I przyszedł ten dzień…

I przyszedł ten dzień…

Tak właśnie – przyszedł – choć czaił się za drzwiami już jakiś czas i coraz śmielej wciskał do środka. To dzień, w którym spodnie, które kupiłam dla siebie okazały się za małe, ale nie musiałam ich oddawać, bo pasowały na Julkę! Moment w relacji mamy i córki, kiedy okazuje się, że oto odtąd mogą się wymieniać ubraniami, to moment magiczny.

Przynajmniej dla mnie. Bo już od kilku lat ubrania, które kupuję Julce często są „ubraniami, które chętnie sama bym nałożyła”. Ale jak wiadomo powszechnie, zmniejszanie swojego rozmiaru to umiejętność trudna i zarezerwowana dla ludzi o silnej woli i mocnych nerwach – pozostawało więc czekać, aż Julci rozmiar się powiększy.

Tak też się stało. Ok, może trochę szybciej, bo spodnie wzięłam bez mierzenia, ufając metce, śmiało przyjęłam, że będą dobre, ale jak widać, z rozmiarami jest różnie… Ale fakt – nie były z działu dziecięcego, i fakt – na Julkę wcale mocno za duże nie są (może trochę w pasie ale jest całkiem dobrze). Ile teraz nastąpi zmian! Szafa Julci i moja zacznie się powoli integrować, aż do momentu kiedy rzędem w jednym miejscu na wieszakach będą wisiały nasze sukienki.

Fajnie mieć córkę

Tak sobie pomyślałam, że w tym temacie mam łatwiej niż rodzic przeciętnego dzisiejszego nastolatka. Bo w czymś łatwiej mieć muszę.
Ubrania kupuję Julce zgodnie ze swoją wolą (i zdrowym rozsądkiem, mam nadzieję), więc pewnie mniej lub bardziej świadomie odzwierciedlają mój gust, a co za tym idzie, spokojnie mogłabym takie nosić sama. Julka wydaje się zadowolona i (mam nadzieję) dobrze wygląda, nie buntuje się, że chce coś innego (zapewne byłoby to coś, co noszą dokładnie wszystkie inne koleżanki). Dlatego nie jestem szantażem emocjonalnym zmuszana do kupienia butów i spodni „musthave” obecnego sezonu. Pod tym względem jesteśmy więc w pełni kompatybilne.

Naszła mnie przy tej okazji taka refleksja, że kwestie wyglądu, tak ważne dla nastolatek, u naszych dzieci z niepełnosprawnościami gdzieś rozmywają się w gąszczu rehabilitacji, milionów problemów i bolączek codziennych, nie stanowiąc absolutnie żadnego powodu do zajmowania się nimi na co dzień. Bo przecież nie wypada pisać o tak beztroskich sprawach jak moda, podczas gdy zmagamy się z postępującą skoliozą, nasiliły się ataki padaczki i trzeba wydać 10.000 zł na nowy wózek i fotelik samochodowy.

Po prostu nie wypada w ogóle o niczym innym myśleć.  A to błąd. Bo kto jak nie my? W naszej i też tysiącach innych rodzin to rodzice – ok, przesadziłam – to mama – decyduje od początku do końca o tym jak wygląda jej dziecko. Ja więc decyduję jak wygląda Julka. I jeżeli założę jej porozciąganą bluzę i poplamione spodnie, to i tak będzie wesoła i szczęśliwa. Nie zauważy.  Ale zauważą inni. Żyjemy w czasach (niestety) w których to jak wyglądamy bardzo nas definiuje. Dlatego to ja jestem od tego, żeby dbać o to, jak jest postrzegana, bo chcemy czy nie, jest to bardzo ważne.
I nie chodzi o to, by nosić się w najdroższych markach, ale o to, żeby wyglądać schludnie, czysto i przy tym po prostu fajnie. Do tego trzeba tylko trochę chęci i wyobraźni. Ileż to razy np. podczas turnusów rehabilitacyjnych widziałam osoby z niepełnosprawnościami, ubierane w sposób dla mnie niezrozumiały. Dojrzałe dziewczyny na wózkach w rozciągniętych spodniach po pachy i bluzkach, w których była może jedna dziurka, ale z czasem zrobiło się więcej… jedna dziurka to była może tydzień temu..

„Oj bo przecież idzie na ćwiczenia, zaraz i tak się spoci, pobrudzi, to takie ubrania robocze codzienne…”.
Proponuję przejść się na siłownię i zobaczyć jak wyglądają „ubrania robocze codzienne” ćwiczących tam osób. Tak nie można.  Julka miała wtedy jakieś cztery latka i już wtedy postanowiłam sobie, że nigdy do tego nie dopuszczę. Staram się.

Podsumowując – bardzo fajnie, że powoli możemy z Julcią nosić te same rzeczy. I nie mam na myśli popularnych ostatnio kolekcji ubrań takich samych dla mamy i córki. Chodzi o dokładnie te same. Póki co będą to rzeczy na mnie lekko za małe, ale myślę, że jeszcze kilka miesięcy i już wymiana będzie przebiegała płynnie i bez przeszkód.

Mam nadzieję, że przekonałam Was, że trzeba czasem oderwać się od spraw poważnych z serii „save the world” i skupić na rzeczach z pozoru trywialnych.

Tak na poprawę nastroju.

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.