Stanisław Brandt - 40 lat w PZN

Stanisław Brandt - 40 lat w PZN

Stanisław Brandt – Honorowy Prezes Polskiego Związku Niewidomych Koło w Elblągu – obchodzi 40.lecie pracy społecznej. To spory kawał życia i historii organizacji. W poniższej rozmowie o tym opowiada.

Teresa Bocheńska: jak Pan znalazł się w Elblągu?

Stanisław Brandt: do Elbląga przyjechałem z rodzicami w 46 roku. Skończyłem najpierw szkołę podstawową, później średnią na Pocztowej. Następnie pojechałem na studia do Krakowa, gdzie uzyskałem tytuł instruktora higieny – mogłem kontrolować wszystkie sklepy spożywcze, bary, restauracje.

Czyli był Pan inspektorem sanitarnym?

Wtedy to się nazywało instruktor higieny. Pracowałem 23 lata, w związku z chorobą oczu poszedłem na wcześniejszą emeryturę. Któregoś dnia przechodziłem tędy, patrzę, tablica: „Polski Związek Niewidomych”. Wtedy nie wiedziałem, że istnieje taki związek. Wszedłem, wspomniałem, że mieszka u mnie teściowa, która jest osobą, która teoretycznie nic nie widzi i zapytałem czy będę mógł ją zapisać. A śp. Stefan Tuszer mówi: a może pan by się też zapisał? I zapisałem się. Za dwa miesiące były wybory i wybrano mnie na wiceprzewodniczącego okręgu elbląskiego i zarazem przewodniczącego koła elbląskiego. Tą funkcję pełniłem przez 36 lat. Po 36 latach pani Janka (Janina Maksymowicz – red.) objęła stanowisko prezesa, a ja zostałem Prezesem Honorowym. W międzyczasie, żeby sobie parę groszy dorobić, bo w sanepidzie bardzo mało się zarabiało – byliśmy zawsze traktowani jak służba zdrowia, bo podlegaliśmy pod służbę zdrowia – piastowałem również funkcję kierownika Polskiego Komitetu Pomocy Społecznej, a zarazem byłem przez 4 lata prezesem Polskiego Związku Emerytów i Rencistów.

No to ma Pan spory staż „pozarządowy”. Jak wyglądała Pana działalność w PZN?

