Smakowanie życia

Smakowanie życia

Życie to przygoda.
Życie to przyjaźń.
Życie to miłość.
Życie to szare realia.
Życie to śmiech.
Życie to zdarzenia.
Życie to szaleństwo.
Życie to jego smakowanie.

Czy można smakować życie? Myślę, że tak. Każdy robi to na swój sposób, każdy też inaczej na nie patrzy. Dlatego każdy mógłby użyć przytoczonych wyżej zdań w zupełnie innej kolejności, z pominięciem niektórych i dodaniem nowych.  

W moim życiu zdarzają się chwile warte zapamiętania… Zacznijmy jednak od początku.
Mam 24 lata i mimo moich chorób (mózgowe porażenie dziecięce, epilepsja, urostomia, niestabilność kręgów szyjnych, torbiel w głowie i dyskalkulia) wydaje mi się, że jestem trochę zwariowana.

Większość znajomych mówi mi, że w wyniku niepełnosprawności myślę poważniej niż przeciętna dwudziestoczterolatka, że umiem docenić to, co mam, co daje mi życie, i że nie należę do osób sztywnych. Potrafię się śmiać, żartować i szaleć na tyle, na ile mogę. Próbować życia i doceniać je w każdej postaci. Myślę, że trochę dowodów na owe szaleństwo oraz na to, że potrafię myśleć poważnie, możecie znaleźć na mojej stronie internetowej, która ciągle się doskonali (www.icpnet.pl/~majka).

Skąd taka postawa?
Bo ja po prostu kocham życie i nie daję sobie tej miłości tak łatwo odebrać. Potwierdzeniem tego mogłoby być parę momentów, gdy otarłam się o śmierć, ale się nie dałam, poczynając od chwili gdy, jako wcześniak walczyłam o istnienie.  

Pierwsze wspomnienia, na które patrzę już jakby zza mgły, wiążą się z przedszkolem specjalnym „Bartek”. Było to przedszkole dla dzieci z uszkodzeniami neurologicznymi w normie intelektualnej, z naciskiem na m.p.dz. Była to dla mnie wielka przygoda. Nieważne, że trochę nas tam męczyli rehabilitacją i innymi usprawniającymi zajęciami. To, co przeżyłam w grupie rówieśniczej, jest moje – i dotąd pamiętam, że było to dla mnie wielką, ekscytującą przygodą, bez której nie stałabym się tym, kim jestem teraz.

Etap szkolny był nieco zakręcony, gdyż w wyniku wypadku na boisku szkolnym (upadek na tył głowy z utratą przytomności na 4 godziny i późniejszą diagnozą epilepsji), szłam od drugiego półrocza pierwszej klasy szkoły podstawowej indywidualnym trybem nauczania, mimo iż przed wypadkiem jakoś sobie radziłam normalnym trybem.

Potem zaczęły się eksperymenty poradni psychologiczno-pedagogicznej dla dzieci i młodzieży ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi, żeby mnie zintegrować z rówieśnikami. Nie powiem, że to mi wyszło na dobre. Poza jedną koleżanką, z którą mam kontakt do dziś, dzieciaki mnie ignorowały i wyśmiewały się ze mnie. Oczywiście, bardzo się tym przejmowałam. Szkoła, w której uczyłam się do skończenia siódmej klasy, została zamknięta w wakacje. Należało podjąć decyzję, gdzie mam kończyć klasę ósmą. Po licznych konsultacjach z Poradnią wróciłam do szkoły, w której zaczęłam przygodę z podstawówką. Tam okazało się, jakie mam braki, wynikające częściowo z uczęszczania do szkół eksperymentalnych.
Doceniałam wtedy tryb indywidualnego nauczania i to, że w ósmej klasie nauczyciele stawali na głowie, by mnie trochę podciągnąć, dostosowując materiał do moich możliwości, a także próbując przerobić w jakiejś części program szkolny. Oczywiście wiele owych braków zostało do dziś.

Oczywiście, cieszyłam się z tego i teraz doceniam to bardzo, że w jednej z tych eksperymentalnych szkół (a było ich kilka, bo ciągle się rozpadały) poznałam Olę i że nie odtrąciła mnie ona, lecz traktowała jak kumpelę równą sobie. Te dwie rzeczy były dla mnie bardzo ważne: nauczyciele w ósmej klasie, którzy próbowali wyciągnąć mnie na prostą mimo kilkuletnich braków, i to, że z lat szkolnych została mi koleżanka.

