Drogi, które przywiodły mnie do Senatu

Drogi, które przywiodły mnie do Senatu

Jan Filip Libicki – polityk, historyk, poseł na Sejm V i VI kadencji, senator VIII kadencji. Porusza się na wózku inwalidzkim i walczy z barierami. Dziś opowie o drogach, które przywiodły go do polityki.

Portret senatora Jana Filipa Libickiego

Urodził się w Poznaniu. Tam też w 1996 roku ukończył studia na Wydziale Historycznym Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. W latach 1994–2002 był właścicielem Biura Tłumaczeń ”Jan Filip Libicki”. Od 1997 do 2005 pracował jako asystent przewodniczącego rady nadzorczej ”EDICA” S.A. W latach 1999–2002 był doradcą prezesa Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. W okresie 2000–2005 był wiceprezesem zarządu Towarzystwa Dziedzictwa Wielkopolskiego. Jest działaczem wielkopolskiego Klubu Zachowawczo–Monarchistycznego. Obecnie należy do Platformy Obywatelskiej i zasiada w senacie. Kontynuuje tradycje rodzinne.

Jest pan synem Marcina Libickiego, wnukiem Janusza Libickiego i prawnukiem Stanisława Libickiego. Który z przodków dostarcza panu najwięcej inspiracji do działania i jest wzorem?

O wzorze trudno tu mówić. To takie bardzo poważne sformułowanie, ale niewątpliwie fakt, że mój ojciec był politykiem, wpłynął także na moje zaangażowanie polityczne. Często tak jest, że wielu wykonuje „zawód” po rodzicach. Kontynuuje coś, co już znali z własnego domu. Co nie jest im obce. Tak chyba jest po trosze i w moim wypadku.

Jak będąc na wózku inwalidzkim udało się panu zgromadzić tak wielki elektorat, by zostać wybranym najpierw na posła, a potem na senatora?

Pierwsza zasada marketingu politycznego mówi: wyróżnij się! I w tym sensie wózek inwalidzki jest właśnie takim wyróżnikiem. Nie jest tu obciążeniem. Jest takim plusem. Zwraca uwagę wyborców. Druga sprawa to rozpoznawalne nazwisko. O tym trochę mówiłem powyżej. Trzecia to chyba taka własna cecha charakteru – łatwość kontaktu z ludźmi. Wreszcie rzecz czwarta – to, co udało mi się dokonać wcześniej, choćby w Radzie Miasta Poznania. Wyznaję zasadę, że na sukces wyborczy składa się setki pojedynczych, drobnych spotkań, spraw w trakcie kadencji. Ich uczestnicy „idą” później za osobą. I to się w moim wypadku sprawdziło.

Czy niepełnosprawność według pana ma barwy polityczne?

Myślę, że generalnie nie ma. To jest taka dziedzina zainteresowania parlamentarzysty, gdzie zdecydowanie więcej niż gdzie indziej daje się zrobić ponad politycznymi podziałami, ale owszem: czasem i tu pojawiają się podziały polityczne. Jak to zwykle bywa – niestety głównie wtedy, gdy rozmowa dotyczy pieniędzy…

Kiedy był pan posłem należał pan do różnych zespołów parlamentarnych, komisji i podkomisji. Jak ta aktywność wpłynęła na poprawę jakości życia osób niepełnosprawnych w Polsce?

Tych rzeczy było wiele. Poczynając od tych drobnych, ale najbardziej widowiskowych: ustawa o języku migowym czy o psach przewodnikach. Przez te 8 lat, kiedy jestem parlamentarzystą to też przyjęcie takich przepisów w ustawie o służbie cywilnej, które pozwalają na wzrost zatrudnienia osób niepełnosprawnych w administracji publicznej. To naprawdę nie była łatwa sprawa, bo rodziła wątpliwości konstytucyjne. Wzrosło też zatrudnienie osób niepełnosprawnych w ogóle – zwłaszcza na otwartym rynku pracy. Ten wzrost ma rzecz jasna, oczywiście i skutki uboczne, czyli ubytki w budżecie PFRON. Na koniec też trochę o tym, co się nie udało. Dziś nasza, ustawa o Rehabilitacji jest po ponad 50 nowelizacjach. Taki dokument jest więc z powodów oczywistych niespójny. Przypomina przysłowiowy szwajcarski ser! Wierzę, że do końca kadencji będziemy mieli nową, dotyczącą nas ustawę. I, że ureguluje ona też kwestię świadczeń emerytalnych dla tych rodziców, którzy zrezygnowali z pracy zawodowej na rzecz opieki nad niepełnosprawnym dzieckiem.

Obecnie jest pan senatorem. W jaki sposób porusza się pan po tym starym gmachu? Czy wszędzie da się dotrzeć osobom na wózku?

