Dotyk anioła

Dotyk anioła

Siostra Halina Rydzy, dyrektor w elbląskim Domu Pomocy Społecznej dla dzieci i młodzieży. „Mama” swoich podopiecznych, która każdego dnia walczy o ich życie i lepsze jutro, dając to czego, los im oszczędził. Z nami rozmawia o swoim powołaniu, procesie adopcji i cudach, których była świadkiem.

Jaki jest najcięższy przypadek dziecka, które jest umieszczone w DPS?

Nie mogłabym klasyfikować dzieci od najcięższego do najłatwiejszego przypadku, ponieważ każde jest specyficznym i ciężkim przypadkiem. Być może najtrudniejszym jest maleństwo, które niedawno przywiozłam. Urodziło się bez mózgu, posiada tylko pień i szczątki mózgowia. Pielęgnować tak chore dziecko, jest bardzo trudno. Nie ma z nim kontaktu. Nie ma nawet oczu, więc nie możemy nawiązać z nim kontaktu wzrokowego. Czasem człowiek patrzy na maleńkie dziecko, ono nie mówi, ale gdy spojrzy się w oczy– wiadomo czy  jest zdrowe czy chore. Ponadto nie ma też termoregulacji ciała, musimy bardzo pilnować jego temperatury– ma albo bardzo wysoką, albo spada poniżej 34 stopni, wówczas ratują nas poduszki elektryczne. Oprócz tego niestety ma dodatkowy zespół wad, ale to absolutnie go nie dyskwalifikuje. Kochamy je całym sercem i chcemy dla niego jak najlepiej, pomimo, że lekarze nie rokują długiego życia.

Czy są jakieś ograniczenia jeśli chodzi o przyjęcie chorego dziecka?

Nie możemy jedynie przyjąć dziecka, które wymaga centralnego wkłucia, bo to ogromne ryzyko. Tego się boimy. Musi być zachowana absolutna sterylność pomieszczenia, w którym dziecko przebywa. Każda bakteria czy wirus to ogromne zagrożenie. Takich przypadków nie przyjmujemy ze względu na dobro dziecka. Pracują u nas pielęgniarki, opiekunki, które często mają także medyczne przygotowanie. Współpracujemy też z pogotowiem, które w razie problemów przyjeżdża natychmiast. Jeżeli dzwonią do mnie PCPR–y, MOPS–y lub nawet szpitale, to mówią: „siostro, my wiemy, że na północy jedynie wy macie tak dobrą opiekę, bo jest całodobowa.” Rzeczywiście przez cały czas ktoś jest i pilnuje. Cieszę się, że mają taką opinię o nas.

DPS boryka się aktualnie z jakimiś problemami?

To zależy z jakiej perspektywy spojrzymy. DPS można by było ulepszyć architektonicznie, bowiem jest to stary budynek. Jednak warunki dla dzieci stworzyliśmy najlepsze, jakie się dało. Robimy dla nich wszystko, aby czuły się jak w domu. Moim marzeniem jest dobudowanie parterowe dalszego ciągu budynku, gdzie nie trzeba używać schodów, windy. Zawsze można coś usprawnić, ale na to oczywiście potrzebne są dodatkowe fundusze. Nie mogę jednak powiedzieć, że nie otrzymujemy pomocy. Urząd Wojewódzki, gminy czy nasze miasto wspierają finansowo naszą placówkę. Bez nich nie mogłabym zrobić, tego co już zrobiłam, a udało mi się zrobić dla tych dzieci naprawdę dużo.

Przywiązuje się siostra emocjonalnie do tych dzieci? Czy mając ich tyle pod opieką, jest siostra w stanie każdemu poświecić trochę uwagi i czułości?

Tak. To jest niezawodowe, nieprofesjonalne. Ale niestety tak, przywiązujemy się i to nie tylko ja, ale i opiekunki, współsiostry, które pracują razem ze mną. Dajemy im to czego im brakuje. Przywozimy dzieci ze szpitala z ogromnymi wadami. Często jest tak, że rodzice nie są w stanie objąć tego cierpienia. Ja broń Boże jestem daleka od posądzania, ale jeśli matka zostawia je, to ono nawet nie zna przytulenia, nie zna słowa „kocham cię”. A wydaje mi się, że jeśli człowiek przytuli je takie maleńkie i bezradne, powie mu do uszka „kocham cię”, to nie jest to takie zwykłe „kocham cię” jak z reklamy czy z filmu, za tym idzie coś więcej– czułość i serce. Trudno jest nie pokochać i nie przywiązać się.

