PasjONaci: Pasja godna naśladowania

PasjONaci: Pasja godna naśladowania

Na Gali zorganizowanej w Elblągu z okazji Międzynarodowego Dnia Wolontariusza wśród osób wyróżnionych za działalność społeczną znalazł się Paweł Kulasiewicz – pasjonat historii, społecznik, współorganizator wielu wydarzeń kulturalnych, założyciel i przewodniczący Stowarzyszenia Miłośników Elbląga „Ocalić od Zapomnienia”.

Otrzymał Pan wyjątkowe wyróżnienie, po raz pierwszy przyznane przez Radę Elbląskich Organizacji Pozarządowych za wieloletnią, wolontarystyczną działalność na rzecz przywracania dawnych tradycji, popularyzacji aktywnych form spędzania wolnego czasu zwłaszcza wśród dzieci i młodzieży. Jest Pan pasjonatem historii i jednocześnie społecznikiem. Pracuje Pan wolontarystycznie, bez instytucjonalnych dotacji, przy wsparciu przyjaciół i zaprzyjaźnionych organizacji. Kiedy narodziły się te pasje?

Prawdę powiedziawszy to od zawsze byłem działaczem. Już w szkole podstawowej zawsze byłem drużynowym w harcerstwie, potem dowódcą w wojsku. Zawsze pracowałem z ludźmi i przewodniczyłem pewnej grupie – czasami formalnej, czasami nieformalnej. A około 20 lat temu, gdy przeszedłem na rentę, zacząłem działać już tak typowo w sferze obywatelskiej, gdzie głównie kładę nacisk na aktywizację młodych ludzi, dzieci, a także osób niepełnosprawnych, które mają trudniejszy dostęp do kultury. Nie czekam aż przyjdą, to ja wychodzę do nich. Najczęściej poprzez biblioteki, które chętnie współpracują. Przychodzi tam dużo dzieci czy to po książki, czy na jakieś zajęcia biblioteczne – i tym sposobem głównie propaguję nie tylko historię Elbląga, ale również historię Polski. Prowadzę też działania na rzecz ochrony przyrody, ochrony zwierząt i dobrych stosunków międzyludzkich, żeby ludzie zrozumieli, że dobrocią można zdziałać więcej niż złością i zawziętością. Staram się dać z siebie, ile tylko jeszcze mogę. Od 20 lat choruję i to dosyć poważnie, ale chciałbym w jakiś sposób się odwdzięczyć za to, że mimo tych chorób jakoś daję radę.

Założył Pan też Stowarzyszenie Miłośników Elbląga „Ocalić od zapomnienia”.

Stowarzyszenie powstało z myślą o miłośnikach Elbląga. A to znalazły się stare fotografie, a to ktoś mówił „chodź, coś ci pokażę”, a to jakąś książkę zdobyłem i tak się to zaczęło. Na początku to było tylko dokumentowanie historii, potem przyszedł czas na większe akcje i festyny, jak np. ten, gdy Polska wchodziła do Unii Europejskiej, pierwsze Święto Flagi. Wiele osób już nie pamięta, że to myśmy zaczynali. Później inni przejęli te nasze pomysły i bardzo im się to chwali. Przez co najmniej 10 lat organizowaliśmy konkurs na najładniejszą szopkę, przedtem były jajka wielkanocne i palmy. Im więcej osób będzie się tym zajmowało, będzie zaangażowanych, tym więcej ludzi to zapamięta, przekaże dalej i może dzięki temu nie zaginie tradycja.

Pan zapoczątkował w Elblągu tworzenie szopek, bo wcześniej w Elblągu takiej tradycji nie było…

