Elbląg: „Wiatr w żaglach” nie cichnie, pcha na coraz głębsze wody

Elbląg: „Wiatr w żaglach” nie cichnie, pcha na coraz głębsze wody

Stowarzyszenie Inicjatyw Rodzinnych zostało laureatem tegorocznej edycji konkursu Na najlepszą inicjatywę organizacji pozarządowej im. Doktor Aleksandry Gabrysiak – za projekt „Wiatr w żagle”. Stowarzyszenie istniejące od 8 lat ma już niemały dorobek i ambitne plany na przyszłość. O stowarzyszeniu, jego działalności i planach rozmawiamy z Beatą Wachniewską– Mazurek.

Stowarzyszenie Inicjatyw Rodzinnych (SIR) jest stosunkowo młodą organizacją, powstało w 2010 roku, z inicjatywy rodziców, rodziców zastępczych i tych, jak czytamy na stronie internetowej SIRu, „dla których życie rodzinne jest ważnym elementem codzienności”, w dużej części już wcześniej związanych z III sektorem. Jakie były początki waszej działalności?

Początki były takie, że większość z nas już pracuje lub działa społecznie w organizacjach pozarządowych. Postanowiliśmy stworzyć organizację wspierającą rodziny, ale założoną przez rodziny. W naszej organizacji są nasi mężowie, jesteśmy małżeństwami, jesteśmy razem z dziećmi – dzieci czują się członkami stowarzyszenia. Czasem się dopytują, jak np. moje: mamo, a ja też jestem członkiem SIRa? – Tak, oczywiście – zapewniam. Więc to jest tak, że one razem z nami jeżdżą. Na akcję „Elbląg czyta dzieciom” jeździliśmy, angażowaliśmy się całymi rodzinami, bo trudno angażować się w pojedynkę. A to nas też integruje, nie mówiąc o tym, ze trudno było wyjechać popołudniu samemu, w taki wolny czas, po pracy. Razem z rodziną dawaliśmy z siebie coś dla innych i byliśmy też przy tym razem. Twierdzę, że najlepszą metodą wychowawczą jest przykład, więc jak nie zaciągniemy dzieciaków do tego wolontariatu, do tych społecznych działań, nie zobaczą, że można zrobić coś fajnego i mieć z tego jeszcze radość, to najlepsze wykłady i warsztaty tego nie zdziałają. Taka jest idea, że robimy rodzinami coś dla rodzin i zdecydowana większość członków założycieli to są osoby, które weszły całymi rodzinami. Są też nasi dziadkowie, są moi rodzice, oni nas też wspierają – a to pomogą dzieci przypilnować, a to dokumenty gdzieś zawiozą – w różnych formach każdy się angażuje, jak mu życie zawodowe i zdrowie pozwalają. Taka był idea i początek. Pierwsza inspiracja była taka, żeby powołać okno życia w Elblągu. To był główny priorytet pierwszych lat działalności stowarzyszenia i ta sprawa się dosyć długo ciągnęła. Trzeba było wyjaśnić różne wątpliwości, rozeznać kto by to mógł prowadzić, jakie są możliwości, pozyskać taką gotowość do przyjęcia tej inicjatywy. Na szczęście to się udało. Bardzo pomógł nam ks. Arkadiusz Burant oraz ks. dr Andrzej Kilanowski (parafia św. Jerzego w Elblągu). Tak, jak w większości miast, okno życia powstało przy kościele. Jesteśmy tylko inspiratorem, bo realizatorem był kuria diecezjalna i ks. biskup Jacek Jezierski razem z parafią św. Jerzego i siostrami klaryskami, które się zgodziły to okno mieć i pełnić przy nim dyżur 24 godziny na dobę – więc to oni realizowali, ale my też czujemy w jakimś stopniu satysfakcję, bo zainspirowaliśmy, rozpoczęliśmy ten proces, żeby to się zadziało w Elblągu. Ale najważniejsze jest to, że to okno jest. To jest nasza pierwsza perełka.

A inne ciekawe akcje, wydarzenia?

