wdziałam natomiast kobiety o bardzo dużej wiedzy merytorycznej i wysokiej kulturze osobistej oraz zwyczajne kobiety – „matki, żony i kochanki”, które przyszły, aby posłuchać i porozmawiać o ważnych dla nich sprawach i podładować akumulatory, bo nie co dzień jest święto.

Kazimiera Szczuka na pytanie z sali, „czy tego rodzaju spotkania to nie edukowanie kogoś na siłę?” odpowiedziała: „nam nie chodzi o to, żeby kobiety żyły, tak jak my uważamy, że powinny, tylko o to, aby żyły tak, jak chcą i potrafiły o tym opowiedzieć”.

I to zdanie jest właściwie doskonałym podsumowaniem ale chciałabym wyjaśnić tytuł niniejszego felietonu – czego mianowicie powinnyśmy się od mężczyzn uczyć.

Otóż szybkiego reagowania na niekorzystne dla nas i dla społeczeństwa zjawiska.

Proszę sobie wyobrazić, że podczas gdy my się czaimy w sprawie parytetów, Szwajcarzy, którzy prawa wyborcze przyznali kobietom w dopiero 1971 roku a poprawkę w konstytucji dotyczącą równości zrobili dziesięć lat później, w roku 2010 potrafili błyskawicznie – w ciągu paru miesięcy – założyć antyfeministyczny ruch społeczny i zorganizować I Światowy Kongres Antyfeministyczny (IGAF).

To była reakcja na przewagę kobiet w szwajcarskim parlamencie (bez parytetu, nawiasem mówiąc). Trzeba dodać, że podobnie jak u nas, wśród przeciwników feministek nie brakuje też pań. (A dla równowagi wtrącę, że z kolei część mężczyzn popiera równościowe dążenia kobiet.)

Założyciel ruchu i lider społeczności antyfeministycznej, polityk z Lucerny René Kuhn, twierdzi, że „emancypacja zaszła zbyt daleko i jest obecnie destruktywna dla społeczeństwa. Mężczyźni znaleźli się w mniejszości, w sferze życia politycznego, jak i rodzinnego. Krótko mówiąc, kobiety zdominowały już znaczącą liczbę sfer życia społecznego.”

No proszę, i kto to mówi?! Trochę śmiesznie, bo kłania się duch Kalego: jeśli mężczyźni dominują (całe wieki), to nikogo nie razi, jeśli dominują kobiety, jest to szkodliwe…

Chodzi więc o dominację, czy może o płeć? Panowie i panie, zdecydujcie się!
  Elżbieta Szczesiul-Cieślak Wersja archiwalna wpisu dostępna pod adresem: http://razemztoba.pl/beta/index.php?NS=srodek_new_&nrartyk= 6647

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.