Przyjęliśmy moim zdaniem w tej sprawie bardzo dobrą zasadę: gmach, gdzie w Polsce tworzy się prawo musi być wzorem dostępności dla osób niepełnosprawnych. I dziś – wraz z innymi niepełnosprawnymi parlamentarzystami – mogę z satysfakcją powiedzieć, że chyba jesteśmy przy końcu realizacji tego planu. Ostatnia rzecz, to są właśnie robione schody główne do Senatu. Przyznam szczerze – byłem już w kilku europejskich parlamentach, także w szwedzkim i powiem wprost: pod tym względem, nawet w porównaniu do Szwedów – jesteśmy lepsi!

Co teraz w działalności społecznej pochłania pana najbardziej?

Uważam, że każda osoba niepełnosprawna, także parlamentarzysta, nie powinna zamykać swych zainteresowań tylko do tematyki interesującej te środowiska. Jako parlamentarzysta mam prawo interesować się też innymi kwestiami, na przykład gospodarką czy polityką zagraniczną. I kierując się tą zasadą, obecnie pracuję nad ustawą ograniczającą przywileje związków zawodowych w Polsce.

Czy ma pan jakieś motto życiowe, które w chwilach zwątpienia dodaje panu sił?

To może nie jest motto, a raczej filozofia życiowa. Wielokrotnie bywałem w miejscach, gdzie funkcjonują osoby naprawdę głęboko niepełnosprawne. I choć dla wielu ludzi to są miejsca smutne, to dla mnie ich pensjonariusze są często naprawdę najlepszymi nauczycielami codziennego, życiowego optymizmu. Taka sytuacja bardzo też uczy cenić to, co samemu się ma. Mnie takie miejsca zawsze „ładują” pozytywnie.

Co doradziłby pan osobom niepełnosprawnym, które kończą teraz gimnazja, szkoły średnie?

Po pierwsze – jak każdemu absolwentowi – doradzałbym coś, co w ostatnich latach nie było silną stroną naszego systemu kształcenia: dobranie szkoły do potrzeb rynku pracy. W naszym przypadku to jest oczywiście o wiele trudniejsze, ale dziś bardziej liczy się jakaś konkretna umiejętność niż na przykład wiedza z dziedziny humanistyki. I po drugie: brać sprawy w swoje ręce, rzecz jasna na tyle, na ile pozwalają nam nasze ograniczenia. Oczywiście – one często pozwalają nam na niewiele, ale zawsze pomoc innych, na którą często jesteśmy skazani, łatwiej zyskamy pogodą czy życzliwym słowem niż ponurą miną.

W naszym kraju jest jeszcze wiele do zrobienia, by zniwelować bariery architektoniczne i społeczne, które uniemożliwiają nam funkcjonowanie na poziomie takim, jak to ma miejsce w większości krajów europejskich. Co według pana jest priorytetem?

Jest jeszcze wiele do zrobienia. To prawda. Ale też – zawsze to podkreślam – więcej jest już w tej sprawie za nami niż przed nami. To świetnie widać, gdy wyjedzie się na wschód od naszych granic. Te wszystkie, wymienione przez Panią bariery trzeba oczywiście niwelować, ale najważniejsza wydaje mi się bariera nowych technologii. Internet to dziś – także dla osób niepełnosprawnych – prawdziwe okno na świat. Także ten nasz wywiad jest tego dowodem. Nie może być bariery finansowej w dostępie osób niepełnosprawnych do Internetu!

Czy w parlamencie przygotowuje się obecnie jakieś przepisy, który realnie wpłyną na poprawę jakości życia osób niepełnosprawnych?

Cały czas trwają prace nad tą całościową ustawą o Rehabilitacji, o której mówiłem. I to jest chyba najważniejszy dziś dla nas akt prawny, który przygotowujemy. Nie ukrywajmy też – wiele innych spraw w tej dziedzinie zależy od pieniędzy, stąd też – w dobie, mam nadzieję przejściowych kłopotów budżetowych trudno je podnosić.

Jakie działania by pan zasugerował naszym czytelnikom, które mogą wpłynąć na poprawę jakości ich życia w kraju?

Zasugerowałbym zawsze aktywność. Taką na jaką każdego stać. To może być zaangażowanie w organizację pozarządową, własną lokalną społeczność czy politykę. Ja ze dwa razy w życiu spotkałem się z sytuacją, gdy osoba niepełnosprawna powiedziała mi: wie Pan, patrząc na pana też postanowiłem się zaangażować – dziś jestem radnym w swojej gminie. Przyznam szczerze – niewiele rzeczy w życiu sprawiło mi tak ogromną satysfakcję, jak właśnie te słowa!

Dziękuję za rozmowę.

Zdjęcie: Piotr Łysakowski

  Marta Kowalczyk Wersja archiwalna wpisu dostępna pod adresem: http://razemztoba.pl/beta/index.php?NS=srodek_new_&nrartyk= 9854

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.