PasjONaci: Sport jest dla wszystkich bez żadnych ograniczeń

PasjONaci: Sport jest dla wszystkich bez żadnych ograniczeń

Jest  jedynym na świecie zawodowym kierowcą, który prowadzi za pomocą stopy, i doskonałym przykładem na to, że nawet z największego zakrętu życiowego można wyjść na prostą i czerpać z życia pełnymi garściami. O pasji do motoryzacji, malowaniu oraz spełnianiu marzeń rozmawiam z Bartoszem Ostałowskim.

Motoryzacja – czy to była miłość od „pierwszego wejrzenia”?

Motoryzacja zawsze była mi bliska, od zawsze marzyłem, by zostać profesjonalnym kierowcą sportowym. To była swego rodzaju choroba o nazwie motorsport. Pasja do niego rosła we mnie z każdym kolejnym rokiem. Nie bez powodu moim ulubionym filmem był „Szybki jak błyskawica”.

Jakie to uczucie być posiadaczem licencji wyścigowej FIA? Co musiał Pan zrobić, aby ją otrzymać, bo przypuszczam, że nie jest łatwo ją zdobyć?

Był to bardzo skomplikowany i długotrwały proces. Musiałem przejść szereg szkoleń, ale przede wszystkim odpowiednio uargumentować, że mogę być posiadaczem licencji FIA i jak równy z równym rywalizować ze sprawnymi kierowcami. Najważniejsza jest oczywiście kwestia bezpieczeństwa. Na egzaminie miałem osiem sekund na opuszczenie auta. Wykorzystując zaplecze techniczne i adaptując samochód pod moje potrzeby, udało mi się  zakończyć część praktyczną powodzeniem, co w konsekwencji spowodowało, że zdobyłem upragnioną licencję.

Proszę wyjaśnić laikom, czym jest drifting?

Najprościej, jak się da, jest to technika jazdy samochodem wyścigowym w kontrolowanym poślizgu. W poślizg wchodzi się z prędkością do nawet około 200 km/h. Najważniejsza jest linia przejazdu, którą kierowca powinien jechać w sposób płynny, gdy auto należy ustawić pod odpowiednim kątem, a następnie dodać gazu.

Do uprawiania tego sportu potrzebny jest profesjonalny samochód. Proszę opisać, czym różni się Pana auto od tego tradycyjnego.

Różnic jest tak wiele, że trudno wskazać wszystkie. Wystarczy wspomnieć, że pod maską mam około 600 koni mechanicznych. Mój samochód pieszczotliwie nazywam „Bandziorem”. Ma zablokowany tylny mechanizm różnicowy, żeby łatwiej wchodził w poślizg. Auto jest specjalnie przystosowane do moich możliwości. Hamulec ręczny wciskam prawą stopą, a biegi zmieniam prawym barkiem.

Jak doszło do Pana wypadku? I w jaki sposób zmienił on postrzeganie świata przez Pana?

Wypadek był oczywiście punktem zwrotnym w moim życiu. Kompletnie absurdalna sytuacja, ale nie ma sensu wracać do przeszłości. Jechałem wraz z kolegą na motocyklach, a kobieta, która wyjeżdżała z drogi podporządkowanej, nie zauważyła mnie i wjechała pomiędzy nas, dodając gazu. Próbując ratować sytuację, położyłem ślizgiem motocykl, aby uniknąć zderzenia. Siłą rozpędu wpadłem jednak w barierkę z rurek, a przed uderzeniem broniłem się rękami. Są to chwile, na które nie mamy bezpośredniego wpływu, dlatego dość szybko uświadomiłem sobie, że muszę wziąć się w garść. Nabrałem dystansu, spojrzałem na swoje życie z innej perspektywy, czułem motywację do działania. Z czasem zacząłem wracać do swoich pasji, czyli motoryzacji i malowania. Jak się później okazało, wróciłem w dobrym stylu (uśmiech).

Jak długo trwała rehabilitacja i dochodzenie do siebie po wypadku, do tego stanu, w jakim Pan jest teraz. Ile czasu zajęło Panu przygotowanie się do pierwszych zawodów po wypadku?

Czas po wypadku był dla mnie najtrudniejszy. Pracowałem nad sobą niemal rok, aby wrócić do poprzedniego życia. Bardzo cenię sobie relację z Kasią Rogowiec, narciarką bez rąk, która była dla mnie źródłem prawdziwej inspiracji. W internecie szukałem informacji o tym, jak radzą sobie ludzie bez rąk. Wyjechałem do Stanów Zjednoczonych, gdzie w klinice Hanger w Oklahomie mogłem poznać osoby po amputacjach, a także podejmować codzienne, wydawałoby się, prozaiczne wyzwania. Musiałem radzić sobie sam i z czasem wypracowałem odpowiednie nawyki. Nogi zastępują mi ręce, a stopy przeszły ogromną transformację. Dwa lata po wypadku wziąłem udział w pierwszych zawodach. Udowodniłem sam sobie, że jeśli naprawdę czegoś się pragnie, można to osiągnąć.

