Myślenie boli

Jak często używamy słów „myślenie nie boli”? Na pewno zdarza się, a szczególnie, gdy chcemy wykazać jakim ktoś jest ignorantem, nieukiem czy wręcz nie wie na jakim świecie żyje. Mówi się to w specjalny sposób – z nieznośną pobłażliwością albo z gryzącą ironią, co na jedno wychodzi, bo naszym celem jest przecież wykazać, jak wyżej i dobrze dopiec bliźniemu.

Bezbolesność myślenia jest dla nas w tym momencie czymś oczywistym i bezspornym, dlatego tak chętnie ją polecamy… innym. Bo myślenie boli i to jak!

Kto nie doznał bólu głowy na samą myśl, że ……. ? Tu wstawicie Państwo, proszę, to co was najskuteczniej o ból głowy przyprawia.  Kto nie bił się z myślami? Komu nie pękała głowa od nadmiaru myśli? Ilu spraw wreszcie nie jesteśmy w stanie przemyśleć?

Staramy się, czasem ze wszystkich sił, ale nie zawsze dajemy radę i jesteśmy do tego stopnia osłabieni, że pasujemy. Trzeba sobie też powiedzieć śmiało i szczerze, że nie zawsze nawet podejmujemy próby przemyślenia czegoś porządnie. Wolimy żyć z dnia na dzień, bezrefleksyjnie , intuicyjnie, byle tylko nie narażać się na trud (ból) myślenia. Jeśli w mięśniach powstają zakwasy to w mózgu najwyraźniej też, skoro tak starannie większego wysiłku umysłowego unikamy. No i nie ma się co oszukiwać  – nie każdy jest Pudzianowskim, tj. chciałam powiedzieć Einsteinem. Ale jest nadzieja – ćwiczmy – wszak trening czyni mistrzów.  

Nie da się policzyć strat, które ponieśliśmy i ponosimy codziennie, jako jednostki i jako społeczności a nawet jako ludzkość, właśnie z powodu zaniechania albo niedostatecznego przemyślenia różnych spraw. Czasem błahych a czasem ważnych. Dlaczego tak się dzieje? Raczej nie dlatego, że myślenie nie boli?

Na szczęście człowiek całe życie się uczy i jak raz, drugi „dostanie po łapach” czy „po uszach”, to w końcu przysiądzie (no proszę, aż przysiąść trzeba) i jednak przemyśli. Warto nawet zapisać się na treningi, które uczą, jak to robić skutecznie. Mi np. spodobał się sposób, który poznałam uczestnicząc w tworzeniu programu społecznego.
Przeprowadziliśmy tzw. analizę SWOT, służącą do porządkowania informacji i stosowaną we wszystkich obszarach planowania strategicznego do analizy wewnętrznego i zewnętrznego środowiska danej organizacji, (np. przedsiębiorstwa), analizy danego projektu, rozwiązania biznesowego itp. Dlaczego nie wykorzystać jej do naszych osobistych projektów?

Technika analityczna SWOT* polega na posegregowaniu posiadanych informacji o danej sprawie na cztery grupy (cztery kategorie czynników strategicznych):

S (Strengths) – mocne strony: wszystko to co stanowi atut, przewagę, zaletę analizowanego obiektu,
W (Weaknesses) – słabe strony: wszystko to co stanowi słabość, barierę, wadę analizowanego obiektu,
O (Opportunities) – szanse: wszystko to co stwarza dla analizowanego obiektu szansę korzystnej zmiany,
T (Threats) – zagrożenia: wszystko to co stwarza dla analizowanego obiektu niebezpieczeństwo zmiany niekorzystnej.

Dwa pierwsze obszary odnosi się najczęściej do środowiska wewnętrznego (czyli zależnego od nas), zawierają najistotniejsze w danym przedsiębiorstwie elementy (to my jesteśmy „przedsiębiorstwem”), zaś dwa ostatnie odnoszą się analogicznie do środowiska zewnętrznego.

Po wykonaniu tej pracy należy jeszcze poddać te cztery pozornie niezależne grupy czynników analizie wzajemnych powiązań. W praktyce ćwiczenie to sprowadza się do odpowiedzi na serię pytań:
• Czy dana mocna strona pozwoli nam wykorzystać daną szansę?
• Czy dana mocna strona pozwoli nam zniwelować dane zagrożenie?
• Czy dana słaba strona ogranicza możliwość wykorzystania danej szansy?
• Czy dana słaba strona potęguje ryzyko związane z danym zagrożeniem?

Hmm… dużo pracy i dużo myślenia ale przemyślenie ważnych spraw z pewnością będzie summa summarum mniej bolesne niż skutki nie myślenia.

Dokładne objaśnienie zasad analizy SWOT zainteresowani znajdą bez problemu w Internecie lub w podręcznikach. Nie brakuje rzecz jasna innych technik, które pomogą nam w tej ciężkiej (bolesnej) pracy, jaką jest myślenie.

Najwięksi myśliciele jednak się poddawali i ostrzegali, gdy chodzi o sprawy, które nas przerastają; że nie należy się zanadto zagłębiać w dziedziny nieosiągalne. Że są pytania, na które chyba nigdy nie znajdziemy odpowiedzi – nasz umysł nie jest w stanie ani przeniknąć a tym samym zrozumieć tylu rzeczy… Choćby tej – drobiazg (że pozwolę sobie na ironię) – skąd przyszliśmy i dokąd zmierzamy, jaki jest sens naszego istnienia. Tego rozumem nie da się zgłębić a próby odpowiedzi przypominają walenie głową w mur, co oczywiście boli… a nawet może skończyć się katastrofą.  Stąd zapewne „weltschmertz” i „bolesna pustka” – zarezerwowane wyłącznie dla istot myślących.

Jeśli jeszcze pozostał ktoś nie przekonany, że myślenie boli, to proponuję anegdotę:
Pewien krytyk, naigrywał się z Aleksandra Dumasa, gdy pisarz użył określenia „bolesna pustka”. Cóż to takiego? – szydził. Dumas odpowiedział: Niech pan powie, ale tak szczerze… czy nigdy nie bolała pana głowa?

Pozdrawiam Czytelników i życzę w miarę bezbolesnej lektury pierwszego w tym roku numeru „Razem z Tobą”

*Źródło: http://pl.wikipedia.org  Elżbieta Szczesiul-Cieślak Wersja archiwalna wpisu dostępna pod adresem: http://razemztoba.pl/beta/index.php?NS=srodek_new_&nrartyk= 4998

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.