Kobieta po przejściach, ale z przyszłością

Kobieta po przejściach, ale z przyszłością

Wychowała się w Elblągu, ale obecnie mieszka w Gdyni. Ukończyła studia w Akademii Pedagogiki Specjalnej w Warszawie. Ma sukcesy w pracy terapeutycznej z dziećmi autystycznymi, ale nie tylko. Kobieta w każdym calu, która wie czego chce od życia i nie rezygnuje ze swoich pasji.

Portret Izy

Jest rodowitą gdynianką. Uczęszczała najpierw do Szkoły Podstawowej nr 20 a później do II Liceum Ogólnokształcącego im. Kazimierza Jagiellończyka w Elblągu. Jest absolwentką Akademii Pedagogiki Specjalnej im. M. Grzegorzewskiej w Warszawie na kierunku oligofrenopedagogika. W trakcie studiów ukończyła staż dla dzieci z autyzmem w Fundacji Synapsis w Warszawie. Aby rozwijać swoje zainteresowania i lepiej pomagać innym podjęła naukę z zakresu psychoterapii prowadzonej przez Ośrodek Pomocy i Edukacji Psychologicznej INTRA w Warszawie oraz Instytut Terapii Gestalt w Krakowie.

Błąd lekarski, który pokrzyżował drogi

– Byłaś zdrowym, pełnosprawnym dzieckiem. Jednak kiedy miałaś pięć lat straciłaś przytomność… Twój stan z godziny na godzinę się pogarszał.

– Lekarze w elbląskim szpitalu byli bezradni – mówi Iza. Nie postawiali odpowiedniej diagnozy. – Dzięki przytomności i zimnej krwi mamy trafiłam po 5 dniach do Akademii Medycznej w Gdańsku.

– Tam się Tobą odpowiednio zajęto, ale zmiany neurologiczne były nieodwracalne. Obecnie masz niedowład prawostronny. Co to było i na co lekarze powinni zwracać uwagę, by nie popełniać takich pomyłek wobec dzieci teraz?

– W wieku pięciu lat dostałam udar. Z pewnością to trochę za wcześnie, prawda? Gdyby pomoc przyszła odpowiednio wcześniej (w Elblągu), nie byłoby konieczności tak długotrwałej rehabilitacji i uczenia mnie wszystkiego od nowa. Po udarze nie umiałam chodzić, uczyłam się jak stawiać pierwsze kroki po raz kolejny. Jak to się dzieje w przypadku ludzi po udarach straciłam mowę. Była to niewątpliwie trauma, która wpłynęła na całe moje życie. W latach 80–tych nie pozwalano rodzicom odwiedzać dzieci w szpitalach, co odbijało się później na ich poczuciu bezpieczeństwa i rozwoju emocjonalnym. Dziś, kiedy obserwuję mamy przy swoich maleństwach na oddziałach szpitalnych, bardzo się cieszę, że ten koszmar się skończył. Myślę, że podstawą w rekonwalescencji dzieci jest zapewnienie im optymalnych warunków do rozwoju, pomimo trwającej choroby. Dziś jest zupełnie inaczej. Dzieci mimo niewątpliwego cierpienia jakim jest ich choroba, mają najbliższych, nie są same – dodaje.

Co do mojej diagnozy… dowiedziałam się niedawno po przeprowadzeniu wielu badań, że przyczyną udaru mógł być zespół Kawasaki, choroba dotykająca małe dzieci do lat pięciu. Gdyby lekarze wiedzieli o takim zespole, przeprowadzonoby odpowiednią rehabilitację i z pewnością nie siedziałabym tu przed tobą. Wiem jednak, że nie warto zastanawiać się nad tym, co by było gdyby. Jest jak jest i należy cieszyć się życiem. Myślę, że obecnie medycyna, jak również kompetencje lekarzy znacznie się podniosły. Teraz błędy w sztuce lekarskiej są również obecne. Weźmy np.: małego Bolka z Białegostoku, u którego nie zdiagnozowano białaczki… ale myślę, że występują one mniejszym stopniu niż kiedyś. Myślę, że dobrze by było, gdyby lekarze bardziej współpracowali z rodzicami i byli bardziej empatyczni, a nie zastawiali się bezdusznymi procedurami.

