O podróży pociągiem raz jeszcze

O podróży pociągiem raz jeszcze

Niedawno podniosła się mediach dyskusja na temat przeszkód stojących na drodze osób z niepełnosprawnościami, a wszystko za sprawą bardzo nieprzyjemnej przygody, jaka spotkała 13-letniego chłopca na wózku, podróżującego pociągiem ze swoją mamą do Berlina.

Historia od której włos staje dęba, pokazała jak niekompetentna może być obsługa pociągu i jak zawieść mogą procedury oparte o szumnie brzmiące „dostosowania taboru dla osób z niepełnosprawnościami.” Właśnie – mogą. Historia ta stała się pretekstem do niekończącej się fali narzekań i krytyki wszystkiego, co tylko jest związane z tym jak my, rodzice i opiekunowie radzimy sobie na co dzień z barierami, na jakie napotykamy. Krytyka pochodziła zarówno od samych zainteresowanych, jak też od autorów tekstów, zamieszczanych w coraz to innych mediach.
I tak oto znowu “wszyscy” staliśmy się ofiarami losu, znowu wszystko nie funkcjonuje jak trzeba i wszędzie tylko kłody pod nogi…

Wnioski, jakie wysnuwali dziennikarze były zdecydowanie za daleko idące i zupełnie nie oparte o jakikolwiek obiektywny reaserch. To tylko wykorzystanie okazji, żeby znowu zwrócić uwagę na to jaki to my opiekunowie i nasze dzieci mają armagedon na co dzień.

I nie wytrzymałam. Bo jak np. raz nam się zdarzy stać w korku – ba nawet niech będzie trzynaście razy – to przecież nie znaczy zaraz, że wszyscy stoją w korku zawsze i wszędzie. Co ciekawe, taka generalizacja nie działa przy pozytywach. Jak o czymś napisze się dobrze, nikt nie pokusi się o stwierdzenie, że poprawiło się wszędzie i wszystkim w danym nawet tylko aspekcie.

Dlatego też spieszę na ratunek obiektywizmowi i na pocieszenie wszystkim tym, którzy nie szukają krytyki za wszelką cenę, ale chcą wiedzieć, że nie jest wcale tak fatalnie jak się mówi i pisze. Bo nie jest.

Jula ma 14 lat i (zakładam z opisu) taką samą niepełnosprawność jak synek pani z historii z mediów (4-kończynowe MPD). ICC EIP podróżowaliśmy kilka razy. Zawsze było miejsce (wykupione wcześniej oczywiście) wszystkie należne zniżki i bardzo przyjemna i wygodna podróż. Ok, mogliśmy akurat dobrze trafić, na kompetentną załogę i lepszy dzień. Ale wiadomo że najlepiej o jakości świadczy radzenie sobie w sytuacjach kryzysowych, a takie się też pojawiły. Kiedy wsiedliśmy do pociągu (podróż Malbork -Kraków) okazało się że na naszym miejscu dla wózków (w pociągu EIP są dwa) siedzi pani z synem (dorosłym chłopakiem na wózku). Ponieważ zareagowała dosyć nieprzyjemnie, poprosiliśmy o pokazanie biletu (jedyna forma weryfikacji miejsc) i okazało się że ma zupełnie inne, co więcej – w części pociągu nie przeznaczonej dla osób wózkowych. Twierdziła, że taki bilet kupiła w kasie (może jakieś małe szkolenie kasjerów i kasjerek?…) i że syn na wózku siedział obok przy kupowaniu. Co zrobiła więc obsługa pociągu? Mimo, że mieli inne wykupione, posadziła ich na jedynym, które było dla nich dostosowane.

Póki nie wsiedliśmy my. Z rezerwacją tego miejsca. I co teraz? Otóż (pani była bardzo bojowo nastawiona, mimo, że siedziała nie na swoich miejscach) poprosili nas żebyśmy usiedli na miejscach na przeciwko – w Warsie, gdzie przygotowano nam miejsca przy stoliku (to ten sam wagon) i na przeprosiny córcia dostała batonika od obsługi – za niedogodności (chwilę stałyśmy obok, głównie dlatego, że pani owa bardzo się denerwowała.

Co innego mogli zrobić pracownicy? Mogli np. jej nie wpuścić do pociągu w ogóle, bo nie miała wykupionego miejsca dla wózka przeznaczonego i gdyby tak zrobili, na pewno powstałaby z tego straszna afera pt. “niepełnosprawny chłopak na wózku nie zabrany przez pociąg i zostawiony na peronie! “. I nikt by się nie zastanawiał czemu, i że my – z dobrze wykupionym biletem i z córką z taką samą niepełnosprawnością nie mieliśmy gdzie usiąść. Ale obsługa zabrała ich i postanowiła jakoś problem rozwiązać tak, aby było wszystkim miło i przyjemnie. I tak było. Nam przynajmniej. Bo pani owa miała focha całą podróż i była bardzo nieprzyjemna (delikatnie mówiąc) dla kierownika pociągu, który przyszedł żeby porozmawiać o sytuacji po to, by na przyszłość się nie zdarzały.

Tak sobie myślę – my mieliśmy bilet kupiony miesiąc wcześniej, a kilka dni wcześniej nie było już żadnego wolnego miejsca (wiem, bo próbowałam dokupić jeszcze jeden bilet). Pani owa powiedziała, że kupowała bilet tydzień wcześniej więc nie było szans, że były jakieś wolne dla wózków (w całym pociągu są dwa) więc może w kasie pani powiedziała, że da jej taki jaki jest i “jakoś to będzie”, a jej zależało więc stwierdziła, że ok. Bo jedyną alternatywą byłoby wtedy nie sprzedanie biletu w ogóle, a jak zdążyłam poznać temperament tej pani, nie było takiej opcji…

I temat windy w pociągu – tutaj jest istna ruletka. Raz działa, raz nie, sama nawet pisałam do PKP z prośbą o wyjaśnienie konieczności wnoszenia wózka po schodach tak nowoczesnego pociągu, jakim niewątpliwie jest Pendolino. Otrzymałam odpowiedź, że przepraszają, że usuwają awarię i że producentem wind jest zupełnie inna firma niż wagonów więc nie jest to ich wina. W każdym razie obsługa pociągu bardzo sprawnie i ochoczo pomagała wtedy wnosić wózek, a na stacji docelowej czekała na nas już rampa.

Tym razem winda w pociągu (która bardziej jest formą rozkładanej platformy) działała. Na dworcu w Krakowie natomiast pan z ochrony (pozdrawiamy!) zaprowadził nas do windy na peronie i pomógł ominąć naprawdę długą kolejkę do niej.

Podsumowując – bywa różnie, owszem, łatwo nie mamy, ale o dobrych rzeczach też trzeba pisać, bo po raz kolejny robi się z nas opiekunów ofiary losu, a z naszych dzieci zaszczutych, siedzących w domu, bojących się wytknąć nos na zewnątrz ludzi. Zmieniło się wiele i jest coraz lepiej. Pani z nieprzyjemną przygodą bardzo współczuję i rozumiem, że szlag ją trafił, naprawdę, aż ciarki przechodzą jak się to czyta, ale proszę się nie zniechęcać do podróżowania, bo warto. Latamy też samolotami i wiemy, że pomoc dla osób niepełnosprawnych jest naprawdę na poziomie i to u nas w kraju właśnie.

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.