Publicysta i tłumacz

Publicysta i tłumacz

Spośród uczniów II klasy Liceum Ogólnokształcącego w Pabianicach Mietek S. wyróżniał się zdolnościami do przedmiotów ścisłych, pogodnym usposobieniem i ciekawością świata. I właśnie ta ciekawość popchnęła go do przeprowadzenia niebezpiecznego eksperymentu z ładunkiem wybuchowym. Wynik okazał się tragiczny. Uszkodzona twarz, w tym całkowicie zniszczone oczy i lewa ręka oraz poważnie okaleczona prawa dłoń. Oznaczało to utratę wzroku, a brak chociażby jednej sprawnej dłoni, przekreślił możliwość czytania pisma Braille`a.
– Do dziś pamiętam, jak jeden z lekarzy w wiozącej mnie po wypadku karetce mówił do drugiego: do rana nie wytrzyma. Ja jednak wytrzymałem nie tylko do rana, ale nadal trzymam się bardzo dobrze – mówi pan Mieczysław.
   Po pobycie w szpitalu Mietek trafił na 3-miesięczny kurs rehabilitacji podstawowej, zorganizowany w Warszawie przez Zarząd Główny PZN.
– Kurs był świetnie urządzony – wspomina. To była bez przesady największa pomoc, jaką otrzymałem ze Związku. Po tym kursie stałem się samodzielnym w codziennych czynnościach, a co najważniejsze: mogłem z białą laską poruszać się po mieście. Oznaczało to dla mnie możliwość chodzenia do szkoły. Jednakże dyrektor liceum, do którego uczęszczałem przed wypadkiem, nie zgodził się na ponowne przyjęcie mnie, twierdząc, że niewidomemu jest nauka niepotrzebna, gdyż i tak skazany jest na robienie szczotek. Nie mogłem się z tym pogodzić. Uważałem, że skoro Konstytucja gwarantuje możliwość nauki dla wszystkich obywateli tego kraju, dotyczy to również mojej osoby.
   Po bezskutecznych usiłowaniach przekonania łódzkiego kuratorium, zrozpaczony udałem się do I Sekretarza KC PZPR – Władysława Gomułki z żądaniem pomocy. Przyjął mnie jego osobisty sekretarz. Jeden telefon wystarczył, aby kuratorium zaproponowało mi dalszą naukę. Jednak nie była to moja szkoła w Pabianicach, lecz jedno z łódzkich liceów. I tak przez trzy miesiące musiałem tracić trzy godziny na dojazdy z domu do szkoły i z powrotem. Fakt ten zdopingował moich rodziców do przeprowadzenia się do Łodzi, co rozwiązało problem uciążliwych podróży.
Atmosfera i nastawienie nauczycieli w łódzkim liceum były zupełnie inne niż w szkole poprzedniej. Znakomite wyniki w nauce, uzyskiwane przez Mietka, przekonały nawet największych pesymistów. Maturę zdał z wyróżnieniem w 1967 roku. Jego marzeniem była matematyka, lecz komisja weryfikacyjna nie dopuściła go do złożenia egzaminu, motywując swą decyzję brakiem jakichkolwiek szans kandydata na wykonywanie zawodu.
Nie tracąc roku, rozpoczął naukę w 2-letnim Studium Asystentów Socjalnych w Warszawie, a po jego ukończeniu został zatrudniony w Spółdzielni Inwalidów “Inlam” w Łodzi.
– Tam – kontynuuje swą opowieść pan Mieczysław – zorganizowałem zakładowy radiowęzeł, co w konsekwencji dało mi formalne podstawy do podjęcia studiów dziennikarskich. Tak więc znowu przeniosłem się do Warszawy. Tym razem na pięć lat, gdyż tak długo trwały studia na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Moje szczególne zainteresowanie wzbudziły wykłady z cybernetyki społecznej, prowadzone przez dr. Józefa Koseckiego. Z tej też dziedziny napisałem pracę dyplomową.
Należy podkreślić, że praca magisterska pana Staniaka miała pewne cechy wizjonerskie. Jeden z rozdziałów poświęcił bowiem roli transmisji satelitarnej w kształtowaniu opinii społecznej. Trzeba w tym miejscu zauważyć, że wówczas był dopiero rok 1978. Po sześciu latach od napisania tej pracy jeden z profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego wydobył ją i zaproponował panu Mieczysławowi stypendium naukowe w celu uaktualnienia tekstu i przystosowania go do wymagań publikacji.
Rok 1991, podobnie jak dla wielu tysięcy niewidomych, stał się dla pana Mieczysława momentem zwrotnym. W ramach zwolnienia grupowego, jakie miało miejsce w Spółdzielni “Inlam”, stracił pracę.