– Jak to wydarzenie zmieniło Twoje życie? Czy musisz się rehabilitować?

– To wydarzenie bardzo wpłynęło na całe moje życie. Lubię mówić o nim, że kiedy miałam lat pięć, to przyszedł do mnie „Mózgojadek”, zjadł troszkę mojej tętnicy mózgu i sobie tam pozostał, ale tak na poważnie… to, że podjęłam taki, a nie inny kierunek studiów, to, że pomagam ludziom, dzieciom niepełnosprawnym, to „zasługa” mojego niedowładu. I nie żałuję żadnej decyzji, jaką podjęłam. Kocham, to co robię. Z pewnością byłabym inną osobą, gdyby nie ten wypadek – opowiada Iza. – Odpowiadając na drugą cześć pytania. Rehabilituje się przez cały czas. Mam sprawdzoną kadrę lekarzy i fizjoterapeutów, którym ufam i bez zastrzeżeń powierzam mój przypadek. Oczywiście zabiegi są płatne, rehabilitować się trzeba, renty nie dostaję… jak mawiał klasyk: „A oto Polska właśnie”. Żenującym jest fakt, że mamy tak niewydolny system rehabilitacji leczniczej, że osoby niepełnosprawne mają tak utrudniony dostęp do bezpłatnej (refundowanej przez NFZ – przyp. red.) rehabilitacji. Niestety nie można liczyć na nasze państwo, w tej i w wielu innych sprawach dotyczących osób niepełnosprawnych. Ja mam to szczęście, że pomagają mi moi przyjaciele. Wiem, że zawsze mogę na nich liczyć.

– Przez kilka lat mieszkałaś w Warszawie. Wcześniej w Elblągu, a teraz w Gdyni – które z tych miast jest Twoim zdaniem najlepiej przystosowane dla osób niepełnosprawnych i dlaczego?

– Najlepiej przystosowana jest oczywiście stolica. Gorzej. jeśli chodzi zwykłą pomoc ludzi pełnosprawnych dla niepełnosprawnych. Gdynia jest miastem otwartym na niepełnosprawność. Ogromnie szanuję władze miasta, które robią bardzo dużo na rzecz aktywizacji osób niepełnosprawnych oraz konsekwentnie usuwają wszelkie bariery architektoniczne. Bardzo dużo się zmienia w samej Gdyni, jeśli chodzi o przystosowanie miejsc publicznych. Weźmy np.: nowo oddany Dworzec Główny. Oznakowane miejsca dla niewidomych, podjazdy dla wózków. Super. Takich przykładów jest w Gdyni bardzo wiele. Z roku na rok zmienia się też Elbląg, ale spośród tych trzech wymienionych przez Panią miast, Elbląg zmienia się najwolniej. Zastanawiam się czy mieszkają w tym mieście niepełnosprawni? Trochę się o nich zapomina a szkoda. (Dla przykładu podam budynek Sądu. Wejść tam, aby się coś dowiedzieć, zapłacić w kasie za znaczki sądowe lub na sprawę na piętrze, misson imposible dla osoby na wózku. Mam nadzieję, że to się wkrótce zmieni i nowe władze miasta się tym zajmą.

– Przez wiele lat pracowałaś w szkole niepublicznej, która prowadzona jest przez organizację pozarządową? Co uważasz za swój największy sukces w pracy?