To prawda. Przez te lata mieliśmy uczestników z różnych stron Polski: górale z Żywca, z Poznania, z Torunia, z innych miast, elbląskich okolic już nie wymieniam – były ich dziesiątki. Pamiętam takie konkursy, w których było dużo ponad setkę. Były też lata chudsze, kiedy było około 30 szopek, ale były za to bardzo różnorodne. Jednego roku np. mieliśmy całą szopkę z różnych rodzajów makaronu, różnie barwionego. Były takie nietypowe, z samych kamyczków zrobione, z samych muszelek – ludzie mają mnóstwo pomysłów. Były haftowane, wyszywane, jedne warsztaty terapii zajęciowej zrobiły szopkę porcelanową: najpierw ulepiona z gliny, potem wypalana, szkliwiona – coś pięknego. Mieliśmy taką tradycję, że na zakończenie konkursu spotykaliśmy się w Ratuszu Staromiejskim, gdzie była wystawa i wręczanie nagród laureatom. Trzy szopki dawaliśmy zawsze władzom miasta w prezencie, żeby ich zachęcić do spojrzenia innym okiem na tą działalność, nazwijmy ją etnograficzną, żeby prezydent, gdy spojrzy na szopkę, pomyślał: „no ich by trzeba było wspomóc”. I dzięki temu nas wspomagali. Nie tylko oni, że nie wspomnę tu o Banku Żywności, który zawsze nam zabezpieczał słodycze. Jeśli kogoś się poprosiło o to, żeby można było u niego wystawić prace konkursowe, nie było odmowy. Pamiętam nawet takie dwa lata, gdy wystawialiśmy tu przy kościele, na takiej witrynie sklepowej. Ludzie byli zachwyceni, że chcemy zrobić u nich coś takiego, bo więcej osób zwróciło uwagę na sklep. A może odezwała się tradycja, może coś się tam przypomniało, może coś w nich zaiskrzyło dzięki temu.

A w tym roku kontynuuje tę tradycję Młodzieżowy Dom Kultury, miejmy nadzieję, że się utrwali i zostanie na zawsze. To wszystko, o czym mówimy, łączy się też z Pana osobistymi pasjami – kolekcjonerstwem, modelarstwem.

Większość członków naszego stowarzyszenia ma swoje pasje i różne umiejętności. Są panie, które haftują pięknie –wśród nich mamy panią, która w tym roku kończy 85 lat – mamy osoby niepełnosprawne i starsze z domów dziennego pobytu, które zajmują się czy to modelarstwem, czy haftem, czy malowaniem. Te nasze konkursy bardzo tych ludzi mobilizowały, a nas to z kolei mobilizowało do tego, żeby sprostać ich oczekiwaniom. Podczas Tygodnia Osób Niepełnosprawnych organizowaliśmy gry i zabawy, czasem historyczne. Do dziś dzwonią do mnie osoby niepełnosprawne z pytaniami, m.in. o zawody wędkarskie, które organizowaliśmy także w ramach Tygodnia – kiedy będą i czy mogą wziąć udział. Było sporo tych działań przez te kilkanaście lat.

Rzeczywiście było. Współpracował Pan też z gazetą „Razem z Tobą”, pisząc artykuły o tematyce historycznej. A w ramach Tygodnia Osób Niepełnosprawnych organizuje Pan co roku konkurs plastyczny dla dzieci pt.„Mój Elbląg”.

Tak, i co najbardziej nas cieszy, to taki lokalny patriotyzm, dzieci bardzo się tym interesują, bardzo się przejmują. Do konkursu zgłaszały się przedszkola i szkoły. Oczywiście trzeba uważać na zapędy rodziców, bo rodzice pytają, a dlaczego nie moje dziecko wygrało, a dlaczego tamto, a wiadomo, że wszystkie dzieci I miejsca nie mogą zająć. Zawsze mieliśmy jury, nie było to moje widzimisię, wielokrotnie nie brałem sam w nim udziału. Robiliśmy też warsztaty modelarskie dla dzieci i to nie było takie proste, wymagało wielu przygotowań. Same zajęcia z dziećmi to jest wierzchołek góry lodowej. Żeby te warsztaty przygotować, trzeba było najpierw te wszystkie rzeczy pociąć, poszlifować, niektóre pomalować, żeby dzieci składały już gotowe elementy tak, jak z klocków Lego, żeby to było szybko i efektownie. Staraliśmy się, żeby te dzieci się zainteresowały nie tylko modelarstwem, ale i historią. Myśmy nie budowali byle czego – były to statki, łódki, latarnie morskie – rzeczy związane z naszym regionem.

Co dalej?

Moja córka działa też w stowarzyszeniu na Helu. Zostaliśmy zaproszeni właśnie tam z takimi warsztatami modelarskimi i u nich je robimy.Stowarzyszenie córki ma użyczoną latarnię morską i to w naszych warsztatach wykorzystywaliśmy. Pomagam jej także w tworzeniu makiet związanych z historią tego regionu.

Dziękuję za rozmowę, jeszcze raz gratuluję i mam nadzieję, że zdrowie jeszcze przez długie lata pozwoli Panu realizować swoje pasje i zarażać nimi kolejne pokolenia.

 

 

 

  Teresa Bocheńska Wersja archiwalna wpisu dostępna pod adresem: http://razemztoba.pl/beta/index.php?NS=srodek_new_&nrartyk= 17111 

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.