Drażliwy temat

Drażliwy temat

  
  Nie po raz pierwszy siadam do komputera pod wpływem lektury portElowych komentarzy (www.portEl.pl). Przyznam, że zdrowy odruch odrzuca mnie od tej pracy, jednak coś, (poczucie obywatelskiego obowiązku?) nie daje mi spokoju… Poprzednio było w obronie kobiet i demokracji*, czyli też pod górkę, a temat tym razem, jest jeszcze bardziej niewdzięczny. Trzeba jednak przyznać, że tamte publikacje spotkały się dobrym przyjęciem – wywiązała się merytoryczna dyskusja, a „dyżurna loża szyderców” jakoś wyjątkowo, nie miała nic do powiedzenia. Teraz można się spodziewać wszystkiego najgorszego, bo temat dotyczy wielu, a co gorsze, bywa i bolesny, i drażliwy. Chodzi o walkę z bezrobociem. Mogła bym napisać „walkę z wiatrakami” i wiele osób od razu by skojarzyło, prawda? Gdybym napisała „pozorowaną walkę z bezrobociem” lub coś w tym guście – zapewne wielu by się pod tym podpisało. Ale ja znowu wybieram się na spacer pod prąd.

Bezrobocie jest faktem. Wysoki procent pozostających bez pracy oznacza, że dla określonej liczby osób po prostu nie ma pracy, czy może płacy, co w rezultacie, dla bezrobotnego, prawie  na jedno wychodzi. (Dlaczego „prawie”,  to wyjaśni się później.) Faktem jest również, że firmy borykają się z brakiem pracowników lub pozyskaniem pracowników, którzy spełnialiby ich oczekiwania. Według analityków zajmujących się rynkiem pracy, ponad 200 tysięcy osób mogłoby się zatrudnić od ręki, gdyby posiadały poszukiwane kwalifikacje.  
  Duża rzesza bezrobotnych, to ludzie praktycznie bez żadnych kwalifikacji i na dodatek „nie zdiagnozowani”. Myślę o tym, że każdy człowiek posiada przecież jakieś zdolności i możliwości wykonywania pracy ( że o oczekiwaniach, ba, nawet marzeniach, nie wspomnę). Są też osoby długotrwale bezrobotne – z różnych powodów –  którym także trudno jest zmienić swój status. Osobny rozdział, to ludzie niepełnosprawni i obciążeni  chorobami, którzy nie wiedzą i nie wierzą, że mogą pracować. Można by nadal wymieniać, ale myślę, że zawarłam już spory procent problemów w tym krótkim akapicie. Acha, jeszcze bardzo ważna grupa – absolwenci szkół i uczelni, którzy nie mogą wystartować zawodowo.

  I tu dochodzimy do drażliwego sedna. Na portElu pojawiła się informacja o pakcie elbląskich instytucji rynku pracy, które zmówiły się, aby pomóc bezrobotnym w poszukiwaniach pracy. O projekcie tym pisaliśmy wcześniej szczegółowo, na łamach „Razem z Tobą” wyjaśniając, że chodzi głównie o to, aby osoba bezrobotna mogła zaoszczędzić czas, pieniądze i obuwie.  Zamiast biegać /jeździć od PUPu, poprzez Centrum Informacji i Planowania Kariery Zawodowej, do Solidarności, a stamtąd do OHPu i z powrotem do ERKONu, wystarczy, że odwiedzi tylko jeden adres. Współpracujące instytucje bowiem, będą przekazywać sobie wszystkie informacje, a także   prowadzić wspólną stronę internetową. Może to rzeczywiście głupi pomysł, skoro internauci komentują go kpiną, gryzącą ironią, goryczą i nieufnością? Ale niech mi ktoś wytłumaczy, co tu jest głupiego?