Taką bardzo popularną była akcja „Elbląg czyta dzieciom” . To jest akcja autorstwa Ani Łebek–Obryckiej, ona ją wymyśliła, była jej „lokomotywą” i ją realizowała. Z czasem coraz więcej członków stowarzyszenia w tę akcję się włączało. W tej chwili tego nie kontynuujemy. Rozwinęła się bardzo w Elblągu działalność bibliotek miejskich. Jest dużo fajnych działań jeśli chodzi o czytelnictwo dzieci, tak, że myślę, że formuła nasza się wyczerpała i ja chętnie bym wspierała biblioteki. Jak tylko będziemy mogli jakkolwiek pomóc, to pomożemy, bo nie chodzi o to, żebyśmy my wszystkie problemy rozwiązywali, ale żeby te działania się działy. Chodzi o to, żeby cały system działał i wzajemnie się wspierał, uzupełniał. Biblioteki mają więcej miejsca i zasobów, tam pracują panie nauczycielki, po pedagogice, świetnie sobie radzą – trzymam kciuki, kibicuję i nie widzę konieczności, żeby naszą akcję kontynuować. Problemów i potrzeb jest dużo. Ale akcja „Elbląg czyta dzieciom” cieszyła się dużą popularnością, fajnie była realizowania.

Wiem, że organizowaliście też spotkania rodzin w więzieniu.

Tak. Kilka lat trwała taka współpraca w ramach programu resocjalizacyjnego „Być ojcem” . Ta współpraca polegała na tym, że dwa razy w miesiącu najpierw sami osadzeni w areszcie śledczym mieli warsztaty z naszymi specjalistami. Warsztaty dotyczyły szerokiej tematyki roli ojca – że ojciec jest w życiu rodziny też ważny, że to nie jest tak, że on znika i tylko zarabia pieniądze, a jak go nie ma , to się nic nie dzieje. Dotyczyły wiec wpływu ojca na wychowanie i rozwój dziecka, ale też rozwoju dziecka – jak się rozwija, jakie ma potrzeby, dlaczego tak reaguje… Były też warsztaty o dopalaczach, o używkach, o uzależnieniu od telefonu, o komunikacji interpersonalnej. Szereg takich warsztatów, które podnosiły umiejętności opiekuńczo–wychowawcze, uświadamiały tych tatusiów co do ich roli i znaczenia – żeby poczuli się ważni, ale żeby poczuli też odpowiedzialność za to, że są ojcami. Oni jednak dają przykład dzieciakom i jeżeli oczekują, że życie ich dziecka się jakoś inaczej potoczy, to też muszą nad tym trochę popracować. Oprócz tych warsztatów były spotkania rodzinne. Spotkania rodzinne rozpoczynały się Mszą św. dla osób chętnych, które chciały w niej uczestniczyć, pozostałe rodziny czekały. Spotkanie było organizowane w takiej sali jak świetlica, która była przyozdabiana przez samych osadzonych. Były balony, serpentyny, wszystko, co mogło tam wisieć. W ogóle nie przypominało to sali widzeń, nie było stołów i krzeseł, rezygnowaliśmy dosyć często z tego, były materace, pufki różne do siedzenia na ziemi. Robiliśmy tam też akcję „Elbląg czyta dzieciom”. Osadzeni przygotowywali się i to oni czytali swoim dzieciom. I np. na Dzień Ojca książkę pt. „Jak tata pokazał im Wszechświat”. Do dzisiaj doskonale pamiętam to czytanie na dwa głosy – syna z tatą, bo ta książka jest taka, na dwa głosy syna z tatą. Organizowanie przestrzeni do wspólnego spędzania czasu pomagało im na tworzenie dobrych relacji, dzieciom zmniejszało trochę „traumę” z powodu wchodzenia i wychodzenia z więzienia. Przechodziły przez te wszystkie procedury, po czym nagle znajdowały się w sali, która nie wymagała takiego „reżimu” i wszystko było w fajnej atmosferze. Wspomnienia z pobytu z tatą są z tej sali kolorowej, przyozdobionej – mam nadzieję, że gdzieś zniknęły z tych wspomnień kraty. To jest coś, co chcielibyśmy kontynuować. Zostało to przerwane z różnych przyczyn: formalnych, prawnych, resocjalizacji, zmian w areszcie, ale też, niestety, jeśli chodzi o źródła finansowania, bo to nie jest takie łatwe, ten dostęp do finansowania takich właśnie działań. Programy kierowane przez ministerstwo sprawiedliwości mają zupełnie inne cele. My możemy społecznie coś zrobić, ale trzeba kupić materiały na zajęcia, przygotować warsztaty, zatrudnić specjalistów. Oni mogą i często robią parę warsztatów za darmo, jednak trudno mówić wtedy o systematycznym i programowym działaniu, które ma najlepszą skuteczność (wolontariat jest dobrowolny i nie można oczekiwać długoterminowych deklaracji bycia wolontariuszem z tak dużym zaangażowaniem czasowym). Chcąc współpracować ze specjalistami, profesjonalistami (bo chcemy to robić na poziomie dobrym jakościowo), trzeba mieć na to pieniądze – z pustego i Salomon nie naleje. Zgłaszaliśmy tę inicjatywę do konkursu Aleksandry Gabrysiak, i dostaliśmy wówczas wyróżnienie. To wyróżnienie było bardzo ważne, pierwsze w naszej historii.