Kiedy tutaj było województwo elbląskie, mieliśmy 9 kół, ja byłem wiceprzewodniczącym Okręgu a zarazem członkiem Zarządu Głównego, gdzie wspólnie z panem Tuszerem jeździliśmy na różne plena, wybory, spotkania, a także do naszych ośrodków rehabilitacyjnych – mamy trzy takie ośrodki: Muszyna, Ustronie Morskie i Klimczok oraz w Ciechocinku. Naszych członków kierowaliśmy najpierw do tych ośrodków, żeby tam przeszli odpowiednią rehabilitację, po której mogli pojechać na przeszkolenia do Bydgoszczy. Są to szkolenia przede wszystkim z czynności dnia powszedniego – począwszy od wzięcia łyżki a kończąc na chodzeniu z białą laską, wchodzeniu do tramwaju – był taki stary tramwaj, jest tam do dzisiaj. Koło elbląskie było bardzo liczne, jedno z największych w Polsce, liczyło wówczas 1600 członków. Gdy Zarząd Główny ogłosił konkurs na najlepsze koło pracujące w Polsce -to był rok 68 – koło, którym kierowałem, zajęło I miejsce. Otrzymaliśmy nagrodę. Pieniądze z tej nagrody mogliśmy przeznaczyć dla siebie, ale nikt z nas ich nie wziął. Zaproponowałem śp. Tuszerowi, żeby kupić sprzęt muzyczny – organy, mikrofony, wzmacniacz, żeby można było utworzyć zespół, który istnieje do dzisiejszego dnia. Występujemy różnie: na starym mieście w Elblągu, w Tolkmicku, ostatnio byliśmy na przeglądzie piosenki religijnej koło Nowego Dworu i zaśpiewaliśmy piękną pieśń maryjną : „Wszystkie trony niebieskie”, za co dostaliśmy wyróżnienie. Ostatnio byliśmy w Tolkmicku z kolędami, w domu pomocy społecznej. Często odwiedzamy dps Niezapominajka z naszymi piosenkami czy kolędami, a teraz ćwiczymy na przegląd, który odbędzie się w marcu, w elbląskim ośrodku kultury. Przegląd „Od serca do serca” – taki ma mieć tytuł. Jeśli chodzi o moją pracę społeczną, przez cały czas jako przewodniczący nie pobierałem nigdy żadnych poborów, wszystko robiłem w ramach wolontariatu. Starałem się zawsze być blisko ludzi. Za mojej kadencji było bardzo dużo dzieci. Około 60 zostało skierowanych do Lasek, gdzie jest specjalny ośrodek dla dzieci niewidomych, tam dzieci się rehabilitowały. Dzisiaj są małżonkami, dwóch panów zrobiło doktorat, dwóch panów magistrów wyjechało do Warszawy. Organizowaliśmy dla naszych członków choinkę, na Nadbrzeżu Pikniki pod Żaglami, różnego rodzaju imprezy rekreacyjne . Gdy pani Janeczka objęła tą funkcję, bardzo dobrze nam się współpracuje, wszystkie jej polecenia staram się wykonywać. Współpracujemy w zgodzie. Mi się wydaje, że koło elbląskie jest najbardziej znane w kraju pod względem zgody. U nas nigdy nie było jakichś incydentów, kłótni, czy jakiegoś picia alkoholu Przebywamy w takiej przyjaznej atmosferze. Staramy się przede wszystkim docierać do tych ludzi, którzy od nas oczekują pomocy. Inicjatorem tych spotkań, a także odwiedzania chorych była i jest w dalszym ciągu pani wiceprezes Maria Zielińska, która dała takie zadanie wszystkim członkom Zarządu, żebyśmy odwiedzali tych chorych, którzy do nas nie przyjdą, bo poważnie chorują. W przypadku zgonu rodzina nas powiadamia. Mamy swój sztandar podarowany przez sponsorów, idziemy na pogrzeb ze sztandarem, towarzyszymy im w ostatnie drodze ich życia.
Istniała tu jeszcze sekcja esperanto prowadzona przez śp. pamięci Tuszera, ale po jego odejściu już nie działa. Jednak od czasu do czasu się spotykamy, śpiewamy po esperancku, żeby nie zapomnieć.

W kole elbląskim są nie tylko mieszkańcy Elbląga, ale też powiatu elbląskiego?

Całego powiatu elbląskiego. Mamy gminę Markusy, Gronowo, Milejewo, Elbląg, Godkowo, Rychliki, Tolkmicko, Młynary, Pasłęk.

Co dzisiaj dzieje się w kole?

