Fiordy, śnieżne drogi trolli i łąki na dachach – czyli Norwegia po raz drugi

Fiordy, śnieżne drogi trolli i łąki na dachach – czyli Norwegia po raz drugi

Nad oceanem – Alesund, romantyczny nawet w deszczu
Pada, a od czasu do czasu leje. Widok z tarasu małego hoteliku Airport Hotel w Alesund zmienia się co kilka minut: to po jednej, to po drugiej stronie wyłaniają się górzyste wyspy i skaliste wysepki. Ołowiana powierzchnia oceanu jest prawie gładka a nad nią rozlegają się krzyki mew znikających we mgle.
Szkoda nam jednak każdego dnia, więc wybieramy się na wycieczkę samochodową po szeregu wysp składających się na Alesund, połączonych mostami i tunelami wykutymi pod dnem łączących je przesmyków. Docieramy do miejsca najdalej wysuniętego na zachód,  obmywanego przez fale Atlantyku. Przed nami ocean, kończący się na wybrzeżach Ameryki. Jest odpływ, w szaroczarnym piasku wylegują się większe i mniejsze głazy pokryte jak sierścią rudymi wodorostami. Idąc w stronę fal zapadam się w rozpływającym się pod nogami szaroczarnym piasku, z trudem wyłażę na twarde podłoże. Woda  zimna, ale widok piękny: za grzywami fal grupa wysepek wygląda jak stado wielorybów, za wąską plażą stromo opada stok góry, a za plecami latarnia morska i zabudowania rybackiej wioski.
Resztę dnia poświęcamy miasteczku Alesund. Nie przypomina typowego norweskiego miasta – zamiast charakterystycznej drewnianej zabudowy murowane kamienice w stylu secesji. Okazuje się, że na początku XIX w. spłonęło całkowicie, po czym zrozpaczonym mieszkańcom ruszyły na pomoc inne kraje. Miasto zostało odbudowane przez znanego architekta właśnie w modnym wówczas secesyjnym stylu, co nadało mu unikalny, romantyczny charakter. Wydarzenia związane z pożarem i odbudową do dziś żyją w świadomości mieszkańców, poświęcono im wiele dzieł sztuki i albumów. Oczywiście życie miasta koncentruje się nad wodą. W głąb miasta wchodzi kilka zatok będących wylotem fiordu, każda z nich otoczona jest pierzeją domów, na nabrzeżach ciekawe rzeźby, na wodach łodzie wszelkiego rodzaju i wielkości. Mimo siąpiącego deszczu ulice są pełne ludzi, widać, że wśród nich jest wielu turystów. Ruch panuje też w porcie.

Z Trondheim przez pustkowia strzeżone przez trolle
Wieczorem przeglądamy zdjęcia z poprzednich dni. Imponująca katedra w Trondheim – pierwszej stolicy Norwegii: angielski gotyk, bogactwo rzeźb, bajecznie barwne rozety i witraże nad okalającymi główną nawę krużgankami. Drewniane domy w klasycznym  skandynawskim stylu w dzielnicy portowej, port i mariny – wszystko tętniące życiem. Był weekend, do miasta zjechało sporo młodzieży na koncert jakiegoś znanego zespołu, który odbywał się na głównym placu miasta i skończył się po północy. Na szczęście była to muzyka, której dało się słuchać – a było ją słychać w całym mieście.

Pomiędzy Trondheim i Alesund – największa atrakcja obecnej podróży, wyczekiwana z wielką ciekawością: Droga Trolli. Pogoda była piękna, więc można było poznać wszystkie jej uroki. Trzeba przyznać, że się nie zawiedliśmy, opisy w przewodnikach nie przesadzały. Droga wiedzie w szczytowe partie gór, a na pewnym odcinku prowadzi serpentynami po prawie pionowej ścianie. Jacek i Tadzik zmieniali się co kilkaset metrów, bo każdy chciał doświadczyć tych wrażeń no i pokazać swoje umiejętności. Niezła dawka adrenaliny. Nawet samochód chyba nie pozostał całkiem obojętny. Nie trzeba dodawać, że widoki także królewskie, łącznie ze wspaniałym wodospadem.
A wszędzie wokół fiordy, widziane z góry, z brzegu i z wylotu tuneli, otoczone mniej lub bardziej stromymi stokami wysokich gór, na dalszym planie z białymi płatami wiecznych śniegów.

