PasjONaci: „To my sami się ograniczamy”

PasjONaci: „To my sami się ograniczamy”

Reprezentował Polskę na tegorocznych mistrzostwach świata w rugby. Jego marzeniem jest udział w Igrzyskach Paraolimpijskich w 2020 roku. Prawie 20 lat temu jego nogami stał się wózek. Dziś mówi o tym, że nie ma dla niego ograniczeń, a pojawiające się trudności są do pokonania. O strachu, największym życiowym zakręcie jakim był wypadek, mistrzostwach świata w rugby i planach na przyszłość rozmawiam z Rafałem Rockim.

 

Tym co ludzi ogranicza jest strach?

Nie, wiesz co, to jest tak, że to my sami się ograniczamy. Ograniczamy się, nie próbując nawet wykonać pewnych rzeczy, które chcielibyśmy zrealizować. Z góry ograniczamy się jakąś swoją niepełnosprawnością. Tak pewnie było ze mną na początku, kiedy to przesiadłem się na wózek i wózek stał się moimi nogami. Miałem wtedy 23 lata i gdy chciałem wyjść gdzieś do knajpy ze znajomymi, to zawsze zakładałem, że tam są schody, tam jest krawężnik, tam będzie dużo ludzi, to sobie nie poradzę, bo nie ma przystosowanej toalety, bo zawsze jest jakiś problem. Ale to tkwi w nas. Myślę, że z perspektywy czasu, jeśli chcę się gdzieś udać, to po prostu to robię. Czasy się zmieniły i otaczają nas fajni ludzie, można szybko uzyskać pomoc i być wśród osób pełnosprawnych, być w miejscach dostępnych dla wszystkich. Nie wszędzie musi być wszystko dostosowane. Uwierz mi, że można ze wszystkim sobie poradzić.

Tuż po samym wypadku pojawił się strach?

Oczywiście, że tak. Życie zmienia się wtedy diametralnie. Wszystko obraca się o 180 stopni. Punkt myślenia z pozycji siedzenia. Wózek – ograniczenia w głowie. Nie miałem w kręgu moich znajomych nikogo, kto wcześniej był osobą niepełnosprawną. Nie miałem nikogo wokół siebie, kto poruszał się na wózku i mógł mi to przedstawić z perspektywy wózka. Czas robi jednak swoje a z nim przychodzą nowe doświadczenia.

Był jakiś punkt zwrotny? Taki moment, gdy zacząłeś inaczej myśleć o niepełnosprawności?

Tak. Dlatego mówię, że mimo jakichkolwiek ograniczeń, trzeba poznawać ludzi, trzeba być otwartym na życie i na środowisko. W momencie, w którym poznałem jakąś jedną, drugą, trzecią osobę, na początku były to osoby z rehabilitacji, które razem ze mną próbowały czy pokazywały jak łamać bariery i być zwykłym człowiekiem w środowisku osób pełnosprawnych. Potem kiedy trafiłem na obóz aktywnej rehabilitacji, kiedy poznałem inne osoby na wózkach, które pokazywały mi jak żyć z tym na co dzień, jak radzić sobie każdego dnia. Później stawało się to normalnością. Myślę, że ten czas, kiedy trafiłem na obóz z Fundacją Aktywnej Rehabilitacji, taki obóz pierwszego kontaktu, gdzie nauczyłem się być samodzielnym, był to był jakiś taki punkt zwrotny, gdy troszeczkę inaczej zaczynałem postrzegać moje życie codzienne.

Czesław Niemen śpiewał, że „ludzi dobrej woli jest więcej”. Odczułeś to w swoim dotychczasowym życiu?

Wypadek w dużej mierze zweryfikował na kogo mogę liczyć, na kim mogę polegać, a kto jest moim bliskim, przyjacielem i w jaki sposób mogę polegać na rodzinie, a kto tak naprawdę się odsunął i z roli dobrego kolegi albo przyjaciela stał się nikim. Naprawdę życie bardzo mocno to zweryfikowało i pewnie nie tylko u mnie. Rozmawiałem ze znajomymi i tak napawdę każdy to odczuwa w swoim życiu.

Za Tobą i całą reprezentacją Mistrzostwa Świata w rugby na wózkach w Sydney. Przygotowania do nich do łatwych nie należały. Walczyliście nie tylko o odpowiednią dyspozycję fizyczną, ale także finansową. Co było trudniejsze?