Spotykamy się 2, 3 razy, czasami 4 razy w kwartale. Celem pani Janeczki jest – i ja się do tego dostosowuję – integracja. Żeby przybliżyć tych niewidomych do środowiska ludi widzących, a może odwrotnie – ludzi widzących przybliżyć do ludzi niewidomych. Dwa razy w roku organizujemy turnusy rehabilitacyjne. Są to turnusy 14.dniowe. W tym roku już mamy załatwiony turnus dla 60 osób w Ustroniu Morskim. Oczywiście są tacy uczestnicy, którzy potrzebują dofinansowania z PFRON i są tacy, którzy pojadą bez dofinansowania. Moim zdaniem osoby ze znacznym stopniem niepełnosprawności w podeszłym wieku powinny częściej otrzymywać dofinansowanie, bo nigdy nie wiadomo, czy za rok pojadą. Są schorowani, umierają. Dla nas te wyjazdy są bardzo ważne. Organizujemy je dla całej grupy, jeden z uczestników jest jej opiekunem. Grupa jest ubezpieczona, na miejscu korzystają z rehabilitacji, wycieczek. Tak samo wyglądają wyjazdy świąteczne. Jeździliśmy do Morsa do Stegny, ale nie chcemy jeździć ciągle w to samo miejsce, teraz planujemy wyjazd do Krynicy Morskiej, bliżej morza, bliżej kościółka. Niektórych przywożą dzieci samochodem, ale dla większości wynajmujemy autokar. To jest wygodne, bo kierowca zapakuje walizki, wypakuje i pomoże. Wybieramy obiekt, gdzie jest winda, bez windy byłaby tragedia. Codzienna działalność koła wygląda następująco: w poniedziałek spotykają się panie, które szyją, robią jakieś robótki, we wtorek spotykają się chórzyści, zespół muzyczny, w środę warcabiści, w czwartek jest bowling, w piątek i sobotę basen. Tak, że cały tydzień jest wykorzystywany przez naszych członków. Raz w miesiącu, w poniedziałek, pani Janeczka również robi spotkanie, na które przychodzą różni goście: opieka społeczna, urząd skarbowy, policja, jakiś prawnik czy producent miodu. Frekwencja jest bardzo dobra – tak 30, 40 osób. Oczywiście częstujemy wszystkich herbatką i tym, co mamy. Większość naszych członków to są dorośli. Dzieci mamy tylko 11. Dzieci z orzeczeniem jest więcej, ale nie są zainteresowane przynależnością do Związku. Musimy przyznać, że ogólnie Polski Związek Niewidomych nie ma szerszej oferty dla dzieci. Kiedyś były wspólne szkolenia dla rodziców i dzieci, kolonie. Są też teraz, ale są bardzo drogie. Więcej propozycji dla dzieci niedowidzących ma ELCROSS.
Koło kierowane przez panią Maksymowicz może by nie istniało, gdybyśmy nie utrzymali tego budynku. Było to możliwe dzięki utworzeniu tu Domu Dziennego Pobytu. Założycielem tego domu byłem ja.

Chodziło o to, żeby uratować ten obiekt, w którym od początku jesteście.

Tak. Pani Janeczce udało się przede wszystkim ogrodzić ten teren, też poprzez sponsoring, wspólnie z więźniami zrobiono parking, gdzie można wjechać samochodem. Marzeniem całego Zarządu jest, żeby zrobić z tego domu taki prawdziwy pałacyk, odnowić elewacje. Za śp. Tuszera była taka inicjatywa wybudowania tu centrum rehabilitacji. To się nie udało.

Pan działał w kole w różnych okresach. Na początku było to województwo gdańskie, potem elbląskie, a teraz warmińsko-mazurskie. Kiedy było najłatwiej?

Najlepszym okresem były czasy województwa elbląskiego. Wtedy w Elblągu był okręg, z osobowością prawną i większymi funduszami, mieliśmy większe możliwości zdobycia środków, było też duże wsparcie władz wojewódzkich. Zapomniałem jeszcze powiedzieć, że zdobyłem środki na remont tego naszego domu z Żywca. Wysłał mnie tam dyrektor elbląskiego browaru.

Kiedy to było?

Gdzieś około 6 lat temu. Gdy dyrektor z Żywca tu przyjechał, zobaczył, jaki to jest obiekt, to powiedział, że tu remont koniecznie trzeba zrobić. Nie można było przekazać pieniędzy bezpośrednio nam, bo nie mieliśmy osobowości prawnej, ale pomógł ówczesny prezydent Elbląga, pan Słonina. Pieniądze z Żywca przekazane zostały do Urzędu Miasta i za te .pieniądze wykonała tu kapitalny remont firma Mytych.

Macie tu też windę.

Ale to już zostało zrobione poprzez panią Grzybicką, w ramach funkcjonowania środowiskowego domu samopomocy.