I jeszcze kilkadziesiąt fotografii z pierwszego dnia w Norwegii, w drodze do Tronheim, z bardzo egzotycznego miejsca. Na dość dużej wysokości rozległe doliny pomiędzy stożkami  skalistych szczytów, pokryte roślinnością przypominającą tundrę, z małymi oczkami wodnymi i głazowiskami, porośnięte porostami, wśród których dominuje chrobotek reniferowy, nadający całej tej dziwnej krainie jasnokremowy kolor. Na jednej z równin ośrodek misyjny i kolonia domków z dachami krytymi darnią, wśród których pasą się owce.

Przez fiordy i tunele
Następne dni to kolejne fascynacje. Norwegia to przede wszystkim przyroda. Tylko około 5% powierzchni kraju jest zagospodarowana – reszta to dzikie góry i woda. Wiele dróg jest zamykanych na zimę – obecnie jest ich coraz mniej dzięki dziesiątkom kilometrów tuneli. Tunele wgłębiają się w urwiska nad fiordami oraz w dzielące je masywy górskie. Jechaliśmy też jedenastokilometrowym tunelem pod  jednym z największych europejskich lodowców. Niektóre nowe szosy co chwilę znikają w tunelu – kilkudziesięciometrowym, kilkuset metrowym, kilkukilometrowym. Nierzadko zdarzają się dziesięciokilometrowe. Ten najdłuższy, dwudziestopięciokilometrowy, co jedną czwartą długości rozszerza się w pięknie oświetloną ogromną salę – może dla obudzenia kierowców.

Chcąc więcej zobaczyć, tam, gdzie to było możliwe wybieraliśmy trasy starych dróg, wąziutkich, wcinających się wyrąbanymi w skałach  serpentynami w strome stoki i dalej prowadzące przez najwyższe partie gór. Jest lato, więc są dostępne. Jedna z takich zachowanych starych dróg nosi nazwę „Śnieżnej drogi”. Nazwa wywodzi się stąd, że większa część trasy prowadzi wśród wiecznych śniegów. Góry skandynawskie mają strome zbocza a szczyty spłaszczone przez stopniałe już lodowce. Jest to niesamowite pustkowie: powierzchnia zasłana rumowiskiem skalnym z wgłębieniami wypełnionymi wodą. Jedzie się całe godziny wśród wierzchołków gór, pokruszonych skał i mnóstwem jezior i jeziorek. Gdzieniegdzie bieleją płaty wiecznego śniegu. Poza drogą żadnych ludzkich śladów – aż nagle zaskoczenie: wysoko pod niebem mały parking a na nim toaleta z umywalką z ciepłą wodą, podgrzewaną baterią słoneczną!
Parkingi przy drogach zasługują na osobną wzmiankę. Są usytuowane z reguły w atrakcyjnych krajobrazowo miejscach,  starannie utrzymane, wyposażone w toalety z umywalkami, drewniane stoły i ławki. W miejscach, gdzie znajduje się coś interesującego umieszczono także tablice informacyjne.

Częścią dróg są też przeprawy promowe przez fiordy. Staraliśmy się wybierać te w najpiękniejszych miejscach, gdzie fiordy wcinają się w najwyższe i najbardziej strome stoki górskie, z których spływają kaskady spienionych strumieni, mających źródła w niewidocznych z dołu, polodowcowych, górskich kotłach.

Mówiąc o drogach trudno nie wspomnieć o gdzie indziej rzadko spotykanych ich użytkownikach – mianowicie o owcach, kozach i krowach. Zwierzęta te chodzą sobie swobodnie po górskich pastwiskach i nic sobie nie robią z samochodów. Na bocznych drogach trzeba było czekać, aż jakaś grupka zwierzaków przejdzie na drugą stronę szosy, albo pójdzie sobie tą szosą kawałek dalej. Szczególnie swobodnie zachowują się kozy – nie tylko spokojnie i z godnością  przechadzają się po drodze, ale potrafią się na środku położyć i bezczelnie patrzeć w oczy kierowcom.