– Pracowałam w przedszkolu i szkole 6 lat, pełniąc funkcję terapeuty pedagogicznego. Był to wspaniały czas. Dzieci jak wszędzie radosne i kochane. Do moich zadań należało prowadzenie diagnozy ryzyka dysleksji i późniejsza terapia dzieci z ryzyka dysleksji. Myślę, że największym sukcesem było, to, że mogłam zaszczepić w dziecku wiarę we własne możliwości. Wraz z rodzicami staraliśmy się akcentować sukcesy i mocne strony dziecka, a nie pokazywać, że nic nie potrafi. Zresztą ja sama byłam takim dzieckiem. Wierzyli we mnie rodzice i kilka wspaniałych nauczycielek ze szkół w Elblągu, oto co daje taka wiara! – podkreśla Iza. – Ja starałam się tylko „podlewać tę roślinkę”, jakim było dane dziecko, nie przeszkadzać w rozwoju. A największym sukcesem były słowa wypowiadane przez dzieci podczas porannej modlitwy, które pozwolisz, że zacytuję: „Panie Jezu spraw, aby dziś przyszła po mnie Pani Iza…”. – Myślę, że to był mój największy sukces. To, że dzieci mi ufały i chciały do mnie przychodzić, bo zajęcia jakie prowadziłam były bardzo urozmaicone i atrakcyjne. Dzieci chciały się uczyć, a przede wszystkim zdobywały wiarę w swoje możliwości, wiem, że to procentuje w przyszłości.

– A praca z dziećmi autystycznymi? Jakie sukcesy masz na koncie?

– Pracę z dziećmi z autyzmem rozpoczęłam jako stażystka będąc jeszcze na studiach. Gdyby nie moje problemy zdrowotne, pewnie pracowałabym z nimi nadal. Dzieci z autyzmem kocham ze wzajemnością, cudownie móc nawiązać jako pierwszej – kontakt wzrokowy w basenie pod wodą, zobaczyć szczery uśmiech na twarzy dziecka, które praktycznie nie miało mimiki. Jego twarz, pomimo tego, że piękna, była zaklęta. Inne dziecko, które nie mówiło, ale jak zaczęliśmy wspólnie z zespołem terapeutów „rozpracowywać przypadek” zaczęło pięknie śpiewać, zamiast mówić. To dziecko miało niesamowitą barwę głosu. Mogę mnożyć przypadki sukcesów w terapii dzieci z autyzmem. Ale po co? To dziecko wybiera sobie terapeutę. Ja miałam to szczęście, że te dzieci wybrały właśnie mnie. Mam duży szacunek dla rodziców tych dzieci, ponieważ oni biorą garściami ze swojej bezradności i budują rzeczy wielkie dla swoich dzieci.

– Co w pracy z dziećmi autystycznymi jest najtrudniejsze?

– Myślę, że jeśli ktoś rzeczywiście decyduje się na pracę z dziećmi z autyzmem, to nie ma dla niego rzeczy najtrudniejszych. Liczą się same sukcesy, pomimo np.: wyrwanych włosów z głowy terapeuty, przeraźliwego krzyku, regresji dziecka, często obrażeń fizycznych, na które narażeni są terapeuci. Takie dziecko oswaja się powoli, ale kiedy już da się poprowadzić za rękę, wtedy staje się towarzyszem w drodze, któremu warto pokazywać ciekawy świat. Myślę, że praca z dziećmi z autyzmem uczy pokory. Dziecko może dobrze reagować na proponowane mu aktywności, otwiera się, zaczyna się kontaktować z otoczeniem, aż pewnego dnia znowu zamyka się w swoim świecie. Właśnie wtedy pojawiają się chwile zwątpienia, ale tylko przez moment.

– Pracujesz też z dziećmi, które mają Zespół Aspergera (dalej: Z.A.). Co jest najtrudniejsze w pracy z takimi dziećmi, na co zwracać uwagę?