Pamiętam bardzo dobrze, jak to się działo. Przeszkodą było to, że po reformie administracyjnej nie macie już osobowości prawnej, a pieniądze i decyzyjność przeszły do Olsztyna.

Otóż to. Prawdopodobnie tą osobowość prawną w przyszłości odzyskamy. Gdyby tego domu nie było, nie wiem co byśmy robili. I tak pani prezes ma kłopot, żeby znaleźć sponsorów i opłacić rachunki: za światło, za ogrzewanie, za wywóz śmieci, a to trzeba kupić papier – wszystko kosztuje.

Pana działalność została doceniona.

Za moją działalność związkową na 35.lecie zostałem uhonorowany najpierw złotym krzyżem zasługi, a 4 lata temu otrzymałem Krzyż Kawalerski Odrodzenia Polski Zostałem pierwszym Honorowym Prezesem na całą Polskę, teraz już jest ich więcej. Zostałem przyjacielem Niewidomych, jestem również Zasłużony dla Województwa Elbląskiego i Województwa Warmińsko-mazurskiego. Też mam takie odznaczenia. Moim celem jest i zawsze było, jak wspomniałem przy okazji wręczania tej nagrody, być blisko tych ludzi, którym trzeba pomóc, wsłuchiwać się w ich potrzeby, Mimo swoich 83 lat przychodzę 3 razy w tygodniu, żeby być między ludźmi, trzeba mieć ten kontakt, żeby nie zamykać się w swoim domu. Moim zadaniem jest też szukanie środków – na przykład podczas kontaktów – mamy bardzo dobre kontakty z gminami, gdzie możemy od nich coś dostać na jakąś imprezę, np. na Dzień Białej Laski. Ale to musi być umowa, trzeba napisać wniosek, jak wszędzie.

Obecna pani prezes wkłada dużo wysiłku w likwidację barier architektonicznych i przynosi to bardzo dobre efekty. Jak pan ocenia, czy na przestrzeni tych 40 lat pana działalności w mieście nastąpiła jakaś poprawa w tej dziedzinie?

Bardzo się poprawiło, moim zdaniem tak na 90 proc. Najlepsza sytuacja jest w ZUSie, Urzędzie Skarbowym, w delegaturze Urzędu Wojewódzkiego, w sklepach, w Carrefourze. Chociaż tam stopnie powinny być oznakowane na żółto, a są ciemne, ale też dobrze widoczne. Także na przejściach dla pieszych – chociaż są przejścia, gdzie światła są za krótkie. Budynek dworca jest dobrze przystosowany. Jeśli niewidomi wyjeżdżają pociągiem np. na jakieś zajęcia do Olsztyna, to zgłaszamy na dworcu, że grupa nie idzie schodami, wtedy idzie z nami ktoś z obsługi kolejowej, który prowadzi nas przejściem przez tory. Nawet gdy wyjeżdżaliśmy do Ustronia, to poprosiliśmy zawiadowcę, żeby pociąg troszkę poczekał, aż zapakujemy wszystkie bagaże, bo są osoby słabowidzące i niewidome.

To znaczy, że nie tylko jest mniej barier technicznych, ale i stosunek ludzi pozytywnie się zmienia.

Oczywiście. Nasi ludzie częściej niż dawniej noszą białe laski, mniej się tej laski wstydzą. To jest też zasługa pani prezes, która na każdym spotkaniu do tego namawia. Moim zdaniem dużo się zmieniło w ciągu tych lat. Mniej mamy sponsorów, niż kiedyś, ponieważ Elbląg jest miastem, gdzie jest dużo organizacji pozarządowych i jest duża konkurencja, i kto pierwszy, ten lepszy. Ale dzięki pani prezes otrzymujemy środki na dzień Białej Laski, czy Dzień Kobiet, tylko trzeba pisać projekty.

A propos pisania: jest coraz lepszy sprzęt komputerowy, także dla niewidomych, jest dużo więcej urządzeń, czy pan z tego korzysta?