Niedosiężny błękit lodowca
Lodowiec to coś, co najbardziej chciałam zobaczyć poza zorzą polarną i wielorybami. Zorzę polarną widać tylko w zimie – wymagałaby więc osobnej wyprawy. Lodowce są zawsze, w dodatku, pomimo ocieplenia klimatu, te skandynawskie wcale nie topnieją, ale jak twierdzą uczeni, nawet ostatnio rosną, dzięki obfitym opadom śniegu.
Chodzić po lodowcu nie było nam dane – trzeba mieć przewodnika i wypożyczyć odpowiedni sprzęt: raki, liny itp. Nie mieliśmy na to ani czasu, ani kasy. Pozostawało podejście jak najbliżej pod spełzające w dół jęzory.

Znaleźliśmy dwa takie miejsca w obszarze lodowca Folgefonn: w Bøyumseter i Buer.
W pierwszym miejscu można podejść do podnóża stoku, po którym zsuwa się lód, nad brzeg jeziorka utworzonego przez spływający spod lodowca strumień. Przed oczyma ma się gładkie pionowe skały, na 1/3 wysokości stoku lodowy jęzor i brzeg czaszy. Zaskoczył nas kolor lodu: na brzegu i w szczelinach intensywnie i czysto niebieski.
Drugie miejsce było niedaleko górskiego hotelu w Røldal, w którym przez dwa dni nocowaliśmy. Dotarcie pod lodowiec wymagało już całej wyprawy. Samochodem dało się wjechać dość głęboko w dolinę, a dalej prowadził szlak pieszy, prawie pod samą krawędź lodu. Szlak prowadzi wzdłuż strumienia, a właściwie obfitej wodnej kaskady płynącej spod lodowca. Ponad ostatnimi drzewami na skałach pojawiły się liny, dalej łańcuchy i drabiny. Przypomnieliśmy sobie górskie wędrówki z młodych lat. Dużo nam do końca nie brakowało – jednak w nieodpowiednich butach i nie przygotowani kondycyjnie, po kilku wejściach po linach musieliśmy się zatrzymać. Ale i tak jesteśmy z siebie dumni: jak na nasze chore serca i stawy doszliśmy wysoko. Lodowiec wydawał się na wyciągnięcie dłoni. Za to nasz syn Tadzik dotarł do końca i przyniósł nam piękne zdjęcia.

Powiew średniowiecza – kościółki stav, relikty Hanzy i inne ciekawostki
Najciekawszym zabytkiem w Norwegii są unikalne, średniowieczne stavkirkes – kościoły, a właściwie drewniane kościółki o niezwykłej konstrukcji ciesielskiej. Kościółek stav ma kilka poziomów dachów, zakończonych wieżyczką, wewnątrz główną nawę opartą na kolumnach. Większe otoczone są krużgankiem przypominającym tzw. soboty w naszych kościołach góralskich.
Wewnątrz kościoły są bogato zdobione i malowane, w malowidłach można spotkać starożytne motywy z wierzeń przedchrześcijańskich.
Oglądaliśmy kilka takich kościółków, w tym najmniejszy, z XII wieku w Uldredal oraz dwa duże i bogate w detale architektoniczne i zdobienia, w Borgund i Vik.

Domy mieszkalne i budynki gospodarcze na wiejskich farmach tradycyjnie miały dachy kryte darnią. Wiele takich zabudowań zachowało się do dziś, co więcej darniowy dach stał się modny i naturalną, ukwieconą łąkę można dziś zobaczyć także na dachach nowych domków i domów, szczególnie w nowoczesnych ośrodkach wypoczynkowych.
Gdy zespół takich domków zbudowanych z drewna usytuowany jest na zboczu góry, wygląda z dołu jak osiedle ziemianek, których jedna ściana wystaje z gruntu. Natomiast z góry prawie ich nie widać. Dzięki temu zabudowa w dużo mniejszym stopniu zniekształca naturalny krajobraz.

Bardzo interesujące jest stare miasto w Bergen – drugim co do wielkości mieście Norwegii i jej dawnej stolicy. Zachowała się tam część dzielnicy średniowiecznej, z drewnianymi domami i ulicami wyłożonymi deskami. Bergen to miasto hanzeatyckie, kupieckie – większość domów posiadała magazyny na towary i małe żurawie do ich wyładunku. Polecam szczególnie muzeum hanzeatyckie, które jest zachowanym w pierwotnym stanie domem kupieckim, z kantorkiem i izbami mieszkalnymi. Największe wrażenie robią sypialnie z łóżkami ukrytymi w szafach. Drewniane ściany i podłogi, a nawet okna, czas nieco powykrzywiał. Stoją na nich autentyczne meble, przybory do mycia i innych życiowych czynności. Ma się wrażenie, że jest się przeniesionym w czas średniowiecza. Jedną z izb poświęcono Hanzie – jest tam mapa z miastami będącymi jej członkami oraz pieczęcie tych miast. Wśród nich można znaleźć Elbing i jego pieczęć z 1242 r.

