PasjONaci: Odczarowuję wizerunek osób z niepełnosprawnościami

PasjONaci: Odczarowuję wizerunek osób z niepełnosprawnościami

Katarzyna Bierzanowska pracuje na wielu frontach – w lubelskim Stowarzyszeniu Homo Faber i Fundacji Kulawa Warszawa. Poza tym jest inicjatorką akcji społecznej „Nie–pełnoprawna”. Problemy osób niepełnosprawnych ruchowo i dyskryminacja kobiet na wózkach to jej „koniki”. Z „zabieganą” wózkowiczką rozmawia Marta Kowalczyk.

Misją Fundacji Kulawa Warszawa jest według założeń tworzenie przestrzeni dostępnej dla wszystkich, pod względem architektonicznym, społecznym i związanym z komunikowaniem się. W jaki sposób poprzez swoją pracę zmienia Pani postrzeganie osób z niepełnosprawnościami?

Katarzyna Bierzanowska: Zanim zajmę się zmianą postrzegania osób z niepełnosprawnością poprzez swoją pracę, często okazuje się, że zmieniam to postrzeganie zwykłym wyjściem z domu, bowiem dla wielu osób ten fakt już okazuje się dość przełomowy i zaskakujący. Jednak prowadząc działania edukacyjne, w których mówię o tym, że osoba na wózku kupująca kilogram pomidorów to nie jest obraz bohaterstwa, próbuję zmieniać to, jak patrzy się na osoby z niepełnosprawnościami i jak się je ocenia. W fundacji przede wszystkim edukujemy: prowadzimy lekcje savoir–vivre w szkołach, w przedszkolach czy w instytucjach kultury, przez co odczarowujemy wizerunek osób z niepełnosprawnościami.

Czy działania Fundacji ograniczają się tylko do obszaru Warszawy, czy prowadzone warsztaty i szkolenia realizowane są też na terenie innych województw?

Większość działań fundacji odbywa się na terenie Warszawy, ale nierzadko angażujemy się w przedsięwzięcia także w innych częściach Polski. Zawsze chętnie szkolimy tam, gdzie zostaniemy zaproszone, a projekty, które prowadzimy jako fundacja z czasem mamy nadzieję prowadzić na szerszą skalę. Jesteśmy jeszcze młodą fundacją, bo mamy za sobą dopiero pierwsze urodziny.

Najnowsza inicjatywa "Kulawa Warszawa" to stworzenie swoistej mapy ginekologów dla kobiet z niepełnosprawnością ruchową, na wózkach. Wiem, że to wielki problem w naszym kraju. Na jakim etapie jest ten projekt? Gdzie swoją gotowość do przyjmowania pacjentek z dysfunkcją ruchu mogą zgłaszać lekarze i jak tychże lekarzy mogą znaleźć kobiety potrzebujące konsultacji, badania?

Projekt „Przychodzi baba do lekarza” jest szerszym działaniem. Przede wszystkim zajmujemy się dostępnością, która dotyczy wszystkich niepełnosprawności, bo wyzwaniem jest obecność tłumaczki PJM dla kobiet z niepełnosprawnością słuchu, dostępna informacja dla kobiet z niepełnosprawnością wzroku, przystosowany gabinet dla osoby z niepełnosprawnością ruchu czy kompetentny personel w przypadku kobiety z niepełnosprawnością intelektualną. To bardzo trudne zagadnienie, więc najpierw chcemy je zbadać i właśnie na etapie badania potrzeb poszczególnych grup pacjentek obecnie jesteśmy. Chciałabym, żeby kobiety z niepełnosprawnością miały nie tyle większy, co jakikolwiek dostęp do informacji, gdzie mogą udać się np. na badanie ginekologiczne do placówki, która będzie brała pod uwagę ich potrzeby. Mowa o placówkach publicznych i to te na początku chcemy weryfikować. Na taką listę jednak jeszcze chwilę musimy zaczekać. Kolejnym krokiem będą szkolenia dla personelu, wsparcie w zwiększaniu dostępności i – chyba największe wyzwanie – zmiana społeczna. To praca na lata, ale na pewno potrzebna, więc zachęcamy do śledzenia i wspierania działań w ramach wspomnianego projektu.

Współpracuje też Pani ze Stowarzyszeniem Homo Faber, które jest lubelską organizacją pozarządową zajmującą się przeciwdziałaniem dyskryminacji grup mniejszościowych. Na czym konkretnie polega wsparcie antydyskryminacyjne oferowane przez organizację? Czy z pomocy mogą też skorzystać osoby z innych miejscowości?

Stowarzyszenie Homo Faber prowadzi w Lublinie Punkt Wsparcia Antydyskryminacyjnego. Może się do niego zgłosić każda osoba, która czuje, że doświadczyła dyskryminacji. Punkt działa w Lublinie, więc prowadzi działania na obszarze Lublina i okolic, choć zdarzają się też interwencje w innych częściach Polski. W razie potrzeby przekierowujemy sprawę do innych kompetentnych organizacji z danego regionu. W zależności od sprawy osoba, która do nas się zgłasza, może otrzymać wsparcie prawne, psychologiczne czy merytoryczne. Doradczynie i doradcy w Punkcie asystują na każdym etapie sprawy, pozostawiając decyzje zawsze osobie, która do nas przychodzi. Co ważne, wsparcie ze strony Punktu jest bezpłatne. Zapewniamy też poufność, co ma znaczenie w przypadku spraw dotyczących dyskryminacji.