– Tak jak wspomniałam, pracowałam… Były to zarówno dzieci z autyzmem, jak i z Z.A. Zespół Aspergera jest coraz częściej rozpoznawany przez klinicystów. Im wcześniej postawiona diagnoza, tym lepsze efekty terapii. Niestety zdarza się tak, że dziecko, które przejawia wszystkie objawy osiowe Z. A, nie jest diagnozowane, ze względu na opieszałość i małą świadomość rodziców. Znam przypadki, kiedy to rodzice zaprzeczają wszystkim faktom, twierdząc, że dziecko z tego wyrośnie. Niestety najbardziej cierpi dziecko. Jeśli nie przeprowadzi się diagnozy i nie zacznie się pracować z dzieckiem nad jego trudnymi zachowaniami do 6 roku życia, szanse na wyrównanie deficytów są minimalne. Jeśli rodziców niepokoi coś w zachowaniu dziecka, np.: specyficzne zachowania społeczne, to proszę zgłosić się do specjalisty w poradni psychologiczno–pedagogicznej lub dobrego psychologa dziecięcego. Dzieci i młodzież z Z. A są bardzo mądre, dużo wiedzą, ale gubią się w gąszczu zachowań społecznych. Mają wiele specyficznych zachowań, które dla innych są dziwactwem. Nie odczytują języka niewerbalnego, nie potrafią śmiać się z czyichś żartów. Za to mają jedną wspaniałą cechę – są analityczne i logiczne, dążą do poznania świata najczęściej przyrodniczego, technicznego, gdzie chcą ustalić jakiś porządek w naszym świecie chaosu. Pracowałam kiedyś ze wspaniałym chłopcem z Z.A, który w wieku lat 8, zadał mi pytanie, na które nie umiałam odpowiedzieć. Otóż chłopiec ten zapytał mnie jak przeżyć, żeby sobie pożyć… byłam z nim szczera. Odpowiedziałam, że nie wiem, że każdego dnia trzeba sobie na to pytanie odpowiadać, bo nie ma gotowych recept. Przywołana przeze mnie sytuacja obrazuje, jak zdolne, inteligentne i wrażliwe to osoby. W pracy z nimi trzeba ustalać reguły, zasady i być maksymalnie konsekwentnym. Dlatego wciąż mój numer 660–618–611 odpowiada na prośby rodziców o konsultację i porady terapeutyczne.

– Wiem, że obecnie dalej się kształcisz, ale i szukasz nowej pracy w Trójmieście. Na jakim stanowisku chciałabyś pracować, żeby najlepiej wykorzystać Twoją wiedzę i umiejętności?

– Musiałam zrezygnować z mojej pracy w charakterze pedagoga specjalnego i terapeuty pedagogicznego. Można powiedzieć, że to konsekwencja mojego niedowładu. Pojawiają się nowe neurologiczne sprawy, na które muszę reagować. Teraz moją nową pasją jest psychoterapia i jej chce poświęcić moje zawodowe plany. Wracam z rocznego urlopu na podratowanie zdrowia do pracy i tak jak powiedziałaś szukam pracy w Trójmieście. Planuję założenie własnej działalności zajmującej się pomocą psychologiczną i psychoterapią, dobrym pomysłem byłaby psychoterapia dla osób niepełnosprawnych, chciałabym dzielić się również moją wiedzą i doświadczeniem dotyczącym osób niepełnosprawnych.

– Z Elbląga wyjechałaś do Warszawy, żeby studiować. Teraz przeprowadziłaś się do Gdyni – masz jakieś plany, czy marzenia związane z nowym miejscem?

– Tu, w Gdyni, zaczynam wszystko od nowa. To taki nowy port w moim życiu. Chciałabym się tu dobrze poczuć, zadomowić. W Gdyni jest wszystko uśmiechnięte i optymistyczne. Myślę, że to nie przypadek, że znalazłam się w mieście „zbudowanym z marzeń i snów”. Mam nadzieję zrobić tu coś dobrego, a co do planów i marzeń… Pewnie zaczną się realizować same, trzeba tylko wierzyć, że się spełnią.

– Największy życiowy zawód? Zawiedziona nadzieja?

– To trudne pytanie. Myślę, że zawiodłam się kiedyś na ludziach, którym bardzo ufałam. Był czas, kiedy nie wierzyłam, w ani jedno słowo zasłyszane od ludzi. Teraz odbudowuje moje zaufanie do świata. Jednak „czas nas uczy pogody”. Myślę, że nie trzeba patrzeć w przeszłość, na to było, co utracone, tylko skupiać się na „tu i teraz”. Staram się maksymalnie wykorzystywać teraźniejszość, a nie opłakiwać swoje straty.