Ciekawostką techniczną jest górska linia kolejowa Flåmsbanen, prowadząca z Flåm do Myrdal. Linia ta została wybudowana w latach 1910-1930 i liczy 20 km, przechodząc po drodze przez 20 tuneli mających razem długość 6 km. Kolej pokonuje ponad 860 m różnicy  wysokości. Było to jedno z największych osiągnięć inżynierskich tamtych lat. Prawie 80% torów ma nachylenie ponad 50%. Pociąg wspina się mozolnie w górę, pokonując swoją trasę w ciągu około godziny. Niegdyś było to jedyne połączenie tych miejscowości, dziś tutejsi mieszkańcy wolą korzystać z wygodniejszych dróg, za to dla turystów jest to niemała i bardzo popularna atrakcja.
My jednak nie pojechaliśmy koleją, tylko postanowiliśmy przypatrzeć się jej z zewnątrz. Można to było zrobić częściowo jadąc samochodem doliną wzdłuż trasy kolei, a ostatni, najwyższy odcinek pokonując pieszo. Droga piesza przechodziła również przez dwustumetrowy tunel, następnie wiodła dnem doliny z pięknymi widokami na okoliczne szczyty oraz tory wyłaniające się z tuneli w różnych miejscach na zboczach gór, na których od czasu do czasu pomykały zielone wagony z dwiema lokomotywami. Ostatni odcinek wznosił się stromą serpentyną po zboczu zamykającym dolinę, przeciętym przez obfity wodospad. Była to jedna z dwóch naszych pieszych górskich wycieczek, które dały okazję do delektowania się pysznymi, górskimi krajobrazami. Miało tu miejsce także bliskie spotkanie ze stadem sympatycznych kóz.

Pożegnanie z krainą fiordów
Opuszczaliśmy Norwegię jadąc na południe – przez Szwecję do Danii i dalej przez Niemcy do Polski. Stwierdziliśmy, że nic nie równa się z urodą kraju gór i fiordów. Po drodze do Elbląga był wiodący z Malmö  do Kopenhagi długi most i podmorski tunel, postoje w Kopenhadze i Lubece. W Kopenhadze byliśmy w niedzielę, wobec tego wcześniej poszukaliśmy w internecie informacji o katolickich kościołach w Danii. Okazało się , że w stolicy Danii działa polska misja katolicka przy kościele Św. Anny. Gdy wysiedliśmy z samochodu przy kopenhaskim dworcu, pierwszą osobą, którą spotkaliśmy był Polak – wytłumaczył nam, jak tam trafić.
Zdążyliśmy na czas. a kościół zastaliśmy wypełniony szczelnie, w większości młodymi rodzinami z dziećmi – dawno już nie widziałam takiego tłoku na zwykłej niedzielnej Mszy. Dowiedzieliśmy się, że poza udziałem we Mszy św. jest to też dla tutejszej Polonii okazja do towarzyskiego spotkania, w czym pomaga tutejszy proboszcz, zapraszając wiernych na plebanię na poczęstunek.

Kopenhaga i Lubeka, podobnie jak miasta norweskie żyją przede wszystkim nad wodą – w portach, marinach, na nadwodnych bulwarach i targowiskach, otoczonych charakterystyczną zabudową. Tak musiał funkcjonować i wyglądać dawny Elbląg, co widać na starych widokówkach.  Wydaje się oczywiste, że dopiero powrót nad rzekę przywróci naszemu miastu życie. Dzięki odbudowie starego miasta to się powoli dzieje – co prawda bardziej „powoli” – niż „dzieje”, może jednak doczekam chwili, gdy nad rzeką Elbląg zaroi się od ludzi i łodzi.
  Teresa Bocheńska Wersja archiwalna wpisu dostępna pod adresem: http://razemztoba.pl/beta/index.php?NS=srodek_new_&nrartyk= 7316

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.