Co ma wspólnego: maseczka, upał, poczta, papieros i kobieta? Łączy je problem, o którym dziś słów kilka napisał naczelny Razem z Tobą.

Od 16 kwietnia do odwołania obowiązuje w całym kraju obowiązek zakrywania ust i nosa. To, jak powszechnie wiadomo, jeden ze sposobów profilaktycznego ograniczenia rozprzestrzeniania się koronawirusa. Jak mówił podczas wczorajszej konferencji prasowej minister Szumowski, maseczki pozostaną z nami jeszcze dość długo. Nie ukrywam, nie cieszy mnie to. Pomijając już fakt, że nie lubię czapek, szalików, parasolek itp., które w normalnych czasach, o konkretnych porach roku, winny być stałym elementem garderoby osoby idącej choćby przez miasto do pracy lub sklepu. Po prostu źle się z tym czuję i, choć wielokrotnie się już nad tym zastanawiałem, to stan ten nie ma żadnego rozsądnego wytłumaczenia. Nie, bo nie – po prostu.

Teraz, pod groźbą kary administracyjnej lub mandatu zmusza się mnie do noszenia maseczki. Za oknem jeszcze nie jest zbyt ciepło, więc mus, to mus i jakoś się przełamuję w imię walki o powrót do społecznej normalności. Lecz, podobnie jak wielu, z którymi rozmawiam, nie wyobrażam sobie, bym w ciepłe i bardzo ciepłe dni miał mieć maseczkę na twarzy. Mam tę niewdzięczną przypadłość, że pocę się dość szybko, a jak jeszcze będzie mnie „grzać” maseczka, to nie będą mi z czoła i karku leciały siódme poty, tylko już całe cysterny wody. Czyli wówczas chyba nic innego mi nie pozostanie, jak zastosować się do hasła: #ZostańWDomu dla dobra ogółu i psychiki własnej. Pomijam już fakt, że nawet w obecnym stanie temperaturowym za oknem wyjście w maseczce i okularach przyprawia o dyskomfort parujących szkieł. Na szczęście nie wejdę pod tramwaj czy samochód lub nie zderzę się ze znakiem bądź innym użytkownikiem chodnika, gdyż moja druga para oczu pozwala mi lepiej widzieć „w dali”, a z bliska widzę dość dobrze. Więc zakładam okulary „na głowę” i idę przed siebie.

Na jednym z portali społecznościowych rozgorzała dyskusja, jak do obowiązku noszenia maseczek w przestrzeni publicznej mają zastosować się palacze, którzy wychodzą „na dymka”. Kreatywność odpowiedzi i sposobów radzenia sobie w tym problemem (całą dyskusję potraktowałem jako dobry żart, a nie faktyczny problem) poprawiły mi nastrój przed wyjściem na pocztę, gdzie uzmysłowiłem sobie, jaką barierą może być noszenie maseczki przez wszystkich w przestrzeni publicznej. Szczególnie dla osoby z niedosłuchem – takiej jak ja – która przez lata zaadaptowała swoją niepełnosprawność do tego stopnia, że w codziennej egzystencji nie potrzebuje aparatu słuchowego.

Wielokrotnie pisałem już o tym, jak niedosłuch w latach szkolnych i studenckich przyczynił się u mnie do poznania „magii pierwszych ławek” oraz sprawił, że wielu mogło „nausznie” przekonać się o tym, jak wiele prawdy jest w powiedzeniu, że czego „głuchy nie usłyszy, to sobie dopowie” (to z kolei, prowadziło do zabawnych sytuacji).

Ktoś zaraz może powiedzieć, jak ktoś taki może być dziennikarzem? A w czym to przeszkadza? – pytam. Większość konferencji i/lub rozmów, które przeprowadzam i tak nagrywam na dyktafon. Z drugiej strony, moje skupienie na osobie mówiącej powoduje, że bardzo często tuż po powrocie do redakcji siadam do – jak to się mówi w dziennikarskim żargonie, „spisywania dźwięków”. Z tą różnicą, że o ile inni w redakcji robią to z notatek i dyktafonów, ja często posiłkuję się tymi narzędziami najczęściej w celu przypomnienia sobie pewnych szczegółów i detali wypowiedzianych np. podczas konferencji prasowej. Resztę piszę „z głowy”.

Wróćmy na pocztę. Wysłanie listu pocztowym kurierem, a co za tym idzie, omówienie z panią w okienku, wszelkich szczegółów dostarczenia przesyłki, trochę trwało. Szczególnie że pani nie dość, że mówiła raczej cicho, to dzieliła nas jeszcze szyba, a do pełni problemu doszła jeszcze maseczka na twarzy. I o ile, w normalnej sytuacji, nawet z cicho mówiącą osobą się porozumiem, „widząc” co do mnie mówi, to już w chwili, gdy jej usta są schowane za kolorowym skrawkiem materiału, pojawia się problem. Stąd też musiało to komicznie wyglądać, kiedy raz ja, raz pani przykładaliśmy ucho do szyby – niczym do kratki konfesjonału, by zrozumieć, co do siebie mówimy.

Ostatecznie list został nadany, a ja, przyodziany w „ochraniacz” niczym dentysta przed borowaniem, ruszyłem w drogę powrotną do domu. I tak przypomniałem sobie, że pierwszą częścią ciała u kobiety, na którą zwracam uwagę, mijając ją na ulicy, jest jej twarz. Stąd w obecnej sytuacji pilnie apeluję, by jak najszybciej się tych masek pozbyć, bo nie chcę być „tym statystycznym”, co patrzy… na oczy.