„Ocenianie uczniów w szkole to najgorsze, co może ich spotkać. To ich zabija. Dosłownie i w przenośni. Oceny zabijają chęć poznawania świata, naturalną motywację wewnętrzną, samoocenę”. To fragment wywiadu, który jakiś czas temu przeczytałem w jednej z gazet. W pierwszej chwili, z prędkością światła pojawiła mi się myśl: „co za brednie”.

Moje poglądy dotyczące bezstresowego wychowania są powszechnie znane i wielokrotnie już o nich pisałem – nie będę się więc powtarzał. Nie powinna więc nikogo dziwić moja reakcja. Szczególnie że, jakby nie patrzeć, oceniani jesteśmy codziennie – niemal na każdym kroku. W domu, szkole, pracy, a nawet na ulicy. I teraz czytam coś takiego, że oceny w szkole szkodzą, to włącza mi się mechanizm obronny w postaci obrazu kolejnych „niedostosowanych życiowo ludzi”, z którymi od najmłodszych lat obchodzono się jak z drogocennym jajkiem, zataczając wokół niego kokon bezpieczeństwa, który prędzej czy później pęknie z hukiem. Wówczas taki człowiek dostaje niczym obuchem w twarz od rzeczywistości, która nie jest taka kolorowa, jak się malowało w domu.

Okazuje się wtenczas, że nie jesteśmy najlepsi, inni mają czelność podnieść na nas głos lub co gorsza, ktoś może mieć zupełnie inne zdanie na temat tego, co robimy lub zrobiliśmy i nie omieszka tego w dość osobliwy sposób nam przekazać, używając przy tym słów, których nie poszczyciłby się poeta Świetlicki. I zaczyna się problem. Zamiast kogoś, kto broni się na argumenty (oczywiście trzeba mieć świadomość, że często nawet te z gatunku twardych mogą na kogoś nie podziałać) i jest pewnym swego, widzimy osobę, która przytłoczona tą nową sytuacją zaczyna „kurczyć się do rozmiarów krasnala ogrodowego”, spuszcza głowę, oczy zachodzą jej łzami i milczy. Jeśli już chce się bronić, robi to tak nerwowo, że do niczego dobrego to nie doprowadzi. Później przychodzi rozpamiętywanie tego, „przerabianie” w głowie aż do momentu, gdy organizm nie wytrzymuje, pojawiają się stany lękowe i depresyjne.

Jedno muszę przyznać, polska edukacja pozostawia wiele do życzenia. Często wpaja się młodym ludziom setki zbędnych rzeczy, wymagając od nich recytowania formułek, dat czy obliczeń dokonywanych z prędkością superkomputera w NASA, a nie przygotowuje się ich do tego, co czekać ich będzie za kilka lub kilkanaście lat w dorosłym życiu.

Innym problemem są sami nauczyciele (a raczej ich ambicje), którzy niejednokrotnie są zdania, że to ich przedmiot jest tym najważniejszym i tutaj trzeba się wykazywać. Tym sposobem uczeń, który ma naście przedmiotów podczas dnia spędzonego w szkole, musi z każdego być alfą i omegą.

Fakt, zdarzają się wybitnie uzdolnieni. Lecz w zdecydowanej większości jednostka, czytaj uczeń, ma predyspozycje nakierowane w jedną stronę i naturalnym stanem rzeczy jest, że z jednych przedmiotów jest lepszy, z innych gorszy. Lecz co ambitniejsi, chcąc zaspokoić wygórowane ego zarówno belfrów, jak i własnych rodziców, często poświęca swoje dzieciństwo i lata młodzieńcze na naukę. I jeszcze nie ma problemu, jeśli przychodzi mu to z łatwością i ma predyspozycje do nauki. Problemy pojawiają się, kiedy uczeń musi dostosować się do klasy – bo zaniża średnią lub od rodziców słyszy, że ma poprawić oceny, ponieważ „w życiu nic nie osiągnie”.

Serio?! Ocenami w szkole jedynie można zaspokoić innych. Goniąc za średnią, traci się sens lat młodych: kształtowanie pasji i zainteresowań, na które w dorosłym życiu najczęściej brakuje czasu lub po prostu sił. Do osiągnięcia sukcesu nie są dziś potrzebne piątki na świadectwie i ukończenie najlepszych szkół. Potrzebna jest pasja i cel, do którego chce się dążyć.

Nikt w późniejszym życiu nie pyta o średnią w szkole czy paski na świadectwie. Liczy się to, co potrafimy. Jakie mamy doświadczenie i co robiliśmy w konkretnym kierunku, by osiągnąć swój cel. Niejednokrotnie klasowy średniak dbający o to, by tylko w miarę rozsądnie zdawać z klasy do klasy i mieć czas na swoje zainteresowania i ich rozwijanie, jest w stanie szybciej osiągnąć sukces niż prymus nagradzany na wielu konkursach szkolnych i międzyszkolnych. Różnica jest znacząca. Prymus musi, średniak chce.

Nawiązując więc do tego, co napisałem na początku. Tak, uważam, że ocenianie jest potrzebne, by przygotować psychicznie młodego człowieka na to, co go czeka potem, lecz ocenianie w takim kształcie, jaki występuje w obecnym systemie edukacji, jest całkowicie bez sensu. Bo często sprawia, że dąży się do ocen, nie do zrozumienia świata, poszerzenia swoich pasji czy horyzontów.

Ogólnie cały system edukacji jest do zmiany: by uczył, rozwijał, zachęcał do poznawania świata, a nie wpajał bezmyślnie do głowy.

Osobnym tematem do rozmyślań są oczywiście rodzice, którzy sami tą bezmyślną strategię wdrażają w życie. Z jednej strony mówią, że nie interesują ich oceny i zdanie innych, a z drugiej – na każdym kroku odnoszą się do „osiągnięć” poszczególnych kolegów. Momentami mam wrażenie, że rodzicom nie zależy na szczęściu dziecka, tylko są one dla nich jednym z elementów strategii, by mieć się czym pochwalić przed znajomymi i rodziną. Nic tylko doradzić takiemu dziecku, by w przypływie odwagi „odpyskowało” rodzicom i poprosiło, żeby sami pokazali swoje świadectwo. Więcej niż pewne, że zdecydowana większość odpowie „to nie to samo” lub „nie uczyłem się, to patrz, jak skończyłem”.

Niestety, fakt jest taki, że nigdy ocenianie nie było sprawiedliwe, a koniec końców często wykluczało i marginalizowało (i nadal to robi) tych najbardziej wartościowych.