Rok 1943 w mojej rodzinie – przyjaźń, która ocaliła życie

Rok 1943 w mojej rodzinie – przyjaźń, która ocaliła życie

70 rocznica Zbrodni wołyńskiej dotyczy także mojej rodziny. Jest to historia nieco inna od większości opowiadanych przez świadków tej zbrodni lub ich potomków, ale w moim przekonaniu bardzo pouczająca, która mi pokazała, jak absurdalne są wszelkie nacjonalizmy i nienawiści na tle narodowościowym i religijnym, i dlatego chciałabym ją opowiedzieć.

Moi śp. Rodzice pochodzili ze Lwowa. W dzieciństwie przeżyli dwie wojny: I wojnę światową i wojnę polsko-bolszewicką. Najstarszy brat Taty uciekł z domu do Legionów Piłsudskiego, a  brat Mamy uciekł  z domu bronić Lwowa i leży na Cmentarzu Orląt. Rodzice pobrali się w 1936 r. i wtedy zaczął się najpiękniejszy okres w ich życiu – wśród polskich, ukraińskich i żydowskich przyjaciół w ukochanym Lwowie, z jasno rysującą się przyszłością. Urodziła im się pierwsza córeczka, Tata coraz lepiej zarabiał jako wojskowy krawiec, zbierali materiał na własny domek przy dziadkach na Kleparowie.

Z wybuchem wojny wszystko to się skończyło. Pierwsza okupacja sowiecka pozostała w ich wspomnieniach jako terror, wywózki, cele w więzieniu u brygidek pełne trupów, wśród których Mama szukała swoich krewnych po wejściu Niemców. Rodzice zabrali dziecko, maszynę do szycia i uciekli prze zieloną granicę na niemiecką stronę. Zatrzymali się u znajomych gospodarzy we wsi Dobromierzyce w hrubieszowskim,  zamieszkałej głównie przez Ukraińców.   To była duża wieś, z cerkwią, szkołą i przedszkolem. Początkowo żyło im się tam spokojnie. Tata zarabiał na życie szyciem – w czasie wojny też trzeba w coś się ubrać, połatać czy przerobić stare ubranie, a zapłacić na wsi można było jajkami, ziemniakami  czy kurą. Siostra chodziła do ukraińskiego przedszkola, gdzie szybko  nauczyła się mówić po ukraińsku. Nie groził im głód, który panował wówczas we Lwowie, ale pojawiło się gorsze niebezpieczeństwo. Nadeszło straszne lato 1943 roku. To nie był Wołyń, ale i tu sięgnęła wołyńska tragedia. Nocami przychodzili banderowcy i mordowali wszystkich Polaków – przede wszystkim mężczyzn. Co którąś noc po takiej rzezi przychodzili z kolei polscy partyzanci i mordowali Ukraińców.

W pobliżu Dobromierzyc istniała kolonia polskich osadników wojskowych. Gdy Paweł  – gospodarz Rodziców – otrzymywał wiadomość, że przyjdą banderowcy, chował Tatę w wykopanym schowku. Gdy Tata dowiedział się, że mają przyjść polscy partyzanci, wywoził Pawła do polskiej kolonii. W takie noce, obie żony  – katoliczka i prawosławna – stały drżące w oknie, modląc się wspólnie do tej samej Matki Boskiej o ocalenie swoich mężów. Ich modlitwa została wysłuchana – dzięki przyjaźni i wzajemnej pomocy, a także, jak wierzę, tej wspólnej modlitwie, obaj ocaleli.  Rodzice musieli jednak jeszcze wiele przeżyć.  Zaciekłość banderowców rosła. W ziemnym schowku musiała się już chować cała rodzina  -Mama, Tata i siostra, której do dziś śnią się łażące tam po niej stonogi. Pewnego dnia Paweł otrzymał ostrzeżenie, że UPA wie, że u niego mieszka Polak krawiec i po tego Polaka przyjdą. Tej samej nocy zapakował moją rodzinę na wóz i leśnymi duktami wywiózł do odległej o około 20 km polskiej wsi Janówka. W Janówce zorganizowana została skuteczna samoobrona , której udało się odeprzeć ataki Ukraińców. Niestety wielu mieszkańców tej wsi zginęło z rąk hitlerowców.

Moi Rodzice po wojnie, jako lwowscy repatrianci, osiedlili się w Szczecinku na Pomorzu Zachodnim. Wkrótce pojawili się tam Ukraińcy – w Szczecinku  funkcjonował punkt rozdzielczy przesiedleńców z Akcji Wisła. W moim domu nigdy nie mówiło się źle u Ukraińcach, wprost przeciwnie – Rodzice opowiadali o zgodnym przedwojennym życiu we Lwowie, o kochających się, mieszanych małżeństwach, gdzie prawosławna żona szła w niedzielę z córkami do kościoła, a mąż z synami do cerkwi – albo odwrotnie,  Mama śpiewała mi do snu śliczne ukraińskie piosenki. Nie mogli zrozumieć, dlaczego nagle, zupełnie niespodziewanie pojawiła się ta straszna nienawiść, która kazała mężowi zatłuc siekierą własną żonę, a sąsiadowi sąsiadów, z którymi nieraz siedział przy wspólnym stole.

Ta nienawiść, niestety, nie skończyła się wraz z wojną. Jak wspomniałam, na Pomorzu Zachodnim znaleźli się ludzie z Kresów, z obu stron – Polacy z Wołynia i Ukraińcy. Byłam dzieckiem i o wielu rzeczach przy mnie nie mówiono, ale i tak słyszałam różne przerażające historie  o porachunkach polsko-ukraińskich kończących się wbiciem komuś noża w serce.

Już w latach 90., po śmierci Rodziców, pojechałam do tych obydwu wsi – do Dobromierzyc i Janówki. Obie znalazły się w obecnych granicach Polski. Janówka wyglądała na zupełnie niezmienioną, jak przed wojną. Przed jednym z domów stojących rzędem przy ulicy zobaczyłam staruszkę zbierającą kwiaty. Podeszłam i zapytałam, czy słyszała coś o krawcu i jego rodzinie, którzy tu się schronili. Okazało się, że znała ich osobiście. Mieszkali tuż obok, w sąsiednim domu. Szczęśliwie zastaliśmy też córkę gospodarzy, u których Rodzice mieszkali, a która wówczas była młodziutką dziewczyną. Było to niezapomniane spotkanie i długa rozmowa o trudnych powojennych losach naszych rodzin.

A w Dobromierzycach nie było śladu po cerkwi, szkole i przedszkolu, ani po dawnych mieszkańcach. Zabudowania też wyglądały na nowe. Nie miałam się kogo zapytać, jakie były ich losy. Wieś znajduje się w gminie Werbkowice, gdzie był jeden z punktów zbornych Akcji  Wisła,  być może Dobromierzyce zostały wysiedlone w ramach tej akcji. Nigdy się nie dowiedziałam, co stało się z Pawłem i jego żoną. Mam nadzieję, że ich dzieci i wnuki żyją gdzieś szczęśliwie i nie myślą źle o Polakach.

 

 

  Teresa Bocheńska Wersja archiwalna wpisu dostępna pod adresem: http://razemztoba.pl/beta/index.php?NS=srodek_new_&nrartyk= 9663

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.