Nie. Ja nigdy nie korzystałem z komputera. Nawet nie byłem na szkoleniu komputerowym. Sam nie wiem, dlaczego. Nauczyłbym się pewnie, to żaden problem, ale jakoś tak to pomijam. Mógłbym nawet dostać dotację, kiedyś było o to łatwiej. Ja nigdy nie korzystam z takich dotacji, bo po co mają mówić, że wykorzystuję to, jako przewodniczący. Czytak mam, ale komputera nie. Nie wiem dlaczego. Nieraz mówię sobie „Stasiu, dlaczego się nie nauczyłeś”. Ale daję sobie radę. Lubię rozwiązywać krzyżówki, to takie moje hobby, lubię chodzić do kina – pani prezes organizuje często wyjścia do kina, do teatru, wyjeżdżamy wspólnie do Teatru Muzycznego do Gdyni. Ostatnio był wyjazd do opery bydgoskiej. Poza tym piękne wycieczki są zorganizowane. W ubiegłym roku były dwie: jedna szlakiem tatarskim, druga do Lublina, wszyscy byli zadowoleni. Szczerze mówiąc dużo się dzieje w kole dzięki pani Janeczce. Poza tym, jak powiedziałam na wstępie, zgoda buduje, niezgoda rujnuje. Pani prezes jest taka otwarta, na zebraniu mówi: słuchajcie, to i to trzeba jeszcze zrobić podpowiedzcie, co jeszcze. I to mobilizuje członków do takiej aktywnej pracy. Na pewno chorujemy, jesteśmy osobami niepełnosprawnymi, ale to, co trzeba robimy. Dla dobra ludzi, ale można powiedzieć i dla dobra miasta, bo w jakimś stopniu wyręczamy władze miasta, które oceniają tą działalność pozytywnie. Ja w swoim życiu przeżyłem kilku prezydentów, ale współpraca zawsze była dobra. Najbardziej sobie cenię pana prezydenta Słoninę. Często tu przychodził, dostał odznakę honorowego członka.

Trzeba przyznać, że jest pan w bardzo dobrej kondycji na swoje lata. Jak Pan sobie radzi?

Wielkim ciosem była dla mnie strata żony. Zawsze będę wspominał najukochańszą osobę – moją żonę, która była taką moją prawą ręką, ona mi i zmywała naczynia, i jak trzeba było w czymś pomóc, to pomogła. Odeszła właściwie w jednym dniu. Dla mnie to było głębokim przeżyciem, po którym jeszcze dzisiaj nie mogę dojść do siebie, a minęło 15 lat. Ona mi zawsze zostanie w sercu i będę zawsze ją wspominał, jako bardzo dobrego człowieka i kochającą żonę i matkę. Mam kochane dzieci, to też ważne, dwóch synów i córkę, które się mną opiekują. Ponieważ córka mieszka w Nowym Dworze, nie jest możliwe, żeby często przyjeżdżała, a syna też nie ma w Elblągu, raz w tygodniu przychodzi do mnie opiekunka z Czerwonego Krzyża, która sprząta. Ja oczywiście płacę 100 proc., bo moja emerytura przewyższa te kryteria. Nie korzystam z żadnych innych usług – obiadów itd., dopóki mogę, gotuję sobie sam. Mam koleżankę, z którą się spotykam od czasu do czasu. Ona mieszka na Kościuszki, ja na Różanej, ale trzeba też kogoś mieć, żeby pójść na herbatę, na kawę, na spacer, do kina. Zakupy sobie sam robię. Napoje syn przywozi, bo ja na IV piętrze mieszkam, to dla mnie jest za ciężko. 2 kg ziemniaków to sobie przyniosę, czy wędlinę. Jakoś patrzę na to życie optymistycznie. Dziękuję, że jeszcze dzisiaj żyję.

Dziękuję za rozmowę. Życzę jeszcze wielu lat dobrego, aktywnego życia.

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.