Tym razem, za projekt „Wiatr w żagle”, dostaliście główną nagrodę.

Tak. Ale tu też jest matka chrzestna tego pomysłu – bo matką chrzestną procesu wsparcia dzieciaków w rozwoju edukacji poprzez zajęcia żeglarskie jest pani Hania Szuszkiewicz, dyrektor szkoły sportowej nr 3, jeszcze wtedy dyrektor SP nr 4 . Nawiązaliśmy współpracę ze szkołą i postanowiliśmy wesprzeć jej pomysł realizowany w szkole, skoro w mniejszej skali sprawdził się i jest fajny, skuteczny. Pomyśleliśmy, że trzeba to trochę rozszerzyć, usystematyzować, żeby to nie było działanie tylko jednorazowe. I tak postanowiliśmy napisać jeden projekt, później drugi projekt, teraz powołaliśmy Klub Sportowy Hart i zapraszamy wszystkie dzieci z Elbląga i okolic na nauki żeglowania razem z nami (właśnie trwają zapisy) ponieważ widzimy, jak wiele dają dzieciom te zajęcia, jak bardzo wspierają je w rozwoju. Planujemy nie tylko zajęcia żeglarskie, ale też sportową rywalizację, czyli wyjazdy na regaty no i obowiązkowo wypoczynek dzieci czyli obozy sportowe. Projekty więc się toczą, już drugi się w tej chwili kończy. W projekcie „Wiatr w żagle” nie są to tylko zajęcia żeglarskie. Dołożyliśmy do nich wsparcie psychologiczno–pedagogiczne – dzieciaki mają warsztaty z radzenia sobie z emocjami, dla rodziców są warsztaty dla rodziców – umiejętności opiekuńczo–wychowawcze, radzenie sobie z presją rówieśniczą, z buntem i w różnych okresach, przez które przechodzą dzieci . Dzieci oprócz tego mają jeszcze inne wsparcie. W tym roku uruchomiliśmy wolontariat w szkole. Wolontariat polega na tym, że powstaje koło, które starsze dzieci angażuje do pomocy młodszym w nauce. To jest odpowiedź na wniosek z ewaluacji pierwszego projektu, ponieważ my robimy sobie taką ocenę i podsumowania. Z podsumowania pierwszej edycji wynikło, że dzieciaki w wyniku tych żagli nie tylko osiągnęły cele, które zakładaliśmy, że to wszystko jest piękne i fajne, daje to im dużą satysfakcję, ale powstała też większa motywacja do tego, żeby podjąć inne wzywania przez dzieci, takie jak poprawa stopni. Poprawa – bo dzieci uwierzyły w siebie, tak po prostu. Trzeba to było wszystko wykorzystać i dołożyć do tych działań pomoc w nauce, bo nie zawsze dzieci mają takie możliwości i warunki w domu, nie zawsze rodzice mają takie umiejętności. Np nauka jęz. angielskiego: nie zawsze jest rodzic, który pomoże w języku angielskim, często rodzice pracują po południu i dzieci nie mogą mieć od nich potrzebnego wsparcia. Wtedy my chcemy wspierać te rodziny i te dzieciaki, chcemy też, żeby nabrały tej wiary w siebie. Wsparliśmy nie tylko dzieciaki, które były na żaglach, ale wszystkie , które potrzebują po południu opieki i pomocy w nauce. Zgłosiły się więc dzieci ze starszych klas, które pomagają maluchom. I to jest fajne, bo one pracują w takiej relacji jeden na jeden. Są na wspólnej sali, pod opieką pedagoga, który ma wszystko na oku, zgodnie z wymogami i przepisami, ale odrabiają lekcje tak, jakby w domu usiedli przy biurku ze starszym bratem albo ze starszą siostrą. To teraz ruszyło i mam nadzieję, że się sprawdzi. Oczywiście mamy też tam drobne poczęstunki, żeby w brzuchach nie burczało, bo jak to jest po godz.16.00, a dzieci po całym dniu w szkole nadal są w szkolnej w świetlicy, bo rodzice jeszcze pracują, – takie jest często życie – to trzeba te brzuchy czymś zapełnić – nie słodkim, ale jakimś owocem, jakąś kanapką, żeby potem mogły się skupić na nauce. Tak to wygląda. Tworzy się wiec taka mała wspólnota w szkole pomiędzy dziećmi i – jak zauważyła pani dyrektor Katarzyna Wyżlic– dzieciaki nawiązują relacje pomiędzy sobą ( interesują się, zauważają siebie nawzajem na korytarzu). Myślę, że tak właśnie buduje się społeczeństwo, przez tworzenie małych lokalnych społeczności, które czują się wspólnotą wzajemnej odpowiedzialnych za siebie, którzy zauważają siebie i pomagają sobie … wówczas reszta już sama się dzieje. Tutaj ogromne podziękowania należą się pani Beacie Sawickiej, która działania projektu organizuje, uruchomiła koło wolontariatu w zakresie pomocy w nauce i jest z dziećmi na każdych zajęciach.