Czytelnik posługujący się nickiem „banita” uważa, że to  „przyjemny sposób przepuszczania łatwej, unijnej kasy”. Pyta, o czym instytucje rynku pracy chcą informować i czego chcą uczyć bezrobotnych. Sam zresztą podpowiada odpowiedź, mianowicie: „sztuki przetrwania w elbląskim piekiełku”. Dalej następują pretensje pod adresem miejscowych władz i oskarżenie o propagandę przedwyborczą. „Szukająca pracy” wywody „banity” potwierdza, konkludując, że miejsc pracy z tego projektu nie przybędzie. Czytelnik o nazwie „obserwatorr” wyraża frustrację z powodu marnych warunków pracy i płacy w Elblągu, a także rozczarowanie, że znalazła się na forum osoba, która w projekcie dostrzegła coś pozytywnego. „Szeba” napisała mianowicie: „Pracodawcy wyrywają sobie włosy z głowy, bo nie mogą znaleźć pracowników, bezrobotni nic sobie nie wyrywają, bo nie mają kasy na nowy grzebień (stary się wyszczerbił), więc ronią tylko łzy. Może instytucje rynku pracy pomogą jednak jednym i drugim się spotkać? A czy ”zaiskrzy”? To już będzie zależało od różnych rzeczy, ale podobnie, jak w każdym dobrym związku – trzeba znaleźć właściwą osobę i… być właściwą osobą.” Ale jest już kolejny wpis: Dobre sobie – aktywują bezrobotnych, żeby polatali sobie po Elblągu w poszukiwaniu pracy , a pracy i tak nie będzie, bo nie powstają nowe miejsca pracy ani zakłady pracy ( czy ktoś to może w końcu zrozumie i przestanie wydawać pieniądze na beznadziejne projekty, które dają zatrudnienie urzędasom )).

Podobne i jeszcze gorsze zarzuty stawia się generalnie wszelkim próbom aktywizacji bezrobotnych. Krytykuje się nie tylko naukę autoprezentacji, pisania życiorysu i podań, pomoc doradcy zawodowego (predyspozycje, motywacja), czy naukę wyszukiwania ofert i zdobywania informacji, ale także szkolenia, staże, prace interwencyjne i publiczne, wolontariat, dodatki aktywizacyjne i co tam jeszcze mają do zaoferowania PUP-y i agencje. Tymczasem, doświadczenie uczy, że tylko ten, co zrobił pierwszy krok, może zrobić drugi i, że nawet ten pierwszy krok – tylko o krok, ale jednak –  przybliża do celu.

Jasne, że nie potrzeba „aktywizować” ludzi z natury aktywnych, ambitnych, rzutkich i  zmotywowanych do podjęcia pracy. Nie każdy jednak zdaje sobie sprawę, że cała masa ludzi,
wcale nie chce pracować (chociaż sami nie do końca zdają sobie z tego sprawę), albo nie wierzą, że może im się powieść. Niektórzy nawet chcieli  –  przez jakiś czas –  ale czas minął i ułożyli sobie życie bez pracy. A skoro się człowiek raz przekona, że tak można, to może mieć duże trudności z przekonaniem samego siebie do ponownego wprzęgnięcia się w jarzmo. Tym bardziej, że osoby nie pracujące zawodowo są często rzeczywiście bardzo zajęte licznymi obowiązkami rodzinnymi, świadczeniem przysług, wreszcie „fuchami”. Okazuje się, że nie mają czasu, żeby pochodzić wokół własnych spraw – zapominają nawet o podpisaniu listy na „pośredniaku”, a pracy szukają dorywczo –  najczęściej wtedy, gdy dostaną „kopa”, w negatywnym lub pozytywnym sensie. Takim pozytywnym bodźcem może być właśnie zapisanie się do jednego z oferowanych programów i są na to przykłady. Warto dodać, że ci ludzie najczęściej, nie chcą także kiwnąć palcem w bucie, aby zwiększyć swoje szanse. Z  ankiety przeprowadzonej przez ERKON wynika, że większość skłonna jest do „zainwestowania w siebie” na poziomie 10 – góra 20 złotych (miesięcznie) – gdyby np. trzeba było z własnej kieszeni zapłacić za szkolenie. Czasem pośrednikom i doradcom opadają szczęki, gdy słyszą taki tekst: „co mi tu pani proponuje kładzenie płytek, jak ja jestem malarz (tynkarz, murarz)”…