– A jaki jest Twój sposób na rozczarowanie i zawiedzione nadzieje? Co byś poradziła osobom, których niepełnosprawność dotknęła znienacka (np. wypadki, udary)?

– Każdy wybiera po swojemu, jakie chce mieć życie. Stronię od bycia doradcą. Jeśli kogoś dotyka cierpienie, to musi znaleźć drogę, odpowiednią dla niego. Można utracić zdrowie, ale wiem, że te wszystkie doświadczenia budują siłę psychiczną i wolę do walki. Oczywiście wszystko w swoim czasie. Akceptacja przychodzi z czasem. Trzeba się uczyć siebie od nowa. To trudna lekcja, ale potrzebna. Dla mnie wszystko co dzieje się w życiu, jest po coś.

– Czy masz jakieś motto życiowe, które w trudnych chwilach pomaga Ci się utrzymać w równowadze psychicznej?

– W chwilach trudnych pomaga mi wiersz Barbary Rosiek:

„ … Być sobą to być pytaniem,

Zagadką i wiarą,

Odpowiedzią bez słów”.

I właśnie ten cytat pomaga mi w trudnych chwilach. Szukam odpowiedzi, kim jestem. Gdy nie wiem co robić, pozwalam sobie na łzy, przyznaje się do tego, że jestem bezradna . Staram się wtedy zdystansować od niepotrzebnych myśli i spraw, zaopiekować się sobą. Pobyć samej ze sobą jest najtrudniej, zwłaszcza, gdy przed sobą uciekamy. Mój sposób na utrzymanie równowagi psychicznej: coś dla ciała i dla ducha. To może być rozmowa z przyjacielem lub spacer po lesie, koncert muzyki jazzowej… dobry film. Często oglądam komedie W. Allena , Przystanek Alaska. Tak jak powiedziałam wcześniej, wszystko jest po coś – myślę, że najczęściej powtarzam sobie w myśli właśnie to zdanie. Trudności są po to, żeby je pokonywać i odkrywać sobie nieznane zasoby.

– Co Twoim zdaniem jest największym problemem jeśli chodzi o problemy osób niepełnosprawnych w naszym kraju?

– To temat rzeka. Myślę, że kondycję państwa mierzy się również wachlarzem pomocy socjalnej dla niepełnosprawnych obywateli. A Polska wypada na tym tle słabo. Zabiera się nam środki socjalne, renty, ulgi łatając dziury w budżecie. Problemem jest również społeczna nie akceptacja inności. Walczymy z „trzema schodami”, ale jest to tylko walka pozorna. Myślę, że właśnie największy problem polega na tym, że ludzie pełnosprawni nie chcą pokonać swojego lęku przed innością niepełnosprawnych. Owszem dużo się zmieniło od czasów transformacji ustrojowej, ale uważam, że to za mało – mówi Iza. – Chwała wszystkim fundacjom, stowarzyszeniom działającym na rzecz niepełnosprawnych. To Ci ludzie, którzy tam są i działają, sprawiają, że jesteśmy zauważalni. Dużo jest jeszcze do zrobienia, potrzebna jest większa wrażliwość społeczna na potrzeby osób niepełnosprawnych.

– Przesłanie dla osób niepełnosprawnych, które siedząc w fotelu z pilotem od telewizora, zastanawiają się, co zrobić ze swoim życiem.

– Zmienić kanał, na ten ze swoim życiem, nie oglądać życia, świata przez ekran telewizora, tylko zacząć żyć na 100 procent, po swojemu i mieć odwagę, żeby realizować siebie.

– Taki terapeuta, który z własnego doświadczenia życiowego wie, jak to jest to skarb. Dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia.

Z pedagogiem i terapeutą Izabelą Paturą rozmawiała…

  Marta Kowalczyk Wersja archiwalna wpisu dostępna pod adresem: http://razemztoba.pl/beta/index.php?NS=srodek_new_&nrartyk= 9789

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.