Późniejszy termin

Późniejszy termin

Siedzimy w domu. Karnie i cierpliwie poddajemy się zaleconej izolacji. W granicach rozsądku. Część izolacji jest obowiązkowa, część opcjonalna. Te opcje to zrobienie zakupów (zdecydowanie rzadziej niż codzienne chodzenie po świeże rogaliki na śniadanie), spacery z psem (zdecydowanie krócej niż godzinne chodzenie po parku), spotkania z przyjaciółmi i rodziną – tutaj żadne „zdecydowanie rzadziej”. Tutaj wcale.

Urodziny marzec-kwiecień-maj odbywają się online i zdalnie. Dla nas to nie jest znowu takie poświęcenie. Dzieciom już trudniej wytłumaczyć, dlaczego nie przyjdą goście z prezentami i przyjaciele z przedszkola czy szkoły. Odwołano komunie święte.

Coraz więcej spraw zresztą jest załatwianych zdalnie, ale o tym już pisałam. Może doszło tylko zdalne nauczanie, ale w przypadku Julci, to bardzo przyjemne przesyłane mailem lekcje tematyczne do odsłuchania i obejrzenia oraz prace do wykonania.

Koncerty, imprezy rozrywkowe czy kulturalne są odwoływane, a niektóre przekładane na późniejszy termin.

Termin, który jest obecnie kumulacją nadziei i oczekiwań, że w końcu wszystko wróci do normy. Jeszcze będzie lepiej. Będzie normalnie. Że wyjdziemy do sklepu, częściej niż raz w tygodniu, bez rękawiczek, maski i strachu, że ktoś za blisko stanie, dotknie nas przez przypadek, albo, nie daj Boże, kaszlnie lub kichnie, przechodząc obok.

Że wyjdziemy na ulicę, nie licząc, ile osób jest z nami i czy wzięliśmy psa, nie zastanawiając się czy nie będzie się trzeba tłumaczyć z zasadności wyjścia z domu.

Że nie będziemy co dzień uaktualniać raportu ze stanu zdrowia rodziny i przyjaciół, którzy są daleko od nas, martwiąc się, czy jutro będzie u nich tak samo dobrze jak dziś.

Że zaczniemy się z nimi spotykać, swobodnie wychodząc wieczorem do restauracji, na koncert czy na kawę. W końcu, że przestaną do nas napływać codziennie coraz bardziej przerażające informacje. Zaczną się te lepsze. Dziś to jeszcze cały czas bardzo odległy „późniejszy termin”.

Z tym określeniem kojarzy mi się inna przypadłość. Moja przypadłość. Chronicznego odkładania wszystkiego. Na potem. Tak już mam i często dopiero postawiona pod murem zabieram się za coś od dawna odkładanego. To nigdy nie jest dobre, ale dopiero ostatnie wydarzenia uświadamiają, jak taki nawyk może wpakować w kłopoty. Na szczęście tylko może, bo okazało się, że jednak jakoś udało mi się parę ważnych spraw załatwić w tzw. „ostatnim momencie”. Tzn. teraz wiem, że był ostatni, wtedy zupełnie nie zdawałam sobie z tego sprawy.

Leki przeciwpadaczkowe Julci na przykład. Nic nadzwyczajnego – kupuję je regularnie. Tak też i teraz zrobiłam. W aptece okazało się jednak (elektroniczne recepty są dla pacjentów dosyć mało czytelne), że jednej dawki jest za mało – ledwo wystarczy na miesiąc, podczas gdy zapas miał być na trzy. Pomyślałam – dobra… pojadę w przyszłym tygodniu i wezmę więcej, nie muszę przecież od razu… Coś mnie jednak wówczas zawróciło do przychodni. Dziś oczywiście, biorąc pod uwagę okoliczności, kusi założyć, że była to mistyczna magia podświadomości. Wtedy po prostu przyziemnie uznałam, że lepiej jednak załatwić to od razu, póki pani w rejestracji pamięta, że mi ową receptę wydawała.

W tamtym momencie nie było jeszcze żadnego problemu ani z dostaniem się do przychodni, ani z pójściem do apteki, z niczym. Tydzień później był już ogromny. Dzięki załatwieniu tego od razu mam obecnie zapas leków nie ledwo na jeden, ale na dobrych kilka miesięcy.

Inna sytuacja. Impuls chwili – wstałam i pojechałam do weterynarza, kupić tabletkę przeciw kleszczom dla Lakiego, naszego pieska. Tak po prostu, taką na trzy miesiące od razu. Bez powodu. Tak z przekory. Zwykle od postanowienia do realizacji mija… no cóż… nieco więcej czasu…

I tamta decyzja, dotycząca niezwykle zwyczajnej sprawy zaoszczędziła mi zapewne, w obecnych dniach, bardzo skomplikowanej logistycznie i stresującej wyprawy do weterynarza.

Mam nadzieję, że też macie wiele okazji do powiedzenia sobie: uff, jak dobrze że zrobiłam/em to wcześniej…

Oczywiście byłoby za cudownie, gdyby nie znalazło się coś, z czym jednak zwlekałam za długo i teraz muszę poczekać jeszcze dłużej. Ale najważniejsze, że to nic ważnego i mogę poczekać.

Dlatego teraz już czekajmy cierpliwie, dbajmy o siebie i swoich najbliższych z nadzieją, że „późniejszy termin” przyjdzie jak najszybciej.