„Czy będzie Pan uczył w szkole?” „Niestety, nie. Mam inne plany na życie, a szkoła jest tylko przystankiem w dojściu do swojego celu.” „Może jednak jeszcze Pan zmieni zdanie i wróci do nas uczyć”.

Nie zmieniłem. Z trudnością przychodzi mi przypomnienie sobie, czy kiedykolwiek w swoim dziecięcym i nastoletnim życiu „chciałem zostać nauczycielem”. Były, jak przystało na dziecko i nastolatka, różne marzenia oraz pasje. Jedne bardziej, inne mniej realne, ale „uczenie innych” raczej nigdy do nich nie należało. Los jednak sprawił, że było mi dane zrealizować swoje ostatnie marzenie: dziennikarstwo. Stąd też trafiłem na elbląską uczelnię na filologię polską, wówczas o specjalności nauczycielskiej. Dziś ta sama uczelnia ma już w swojej ofercie kształcenie przyszłych dziennikarzy, a wybrani, od trzech lat, odbywają w naszej redakcji praktyki. Jedna z tych osób znalazła również u nas zatrudnienie. Trochę im tego zazdroszczę, gdyż nie było mi to dane. Nie oznacza to jednak, że żałuję tych trzech lat spędzonych na PWSZ. To niebywała przygoda, szczególnie że mieliśmy wspólnie z kolegami i koleżankami z roku możliwość „posmakowania” codzienności nauczycielskiej. Te praktyki odbywane przez ładnych parę tygodni zarówno w szkole podstawowej, jak i gimnazjum tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że to nie dla mnie. Szczególnie, że czasy jakie mamy, każdy widzi, a ja jeszcze jestem ze schyłku tych dziejów, gdy nauczyciel był szanowany i miał autorytet. Wspominam do dziś: gdy kończyłem swoją przygodę ze szkołą podstawową (jestem rocznikiem, który jako pierwszy poszedł do gimnazjum), byli jeszcze w szkole ósmoklasiści – kończący „stary system” szkolnictwa. Każdy z nich wysoki, często rosły, a gdy tylko na horyzoncie pojawiała się pani od historii, kolokwialnie mówiąc „z metra cięta”, każdy miękł niczym wosk pod wpływem temperatury. Żaden z nich nie protestował, gdy coś przeskrobał i dostał dziennikiem w głowę od stojącej na schodach nauczycielki. Nikt ani myślał też, by pobiec do domu na skargę jak coś przeskrobał – oczywiście zdarzały się takie przypadki, że i rodzice mieli nierówno pod sufitem i już wówczas traktowali belfra jak kogoś z najniższego szczebla społecznego, ale było to marginalne, szczególnie w małych społecznościach, z jakiej się wywodzę, bo tam często ten nauczyciel uczył też kilkanaście lat wcześniej jednego z rodziców.

Zdaję sobie sprawę z tego, że zaraz pod wpływem czasów, które mamy, ktoś powie, że to było zwykła przemoc i znęcanie się nad dziećmi i młodzieżą. Powiem tylko tyle – za niewinność nikt nigdy nie oberwał. I tutaj właśnie dochodzimy do momentu, w którym okazuje się dlaczego nie nadaję się na nauczyciela. Najzwyczajniej w świcie nie mam cierpliwości i szybko pewnie by mnie zwolniono z posady. Jestem wychowany na innych zasadach niż obowiązują dziś. Choć czasami mam wrażenie, że dziś w szkole nie obowiązują już żadne zasady. Uczniom od początku mówi się o ich prawach, a przebąkuje o obowiązkach. Uczeń może dużo, nauczyciel niejednokrotnie ma związane ręce i jeśli tylko jeszcze chce popracować, to może grzecznie poprosić o spokój – w innym wypadku jeszcze ktoś go posądzi o mobbing i znęcanie się psychiczne nad dziećmi. Przecież dziś one muszą być „bezstresowe”. O tej metodzie wychowywania pisać nie będę, bo według mnie jej zwolennicy (ci najbardziej ortodoksyjni szczególnie) doprowadzają do wielu patologii, które dziś mamy w szkołach, gdzie uczeń zamiast czuć się jak ktoś, kto ma obowiązki, zaczyna rozstawiać wszystkich po kątach. Uprzedzając wszelkie głosy, jestem przeciwnikiem jakiegokolwiek znęcania się nad dziećmi, lecz dla mnie bezstresowe wychowanie to brak wychowania i nikt mnie nie przekona, że jest inaczej.

W miniony poniedziałek rozpoczął się strajk nauczycieli. Walczą o podwyżki, ale też lepsze warunki pracy. Z przykrością muszę stwierdzić, że o ile uda się wywalczyć trochę więcej srebrniaków, to o lepszych warunkach niestety trzeba zapomnieć. Chciałbym bardzo, by w końcu w fotelu ministerialnym przy al. J. Ch. Szucha 25 w Warszawie zasiadł ktoś, kto będzie chciał i miał moc sprawczą, by wspólnie z pozostałymi „kolegami” w rządzie przeprowadzić kompleksową reformę edukacji. I nie mówimy tutaj o kolejnych zmianach kosmetycznych typu: przywracamy osiem klas, dołożymy wiedzy do podstaw programowych czy damy więcej godzin pracy nauczycielowi. Mowa tutaj o kompleksowej zmianie całego systemu oświaty łącznie ze zmianami, które przeprowadzić jest najtrudniej, jeśli w ogóle się da – tymi społecznymi.