Co się kryje pod projektem „Nie–pełnoprawna”?

Oficjalnie „Nie–pełnoprawna” jest niezależną inicjatywą, która ma służyć zmianie postrzegania osób z niepełnosprawnościami i przeciwdziałaniu wykluczeniu właśnie ze względu na stopień sprawności. W moim odczuciu „Nie–pełnoprawna” to taka soczewka, którą oferuję innym, przez którą można spojrzeć na niepełnosprawność i osoby z nią żyjące z zupełnie innej perspektywy. Wyraźniejszej, niezakrzywionej, ale też bez retuszu. To moje 5–letnie społeczne dziecko, które wyrosło z frustracji na bariery, doświadczanie nierównego traktowania, na stereotypy. Z czasem przerodziło się ono w narzędzie do prowadzenia równościowej edukacji, kampanii społecznych, do stworzenia przestrzeni, w której można o niepełnosprawności dyskutować otwarcie, ale też z szacunkiem. To ważne, bo jednym z istotnych obszarów działań „Nie–pełnoprawnej” jest przekonywanie, że język naprawdę kształtuje rzeczywistość i jest jednocześnie jej odbiciem – czasem nie takim, jakie chciałoby się widzieć, ale łatwym i tanim do zmiany. „Nie–pełnoprawna” zaprowadziła mnie już ze szkoleniami do przedszkola, na policję, na uczelnię czy do centrum kultury, bo równościowa edukacja naprawdę jest potrzebna wszędzie. Poza tym jest to też przewodnik po mojej niepełnosprawności, po tym, jak czasem żyć z niepełnosprawnością, żeby nie zwariować, a jak czasem pozwolić sobie na to, żeby jednak zwariować. Nie jestem żadnym autorytetem, ale moje doświadczenie niektórym otwiera oczy, innych skłania do zadawania pytań, a mnie samej pozwala mówić otwarcie – wózek to nie koniec świata, nawet jeśli czasem cierpliwość się kończy.

Czy każdy może się zaangażować w prowadzoną przez Panią akcję społeczną?

Oczywiście, akcję można śledzić na Facebooku na profilu „Nie–pełnoprawna” i na stronie www.nie–pelnoprawna.pl. Komentować i reagować można zawsze, a od czasu do czasu można też włączać się w akcje, które prowadzę właśnie wspomnianymi kanałami.

Co roku angażuje się Pani również w przypadający 28 lutego Międzynarodowy Dzień Chorób Rzadkich, dlaczego to dla Pani takie ważne?

Dlatego że rzadkie, nie powinno oznaczać wykluczone i niewzięte pod uwagę. Sama choruję na tzw. chorobę rzadką. W moim przypadku szacuje się, że ta choroba występuje na 1:20 000 – 1:50 000 w populacji – bez uwzględniania konkretnego typu itd. W przypadku chorób rzadkich są potężne problemy z diagnostyką, właściwą terapią, wsparciem psychologicznym czy finansowym. Najogólniej można powiedzieć, że te grupy chorób są „niezaopiekowane”. Na 95 procent chorób rzadkich nie ma obecnie skutecznych metod leczenia, na pewno m. in. dlatego że niestety wciąż nie kalkuluje się pracować nad terapiami, z których skorzysta stosunkowo nieliczna część społeczeństwa. Zastanawiam się czy gdyby diagnostyka działała lepiej, to faktycznie ta grupa okazałaby się tak wąska? Uważam, że społeczna świadomość istnienia chorób rzadkich i wyzwań, które stawiają one na co dzień przed osobami, które z nimi żyją, też jest ważną częścią szerszej zmiany. Dlatego co roku organizuję akcję „Rzadkie choroby są częste”, w której może wziąć udział każdy. Najprostszy sposób to zrobić sobie zdjęcie z hasłem „rzadkie choroby są częste” i przesłać je przez profil Nie–pełnoprawnej lub skorzystać z aplikacji, w której wystarczy wkleić swoje zdjęcie. Zachęcam do śledzenia profilu „Nie–pełnosprawna” właśnie w okolicach Międzynarodowego Dnia Chorób Rzadkich.

Jak znajduje Pani czas na te wszystkie zajęcia? Czy taka praca daje Pani szczęście, spełnienie?

Czasu nie znajduję, po prostu staram się go możliwie dobrze organizować i skutecznie wykorzystywać, chociaż zazwyczaj nie pogardziłabym kilkoma extra godzinami w ciągu dnia. Moja koleżanka wózkowiczka powiedziała kiedyś: „Jakie my na tych wózkach jesteśmy zabiegane” (śmiech!) Trzeba jednak nauczyć się znajdować czas dla siebie – mnie też to coraz lepiej wychodzi. Wolny czas spędzam albo z książką, albo z psami, albo pod wodą, albo na stoku. Najważniejsze, że moje działania są różne – to daje mi napęd. Przede wszystkim jestem przecież tłumaczką i w swoim zawodzie też dbam o tę różnorodność, bo to chyba podstawowy wymóg mojego BHP. Czy jestem spełniona? Na to, mam nadzieję, za wcześnie, bo mam jeszcze za dużo do zrobienia.

– Życzę Pani samych dobrych i jeszcze lepszych dni. Dziękuję za rozmowę.

  Marta Kowalczyk, fot. A. Wiśniewska Wersja archiwalna wpisu dostępna pod adresem: http://razemztoba.pl/beta/index.php?NS=srodek_new_&nrartyk= 16997 

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.