Jestem też dumna z paru wyzwań, które podjęłam w szkole. Należy do nich na przykład redagowanie gazetek. Wiadomo, poziom ich był różny, i tak naprawdę dużo nauczyła mnie dopiero redakcja „Idei” (gazeta w liceum). Jednak posmakowanie tego, co się dzieje w redakcji, pisanie artykułów, robienie wywiadów czy też przepisywanie na komputerze tego, co zrobili inni, to było coś! Wielkie przeżycie, a także lekcja tego, czego nazwać nie umiem, ale wiem, że miało na mnie wielki wpływ… To, że uczestniczyłam w tej części szkolnego życia…

Bliższym czasowo etapem smakowania życia było uczestniczenie w treningach bocci. Najbardziej wbił mi się w pamięć wyjazd na zawody do Gdańska, gdzie jako osoba niepełnosprawna mogłam wspólnie z drużyną dać z siebie wszystko, by spróbować wygrać. I nawet gdybyśmy nie wygrali, to ważny był sam udział w grze i dobra zabawa. Każdy z zawodników był ważny dla drużyny. Nasza wygrana (1 miejsce)utwierdziła mnie we wcześniejszym przekonaniu, jakiego nabrałam, zaczynając treningi, że jestem częścią grupy, która tworzy jedność, że jestem coś warta i że oni mnie lubią, a ja lubię ich. I że razem możemy wiele zdziałać. Już sama możliwość trenowania to było dużo, wyjście z domu do ludzi, którzy mnie akceptują.

Nawiązałam przyjaźnie – niektóre z nich trwają do dziś, choć już żadne z nas nie gra w boccię (z powodu wieku). To jedna z sytuacji, w której zasmakowałam życia, w której byłam szczęśliwa, przeżywałam pierwsze porażki i sukcesy, a także pierwsze… miłości. To wszystko zapisane jest w mojej pamięci, w tej sieci, do której mogę wracać…

Pod koniec szkoły średniej odezwały się kłopoty z pęcherzem neurogennym. Zaczęła się wędrówka po specjalistach, a potem po szpitalach, zakończona w roku 2005. Na moją usilną prośbę poddano mnie operacji metodą Brickera (polegające na całkowitym usunięciu pęcherza, odprowadzaniu moczu przy wykorzystaniu fragmentu jelita cienkiego jako wstawki na zewnątrz brzucha). Po operacji leżałam miesiąc w szpitalu. I wtedy doceniłam, jak dobrze jest samemu móc się przewrócić na bok! Bo przez pewien czas taki wyczyn graniczył z cudem. Znów miałam możliwość, by docenić smak życia.

Dziś na szczęście przewracam się boku na bok samodzielnie, a nawet troszkę chodzę, a jak już nie mogę, to przesiadam się na wózek.

Oczywiście wszystkie te doświadczenia, jakie przeszłam w życiu, choćby te z byciem w redakcji i wspólnym tworzeniem gazety – sporo mnie nauczyły i staram się w tej przyjemności i pasji coś odnaleźć, co może mi pomóc w innych sytuacjach.

Co do pasji to mam ich sporo i z nich też czerpię radość życia oraz je doceniam. Nieważne, czy robię swoją stronę internetową, rysuję w miejscowym pałacu kultury, czytam ciekawą książkę, oglądam film… Doceniam wszystkie te chwile. A także doceniam spotkania z przyjaciółmi czy znajomymi, choć są nieliczne i częściej raczej piszemy lub rozmawiamy przez telefon.

Myślę, że każda chwila naszego życia jest warta docenienia.. Mam nadzieję, że chociaż w części zgodzicie się ze mną.

Grafika: ”Cybermaja” – logo Marysi na jej stronie internetowej [url]http://www.icpnet.pl/~majka [/url].
  Marysia Czajkowska – Majka Wersja archiwalna wpisu dostępna pod adresem: http://razemztoba.pl/beta/index.php?NS=srodek_new_&nrartyk= 1395

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.