Dziś myśląc o oświacie, trzeba mieć świadomość, jak daleko zaszedł świat w sensie społecznym i technologicznym, i trzeba się do tego dostosować. Nauka nie ma być przyjemnością niczym ulubione lody czekoladowe, a przygodą, która choć wymagająca, na koniec daje satysfakcję z osiągniętych celów.

Jest wiele modeli nauczania praktykowanych w różnych częściach świata. Mam wrażenie, że ten nasz zatrzymał się na latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Zdaję sobie sprawę, że dziś uczyć jest o tyle trudniej, w szczególności gdy młodzież wiele informacji, które kiedyś dostępne były zazwyczaj w bibliotekach i encyklopediach, ma niemal na wyciągnięcie ręki. Obecnie nie przyciągnie się i nie wykształci w młodym człowieku pasji „klepaniem” dat na pamięć czy zmuszaniem do czytania lektur szkolnych lub straszeniem oblania matury z matematyki. Do tego trzeba podejścia, trzeba przewodnika, który niczym głos Krystyny Czubówny przeprowadzi młodych ludzi przez to, co najpiękniejsze i najważniejsze w otaczającym nas świecie.

Jest wiele przykładów na to, że można uczyć w sposób ciekawy, a nie tylko usilnie posiłkować się książką i na jej podstawie kazać wszystkim zrozumieć wiele zjawisk. Żeby jednak można było to osiągnąć, potrzebna jest nie tylko dobra wola nauczyciela i odpowiednie jego przygotowanie, lecz przede wszystkim warunki do takiej nauki i co najważniejsze – pieniądze. Dobrze wyposażone szkoły i klasy to niemal pewny rezultat w postaci wykształconych uczniów. Nauczyciele nie bojący się nowinek technologicznych i nowych metod nauczania oraz nieograniczeni sztucznymi tworami w postaci przeładowanych i nierealnych do zrealizowania dokumentów szkolnych, wniosą w uczniów chęć pogłębiania tej wiedzy oraz sprawią, że młody człowiek sam będzie chciał iść przez ten świat z ciekawością. Wielu jest belfrów, których uczniowie uwielbiają, a to dlatego, że zrozumieli, że podstawa to jedno, a wiedza i umiejętności ucznia to drugie. Zdali sobie sprawę, że można uczyć inaczej, a papier w dokumentacji przyjmie wszystko.

Z drugiej strony nauczycieli obwinia się dziś o wszystko co najgorsze w edukacji, m.in. nadmiar prac domowych. A nikt nie chce przyjąć do wiadomości, że to nie wina „polonisty”, „matematyka” czy „chemiczki”, że ktoś z ministerstwa tak „przeładował” program, że nie da się go zrealizować w normalnym trybie lekcyjnym. Nikt z piszących program i podstawy nie bierze pod uwagę indywidualizacji uczniów, tylko wszystkich traktuje się tak samo. Wychodzi się z założenia, że cała klasa to istni miłośnicy nauki i w kilka minut wszystko zrozumieją i będą wręcz prosić o kolejną porcję wiedzy, bo tę już przyswoili i zrozumieli.

Wydawać by się mogło, że jak ministrem edukacji zostaje nauczyciel, to zwiastuje to dobre czasy, gdyż kto inny jak nie on sam zna realia i wszelkie bolączki systemu edukacji od wewnątrz. Szybko przychodzi jednak rozczarowanie i często okazuje się, że wraz z przekroczeniem progu ministerstwa i „przypieczętowaniem się” do partii nagle taki nauczyciel jakby wywodził się ze szkoły na innej planecie, a jego słuch przestaje być podatny na głosy dawnych kolegów po fachu. Słowem, pióra rosną większe niż w pawim ogonie, a Arystoteles przy nim staje się zwykłym chłopem ze starożytnej wioski.

Dopóki wszyscy nie zrozumiemy, że edukację trzeba zmieniać już od nas samych i naszego do niej podejścia, tak długo będziemy mieli z nią problemy. Rodzice muszą zacząć nauczycieli traktować z szacunkiem, a nie jak kogoś, kto chce tylko skrzywdzić ich dziecko. Uczniowie z kolei powinni mieć świadomość, że nauczyciel to taki ich „pierwszy szef” i wcale nie ten najgorszy. Wszyscy muszą zrozumieć, że nauka to przyszłość – dzięki niej za jakiś będziemy mieli lepszą lub gorszą pracę. To dzięki niej w końcu na naszą starość będziemy mieli takie, a nie inne władze. A śmiem twierdzić, że jeśli nic nie zrobimy, będzie już tylko gorzej i w pewnym momencie faktycznie dojedziemy do tego, że na egzaminie jednym z zadań z matematyki będzie zadanie „pokoloruj drwala”.

A mnie koniec końców nie udało się „uciec” od bycia nauczycielem. Wykonując zawód dziennikarza, przekazuje naszym Czytelnikom wiedzę o świecie, jaki ich otacza. Uczę ich co im przysługuje, jak mogą żyć oraz co ich czeka w najbliższym czasie. Fajne jest to, że nie ma tu kartkówek, sprawdzianów i dzwonków na lekcje. A jedynymi ocenami jakie tutaj są, to te wystawiane mi przez Czytelników w postaci poczytności artykułów, które codziennie przygotowujemy na Razem z Tobą.

PS. Nauczyciele, trzymajcie się!

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.