W ramach samorządowej kampanii wyborczej słychać glosy, żeby zapewnić wszystkim dzieciom w szkole ciepły posiłek.

Jestem bardzo za tym dlatego, że znamy ten problem od środka. Rodziny, które są gdzieś na granicy kryterium dochodowego – tak zwani „biedni pracujący” , dwa razy się zastanowią, czy kupić dziecku obiad, czy zaspokoić inne potrzeby, zwłaszcza, gdy nie zawsze ten obiad dziecku smakuje. Rozumiem ich decyzje, bo każdy grosz zagospodarowuje się jak najoszczędniej, ale z drugiej strony to tworzy takie zjawisko, że np. do stołówki idzie 20 dzieci, a czwórka siedzi z boku i patrzy lub pozostaje gdzieś dalej (np. na świetlicy) . I to jest takie niehumanitarne, one są wyłączone z grupy. Rodzice nie zawsze się zgłaszają po takie wsparcie, niektórzy się wstydzą, a szkoła nie może systemowo ich objąć bez formalnych wniosków, zgłoszeń. Moim marzeniem jako mamy jest to, żeby dzieciaki w szkołach razem z nauczycielami chodziły na przerwy obiadowe nie wtedy, kiedy jest 5 klas jednocześnie w stołówce, jest głośno, je się szybko, byle jak i się zaraz ucieka, ale niechby każda klasa miała na posiłek jakieś 20 minut i każdego dnia zjadła ten obiad z innym nauczycielem. Usiądą razem przy stole i parę minut porozmawiają. Jest cisza, nie ma 50 klas naraz, tylko wszystkie po kolei, między lekcjami albo na lekcji mają możliwość spokojnego zjedzenia takiego posiłku. To łączy, to integruje, to jest wspólny stół, coś, co uczy kultury jedzenia, bycia przy stole, ale też relacji w grupie, relacji dzieci z nauczycielami. Ten pośpiech, ten harmider, ten hałas, nie tworzy atmosfery. Ale rozumiem, że mógłby być problem logistyczny z rozmieszczeniem, gdy jest mało pomieszczeń, dużo lekcji i dużo klas. Może jednak gdzieś by się dało takie rozwiązanie zastosować. Zerówki tak mają: wychodzą na obiad nie w czasie przerwy, tylko w czasie swoich lekcji i spokojnie jedzą. Natomiast w starszych klasach, kto chodzi to zbiegnie na obiad, kto nie, to zostaje, więc ci co chodzą jedzą szybko, żeby do tamtych dolecieć i dołączyć do grupy, a w stołówce jest bardzo duży pośpiech i chaos. Myślę, że za szybko się ten świat kręci i trzeba by było trochę zwolnić.