Czy oswoił się Pan już ze swoją niepełnosprawnością? Czy jest ona dla Pana motywacją do stawiania sobie poprzeczki coraz wyżej czy raczej ograniczeniem w dążeniu do wytyczonych celów?

Chcę zarażać swoją pasją do życia inne osoby, które są niepełnosprawne lub czują się blokowane przez czynniki zewnętrzne. Niepełnosprawność nie jest końcem świata, wręcz przeciwnie, może być początkiem czegoś zupełnie nowego. Z natury jestem optymistą, więc staram się motywować, inspirować innych. Najgorsze, co mogą zrobić, to zamknąć się w czterech ścianach i użalać się nad sobą. Jestem doskonałym przykładem na to, że nawet z największego zakrętu życiowego można wyjść na prostą i czerpać z życia pełnymi garściami.

Co się aktualnie u Pana dzieje? Wiem, że ukończył Pan studia, założył własną firmę…

Nie narzekam na nadmiar wolnego czasu. Ukończyłem mechanikę i budowę maszyn. Rozwijam się jako artysta i profesjonalny drifter. Jestem członkiem Światowego Związku Artystów Malujących Ustami i Nogami (VDMFK) i aktualnie przygotowuję się do wystawy swoich prac w Krakowie. Ponadto, startuję w zawodach w drifcie zarówno w Polsce, jak i w Europie. W lipcu, osiągnąłem swój największy sukces, triumfując na torze Eurospeedway Lausitzring w ramach międzynarodowego cyklu Czech Drift Series. Moja firma przygotowuje samochody sportowe oraz moje auto do poszczególnych startów. Jestem ambasadorem najbardziej „odjechanego” projektu w Polsce, czyli Avalon Extreme oraz prowadzę videobloga „Pasja na Krawędzi”, gdzie rozmawiam z inspirującymi ludźmi. Współpracuję ze sponsorami, dzięki którym mam okazję brać udział w wyjątkowych inicjatywach, a pod koniec października będę gościć na targach Warsaw Moto Show.

Jakie osiągnięcia ma już Pan na polu driftingu, a co jeszcze chciałby Pan zdobyć? 

O swoim największym sukcesie wspomniałem już wcześniej. Pokonałem w pełni sprawnych kierowców i udowodniłem sam sobie, że sport jest dla wszystkich bez żadnych ograniczeń. Dało mi to olbrzymie poczucie satysfakcji. Chciałbym konsekwentnie podnosić swoje umiejętności. Tytuł mistrza Polski na pewno jest jednym z moich celów.

Motoryzacja to jednak nie jedyna Pana pasja. Jest Pan członkiem Ogólnopolskiego  Związku Artystów Malujących Ustami i Stopami. Jak się rozpoczęła przygoda z malowaniem? Co Pan najczęściej maluje? Czy można gdzieś zobaczyć Pana prace?

Zawsze przejawiałem zainteresowanie tą dziedziną sztuki. Wszystko zaczęło się od szkiców samochodów. Z czasem prace techniczne były bardziej zaawansowane. Jest to moja druga wielka pasja, która po wypadku wydawała się bezpowrotnie stracona. W 2009 r. trafiłem jednak na międzynarodowy związek VDMFK, który skupia niepełnosprawnych artystów z całego świata. To było niesamowite doświadczenie. Poznałem ludzi, malujących stopami lub ustami. Otrzymałem propozycję, aby do nich dołączyć. Początki były trudne, lecz z czasem wróciłem do poziomu sprzed wypadku. Teraz nogi mi już nie drżą, a moje prace będzie można zobaczyć już wkrótce w Krakowie. Ponadto cyklicznie organizujemy wernisaże w różnych miastach w Polsce.

Pana największe marzenie?

Mam ich kilka, ale lepiej nie zapeszać. Najważniejsze, żeby pomagać innym, żyć w zgodzie z samym sobą i być dobrym człowiekiem.

Jakie ma Pan plany na najbliższy czas?

Jestem jedynym na świecie zawodowym kierowcą, który prowadzi za pomocą stopy. Motorsport mam we krwi i konsekwentnie chcę rozwijać się w tym kierunku. Cenię sobie relacje międzyludzkie. Cały czas poznaję nowych ludzi, którzy motywują mnie do działania. Wierzę, że idę dobrą drogą i nie chcę z niej zbaczać.

  Aleksandra Garbecka Wersja archiwalna wpisu dostępna pod adresem: http://razemztoba.pl/beta/index.php?NS=srodek_new_&nrartyk= 16679 

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.