Pojechałem tam jako zawodnik. Moją rolą jest bycie dobrym zawodnikiem, a nie managerem. Choć każdy z nas musiał dołożyć tą swoją cegiełkę, troszeczkę wysiłku i zdobyć jakieś fundusze, by móc tam pojechać. Sport osób niepełnosprawnych w Polsce funkcjonuje, jak funkcjonuje, czyli nie ma tych pieniędzy za dużo, żeby się realizować. My wszystko robimy wolontarystycznie, nie dostajemy za to żadnych wynagrodzeń. Moją rolą było to, skupienie się na tym, by wypaść jak najlepiej i być jak najlepiej przygotowanym. W rugby gram nie od dziś. Fajnie, że stało się tak, że dziś jest to moim hobby, moją pasją życiową. I cieszę się, że miałem zaszczyt reprezentować Polskę w niejednych zawodach międzynarodowych. Byłem w 2010 roku na pierwszych dla nas, Polaków, mistrzostwach świata w Vancouver. Te mistrzostwa, które za nami, były moimi drugimi. Grałem w lidze angielskiej, grałem też w lidze niemieckiej. Grając w mojej obecnej polskiej drużynie, zajmujemy dobre lokaty. Zdobywamy tytuły mistrza Polski lub v–ce mistrza rok w rok, więc cały czas ta forma gdzieś jest. Bardzo się cieszę, że udało nam się zebrać te pieniądze i pojechać na mistrzostwa świata. Myślę, że dziewiąte miejsce na świecie jest dobrym rezultatem, choć tam zabrakło małych puntów o to, byśmy grali o piąte miejsce. Ale jakby nie było, pojechaliśmy, pokazaliśmy się. Myślę, że jesteśmy dostrzegani w światowej czołówce.

Otrzymaliście duże wsparcie finansowe od Fundacji Anny Dymnej „Mimo wszystko”. Ten gest był dla Was dużym zaskoczeniem?

Nie [śmiech]. Znam Anię od lat. Nie myślałem, że będziemy musieli polegać na niej, ale fajnie, że zobaczyła problem, że mogła nam pomóc i to zrobiła. Ania jest fantastyczną osobą o wielkim sercu. Czasami jest tak, że niektóre fundacje chciałyby pomóc, a nie mogą, bo nie mają na to funduszy.

Będzie kiedyś medal na imprezie rangi mistrzowskiej?

To pytanie każdy sportowiec sobie zadaje i każdy by chciał wywalczyć medal na mistrzostwach Europy lub świata czy na Igrzyskach. Nie wiem jak będzie w przypadku nas, rugbystów. Obecnie robią się duże roszady w reprezentacji, są duże zmiany. Będzie w końcu związek, który powstaje od lat. Będzie to też pewnie szansa na pozyskanie środków, a one, mam nadzieję spowodują, że będziemy mieli więcej zgrupowań, więcej wyjazdów, więcej meczów z innymi drużynami i może to przyniesie jakiś efekt. Co będzie dalej? Zobaczymy. Ja w tym roku nastawiam się na lekkoatletykę. Moim celem i marzeniem jest pojechanie na Igrzyska Paraolimpijskie do Tokyo w 2020 roku. Czekam na klasyfikację i zobaczymy co z tego wyjdzie. Jeśli nie sporty drużynowe, to może indywidualne. Tu jestem zdany tylko na siebie, wszystko jest na moich barkach.

Jakie wyzwania stoją teraz przed reprezentacją?

W przyszłym roku mamy mistrzostwa Europy. One pokażą na jaim poziomie dalej jesteśmy. Jak już wspomniałem, czekają nas duże zmiany.

Kiedy pojawiło się zainteresowanie lekkoatletyką?

Jeszcze przed rugby. Że tak powiem, z buta pojechałem na mistrzostwa Polski i zdobyłem v–ce mistrzostwo Polski w pchnięciu kulą w swojej kategorii. W rzucie dyskiem zająłem czwarte miejsce, przegrywając o trzy centymetry brąz. Porozmawiałem z trenerem kadry. Moja osoba go zainteresowała. Być może pojadę na jakieś zgrupowanie kadry. W przyszłym roku są mistrzostwa świata, może uda mi się tam polecieć. W tej chwili jednak nic nie jestem w stanie powiedzieć tak ostatecznie.

Ktoś musiał Cię do lekkoatletyki namawiać?

Nie, absolutnie.

Czyli to taki świadomy wybór…

Tak, jak najbardziej. Znalazłem tam okienko, gdzie mogę się wbić swoją osobą pod względem niepełnosprawności. Tutaj szukam jakiegoś takiego fajnego wyjścia, bo sportów jest wiele. Jednak jestem za słaby na hokej na sledgach, nie mogę też grać w siatkówkę na siedząco, z racji tego jak mocno jestem uszkodzony. Koszykówka też odpada. Zostaje rugby albo jakaś dyscyplina w lekkoatletyce. Tu znalazłem pchnięcie kulą i rzut dyskiem. Gdy już dostanę tę klasyfikację międzynarodową, będę mógł wyszczególnić, do któej dyscypliny będę się przygotowywał.

Na koniec, nawiązując trochę do początku naszej rozmowy. Najlepsze co mnie w życiu spotkało to…

To to, że mam wspaniałą rodzinę, żonę, córkę, dom i poukładane życie. To jest najważniejsze.

Fot. arch. prywatne Rafała Rockiego

  Mateusz Misztal Wersja archiwalna wpisu dostępna pod adresem: http://razemztoba.pl/beta/index.php?NS=srodek_new_&nrartyk= 18843 

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.