A jakie macie plany na najbliższą przyszłość?

Planów jest dużo. Jesteśmy w trakcie najważniejszej rzeczy, jaka się może teraz dziać, czyli planowania strategicznego. Jest już po pierwszym spotkaniu wyjazdowym, czeka nas następne. Całymi rodzinami, z dzieciakami pod pachą razem wyjeżdżamy i planujemy strategicznie, co będziemy robić, co działa, co nie działa, w którym kierunku się rozwijamy, w co się kto chce zaangażować – bo trzeba też jakiś podział zrobić tego wszystkiego. Podjęliśmy współpracę z gminą Milejewo, żeby ożywić budynek po szkole w Pomorskiej Wsi. Funkcjonuje tam świetlica i oddział przedszkolny. Chcielibyśmy, żeby przede wszystkim powstało tam centrum aktywności lokalnej z działaniami i dla osób starszych, i coś jakby świetlica dla dzieciaków, żeby mieszkańcy mieli gdzie się spotykać, mieli wspólne warsztaty, fajne zajęcia, a dzieciaki po zakończeniu zajęć przedszkolnych – to teraz tylko 5 godzin –dalsze zajęcia plastyczne, muzyczne, sportowe czy też edukacyjne. Mogłyby dołączyć też inne dzieci z okolicy, spoza oddziału. Mamy te plany rozpisane. Naszym celem i marzeniem jest –gdyby się udało we współpracy z samorządem powiatowym– powołać placówkę specjalistyczną, terapeutyczną, całodobową dla dzieci niepełnosprawnych. Mówimy tu o takim wsparciu, które tu w Elblągu jest też bardzo potrzebne. Pomorska Wieś nie jest tak daleko, żeby nie można było zapewnić kontaktów z rodziną dzieciakom niepełnosprawnym z Elbląga, umieszczonym w domu dziecka.

Staraliście się o jakieś lokum w mieście na ten cel, ale bezskutecznie.

Dowiedzieliśmy się, że Pomorska Wieś ma takie zasoby – niewykorzystany budynek i że gmina jest otwarta na to, żeby go użyczyć na działania na rzecz społeczności – stąd takie mamy plany. Na pewno będziemy wspierać dzieciaki i będziemy się starać, żeby powstała taka placówka. Czy się uda – zobaczymy. To jest bardzo ciężki proces i bardzo też trudny moment rozwoju organizacji , bo żeby to wszystko się zadziało, musimy zainwestować własne środki. Chcemy aplikować do funduszy unijnych, ale najpierw musimy wyłożyć trochę swoich środków na dokumentację techniczną, bo to jest konieczne do wniosku. Później będziemy musieli zapewnić wkład własny. Jesteśmy na takim etapie rozwoju, że dopiero od lipca zatrudniliśmy pierwszą osobę na etat – to jest pierwszy nasz pracownik po 8 latach. Dotąd zawsze pracowaliśmy społecznie, zatrudnialiśmy ewentualnie specjalistów w projektach. Już przyszedł taki etap, tych działań jest tyle, że musimy mieć formalnie osobę, która obsługuje administracyjnie organizację przy projektach, które realizujemy, planujemy, piszemy, składamy – dużo teraz tego się dzieje. No i trzeba teraz jeszcze wkładać środki finansowe własne, więc trochę nie śpimy po nocach, kombinujemy, układamy strategię, jak zapewnić te środki. Wierzę, że się wszystko jakoś poukłada, mamy dużo mądrych ludzi– zespół jest fantastyczny w SIRze. To są ludzie z różnych światów: ze szkoły, z organizacji, znają też specyfikę osób niepełnosprawnych, więc mamy taki potencjał myślenia o tym wszystkim z różnych punktów widzenia. No i najważniejsze: wszystkim się chce działać dla innych rodzin i dzieciaków.

Dziękuję za rozmowę. Wiem z doświadczenia, że jak się bardzo chce, to się zrobi – więc może na następne spotkanie umówimy się już w pięknej placówce w Pomorskiej Wsi. Życzę wytrwałości, wsparcia wielu przyjaciół i obfitego źródełka pieniędzy.

  Teresa Bocheńska Wersja archiwalna wpisu dostępna pod adresem: http://razemztoba.pl/beta/index.php?NS=srodek_new_&nrartyk= 19084 

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.