Odtąd, pozbawiony etatowego zatrudnienia, zaczął się utrzymywać z działalności pisarskiej i tłumaczeniowej. Wykorzystał w tym celu swoje niepospolite zdolności do języków obcych. Dziś biegle włada angielskim, francuskim, niemieckim i rosyjskim. Obecnie uczy się z powodzeniem włoskiego.
Jego warsztat pracy to magnetofony i przede wszystkim cztery tunery satelitarne (analogowe i cyfrowe). Umożliwia mu to wysokiej jakości odbiór informacyjnych programów radiowych, czego, jak wiadomo, nie oferuje telewizja kablowa. Wiele nagranych audycji z całego świata stanowi bardzo ciekawy materiał do artykułów. Pan Mieczysław publikuje je w rozmaitych czasopismach. W ostatnich miesiącach jego warsztat pracy wzbogacił się o polskie urządzenie do automatycznego czytania syntetycznym głosem zwane Autolektor.
   To jednak nie wystarcza. Autolektor, jak na razie czyta tylko po polsku, a pan Mietek zdobywa informacje głównie ze źródeł obcojęzycznych. W tym celu zorganizował niezwykłą sieć lektorów, którzy mieszkają w różnych zakątkach świata. Rozwiązuje to nie tylko problem poprawnego pod względem językowym nagrania tekstów na magnetofon, lecz ułatwia dostęp do literatury, jaka w naszym kraju jest nieosiągalna. Lektorzy przysyłają panu Mietkowi nagrane na kasecie artykuły z interesujących go dziedzin, a on tłumaczy je przy użyciu drugiego magnetofonu. Jego najwierniejszym lektorem był mieszkający w Londynie emerytowany dyrektor angielskich linii lotniczych – Eryk Tueker, który wybierał najciekawsze wycinki prasowe i ich treść nagrywał na kasety. Oryginalne teksty załącza również do przesyłki, co jest bardzo przydatne przy sprawdzaniu pisowni nazwisk i wszelkich nazw.
   Pan Mieczysław większość przekładów dokonuje na język polski, ale nie sprawia mu trudności tłumaczenie tekstów z jednego języka obcego na inny. I tak na przykład przetłumaczył artykuł napisany przez Chińczyka po angielsku na język niemiecki, który został zamieszczony w austriackim czasopiśmie.
Niesprawność rąk uniemożliwia panu Mieczysławowi korzystanie z komputera. Dlatego musi on warsztat pracy dostosowywać do swych możliwości. Udało mu się zdobyć jeden z lepszych słowników języka angielskiego Consise Heritage Dictionary nagrany na 56 kasetach C90 w systemie 4-ścieżkowym z dwukrotnie mniejszą szybkością. Poszczególne hasła słownika zostały nagrane w taki sposób, że w trakcie szybkiego przewijania taśmy słychać kolejne ich brzmienie. Wystarczy tylko zatrzymać taśmę na żądanym miejscu.
Panu Mieczysławowi nie brak ani odwagi, ani fantazji w podejmowaniu decyzji. Pewnego dnia, a było to w 1993 roku, usłyszał w radiu komunikat o przyjmowaniu kandydatów do półrocznej szkoły biznesu we Francji. Natychmiast udał się na miejsce zgłoszenia, a w kilka dni później leciał już samolotem do Lyonu, z podręcznym bagażem i niewielką ilością zgromadzonych naprędce dewiz, które miały wystarczyć na pierwsze trzy tygodnie pobytu. Szkołę ukończył uzyskując pierwszą nagrodę za najlepszy biznesplan w języku francuskim.
- Od ponad 10 lat – mówi pan Mieczysław – odwiedzam Rejonowy Urząd Pracy w Łodzi i pytam, czy dla człowieka o dwóch specjalnościach i władającego biegle czterema językami obcymi nie ma żadnej stałej pracy, nawet… przy prostowaniu bananów? Uzyskuję niezmiennie tę samą odpowiedź, że z powodu mojej dużej niesprawności nie mają żadnych propozycji. W moim przekonaniu jest to kompromitacja systemu zatrudniania.
Dokonania i poziom intelektualny pana Mieczysława są zaiste imponujące. Tak niewiele osób może mu dorównać. Czy rzeczywiście w wieku dominacji nauki i burzliwego rozwoju systemów przetwarzania i przekazywania informacji nikt nie może mu zaproponować stałego zatrudnienia?

Nie udało nam się dotąd ustalić autora tej mini biografii, natomiast przeczytał i potwierdził zawarte w niej informacje, bohater artykułu pan Mieczysław Staniak. (red.)
  Kto jest autorem? Wersja archiwalna wpisu dostępna pod adresem: http://razemztoba.pl/beta/index.php?NS=srodek_new_&nrartyk= 45

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.