   Ogranicza mnie brak miejsca, ale chciała bym jeszcze wspomnieć o stażach i wolontariacie. W ostatnich latach notujemy niebywały wzrost liczby osób z wyższym wykształceniem. Ci młodzi ludzie spodziewają się automatycznie awansu społecznego, między innymi, a nawet przede wszystkim, przez objęcie odpowiedniego stanowiska, za odpowiednie wynagrodzenie. Jednak ich wiedza jest często bardzo ogólna, a konkretne umiejętności nieobecne. Pracodawcy nie chcą, obawiają się przyjmować nieopierzonych pracowników, którzy wymagają szkolenia i nadzoru na stanowisku pracy. Staże i wolontariat są więc dobrym wyjściem, jeśli ktoś myśli poważnie o karierze zawodowej. Widziałam posty stażystów, w których żalą się, że pracodawcy w nich „orzą za marne grosze” i oni dziękują za taką propozycję. A wydawałoby się jasne, że nikt nie rodzi się fachowcem, a pracodawcy nie chcą przyjmować nieopierzonych pracowników, którzy wymagają szkolenia i nadzoru… itd. dookoła Macieju. Co sprytniejsi korzystają z takiej szansy zdobycia cennego doświadczenia i wpisu do cv oraz ewentualnej rekomendacji pracodawcy, u którego odbywali staż, jeśli nie propozycję umowy o pracę. Ci drudzy, wolą narzekać i sarkać, że im się nie opłaca. Z tego co wiem o życiu, najbardziej nie opłaca się takim, którym wystarcza to, co mogą wyrwać od rodziców. Ambitniejsi wolą własne pieniądze nawet, jeśli z początku są rzeczywiście nieduże. Skądinąd wiadomo, że w Polsce jest duży deficyt kadry menadżerskiej, więc dzisiejsi asystenci już wkrótce mogą  rozwinąć skrzydła i dobrze zarabiać bez konieczności opuszczania kraju. Osobiście znam bardzo dobrze zarabiające młode osoby, które nadal podnoszą swoje, i tak już świetne, kwalifikacje.
Na drugim biegunie jest pokaźna jest grupa osób, które na pytanie, jaką pracę mogą podjąć odpowiadają: każdą. To są najczęściej ludzie, którzy wbrew deklaracji, nic nie potrafią. I to przede wszystkim, właśnie dla nich są te różne programy „za łatwą, unijną kasę”. Mają co nieco rozjaśnić, natchnąć wiarą w siebie i pomóc się odnaleźć w niełatwej przecież, rzeczywistości.

  Na koniec może trochę zaskoczę portelowych komentatorów: to nie OHP czy rada osób niepełnosprawnych (ERKON) odpowiada za rozwój gospodarki i tworzenie nowych miejsc pracy. Ale nawiasem mówiąc, nasza Rada obecnie daje zatrudnienie około 50 osobom. I jeszcze jedno – pytanie za 5 punktów: wymień 10 najbardziej poszukiwanych zawodów na polskim rynku pracy. Nie wiesz? To zgłoś do tych, co wiedzą.

P.S. Polecam artykuły w rubryce Po naukę, po pracę oraz w dziale Masz Prawo, ustawę o spółdzielniach socjalnych.  

* mowa o felietonach: „Baby do garów” i „Skąd się bierze rybki?”

  Elżbieta Szczesiul-Cieślak Wersja archiwalna wpisu dostępna pod adresem: http://razemztoba.pl/beta/index.php?NS=srodek_new_&nrartyk= 1228

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.