I w kalendarzu mamy już luty – najkrótszy miesiąc w roku. Tym razem będzie o tym co, a raczej kto, może sprawić, że praca odchodzi na boczny tor, służbie zdrowia, która jest nieustającym źródłem tematów, pomyśle za opłaty w przypadku nieodwołania zarejestrowanej wcześniej wizyty u lekarza specjalisty i szczęściu w nieszczęściu na przejściu dla pieszych.

  • Jak już pisałem, są czasami takie dni, że w natłoku pracy brakuje czasu na wszystko inne i momentami nie wiadomo, w co ręce włożyć. Kiedy jednak pojawia się dziecko, wszystko się zmienia. Wówczas czas biegnie jeszcze szybciej i brakuje go nawet, by chwilę… popracować.
  • Służba zdrowia to swoista kopalnia tematów bez dna. Tym razem pochylmy się nad telefoniczną rejestracją do przychodni lub poradni specjalistycznych. Każdy zaznajomiony z tematem wie, że szybciej wygra cokolwiek w totolotka, niż się w te miejsca dodzwoni. Zastanawiam się więc, po co podawać numery kontaktowe do poradni, skoro nikt z siedzących na rejestracji nie kwapi się do ich odbierania. Ba – często wręcz telefony te są wyciszone, by swoim niekończącym się dźwiękiem nie rozpraszały osób tam pracujących. Ok, rozumiem nawał pacjentów i brak osób do pracy w służbie zdrowia. Co za problem jednak dać pacjentom możliwość rejestrowania się on-line? Wówczas panie recepcjonistki w godzinach pracy to i na kawę z ciastkiem znajdą czas. Jeśli jednak wymagam za wiele, to rozwiązanie jest banalnie proste. Zamiast podawać numer telefonu, wystarczy prosty komunikat: „Przepraszamy, nie ogarniamy. Dalej tkwimy mentalnie na początku lat 90. i obowiązuje u nas tylko rejestracja osobista”. Ukłon. Kurtyna.
  • I jeszcze w temacie rejestracji do poradni specjalistycznych. Ostatnimi czasy padł pomysł, by pacjenci ponosili finansową odpowiedzialność za brak przyjścia na umówioną wizytę do specjalisty. Pomysł godzien uwagi, lecz najpierw proponowałbym przyjrzeniu się temu, co już obowiązuje. Znam przypadek, kiedy osoba informuje przychodnię, że nie przyjdzie na wizytę, ale w jej miejsce przyszłaby jej mama, gdyż ona też potrzebuje konsultacji. Na recepcji wybrzmiał kategoryczny sprzeciw. Okazało się, że godną pochwały jest postawa, że się informuje o planowanej nieobecności, ale nie można wizyty „przekazać” komuś bliskiemu. Dla mnie absurd totalny! Ja rozumiem, że są tacy, co wystarczająco już długo czekają w kolejce i to zwolnione miejsce jest dla nich niczym los na loterii, ale z drugiej strony, chciałbym mieć możliwość decydowania, czy moje wyczekane miejsce (podobnie jak wszyscy za mną) oddam komuś bliskiemu, czy do puli służby zdrowia. Ciekaw jestem, czy pracownicy służby zdrowia nie oddaliby swojego miejsca w kolejce, gdyby chodziło o kogoś bliskiego? A nie, przepraszam – w takim wypadku, to działa zupełnie inaczej.
  • W poprzednim numerze pisałem o pomyśle na zapobieganie tragedii na przejściach dla pieszych poprzez wiązkę czerwonego światła wyświetlanego na chodniku. Miało to ustrzec zapatrzonych w swoje telefony ludzi przed wtargnięciem na jezdnię. Po ostatnich doniesieniach medialnych stwierdzam, że może się myliłem. Ironicznie rzecz ujmując, może jak wejdzie taki jeden lub drugi pod samochód, to mu mózg zacznie lepiej pracować? Przykład mieszkańca Gorzowa Wielkopolskiego pokazuje, że zderzenie z samochodem na pasach dla pieszych może mieć też nieoczekiwane skutki. U mężczyzny, który przez 20 lat zupełnie nie widział na jedno oko, na drugie niewiele, po wypadku wrócił wzrok. Lekarze nie wiedzą, jak wytłumaczyć tę sytuację. Jednym z ich przypuszczeń, ale niczym niepotwierdzonych, jest to, że wzrok mógł wrócić wskutek kombinacji podawanych leków podczas hospitalizacji. A może po prostu tym samochodem jechał wybitny okulista? Ale już na poważnie, panu Januszowi życzę dużo zdrowia, a innym odradzam próbowanie podobnych metod na poprawę stanu zdrowia.