Czy te dzieci odczuwają brak rodziny czy szybko adaptują się do nowego środowiska?

Nie odczuwają w ogóle braku rodziny, powiem to z całą odpowiedzialnością ponieważ to są dzieci bardzo chore, bardzo uszkodzone. Często nie wiedzą gdzie są, a po drugie nie pamiętają rodziny, nie znają jej. Nie mają do czego wrócić, więc wracają tu do nas. Jako do rodziny, do swojej matki.

Mówią do siostry mamo?

Tak. Wołają na nas mama.

Czyli wbrew temu co się powszechnie uważa dzieci te nie mają choroby sierocej?

Nie. Pochylenie się nad każdym łóżeczkiem z uśmiechem, z radością, przytulenie, pogłaskanie to jest dla nich szczęście. One nie potrzebują nic więcej, a wydaje mi się, że same pomieszczenia są kolorowe, jest dużo zabawek. Pomogli mi darczyńcy, dobrzy ludzie, którzy ofiarowali na ten cel trochę środków finansowych. Prawie w każdej sypialni jest telewizor, radio z ulubionymi  dziecięcymi piosenkami, filmy dla dzieci. Dzieciaki oglądają na okrągło, mówię, że mam same telewizyjne sale (śmiech).

Co można zrobić, aby pomóc tym dzieciom? Co spowodowałoby jeszcze uśmiech na ich twarzy?

Ciągle powtarzam, że powinno być więcej personelu, ponieważ każde dziecko potrzebuje bezpośredniej uwagi. Wtedy byłoby idealnie. Bardzo chciałabym, aby przychodziły wolontariuszki i poświęciły trochę czasu konkretnemu dziecku.

Jedna „mama” do jednego dziecka?

O tak. Byłoby cudownie! Ale tak jak mówię to są bardzo trudne przypadki i niestety nie każdy psychicznie daje radę zaopiekować się takim dzieckiem– nie potrafi po prostu przejść ponad tym kalectwem, ponad tą chorobą. To jest bardzo trudne– mam tego świadomość.

Czy nie wolałaby siostra kontemplować w ustronnym miejscu, w klasztorze zamkniętym, położonym gdzieś w odległym zakątku Polski czy świata niż nieustannie patrzeć na ich cierpienie?

Czuję się czasami zmęczona. Jak widzę piękne zdjęcia, jakieś ustronne miejsca chciałabym na chwilę wyjechać. Jednak kiedy jadę na urlop do rodziny, jestem góra dwa tygodnie, to liczę godziny kiedy wrócę do domu, do dzieci. Tęsknię za nimi, muszę wiedzieć czy niczego im nie brakuje. Ja uważam, że to jest powołanie. Dar, który niesie za sobą inne dary. Bo jeśli myślimy o przyzwyczajeniu, potem przychodzi wypalenie zawodowe, przemęczenie i człowiek już nie potrafi dalej. To jest tak– im więcej dajesz, tym więcej dostajesz.

Mogę sobie wyobrazić jak wiele zdrowych dzieci czeka na nowy dom, na adopcję, a co dopiero dzieci upośledzone. Czy zdarzają się tutaj przypadki adopcji? A jeśli tak, czy są to adopcje również przez ludzi zza granicy?

Tak. Nasze dzieci są adoptowane i czasem dzieje się to tak szybko, że nie zdążę się pozbierać, a już następne dziecko idzie do adopcji. Jesteśmy bardzo szczęśliwi, że znajdują się ludzie o wielkim sercu. Dzieci, które idą do adopcji mają drobne wady. Te z poważniejszymi ze względu na ich stan, nie mogą być adoptowane, gdyż rodzice pomimo najszczerszych chęci nie poradziliby sobie. One wymagają specjalistycznej, całodobowej opieki. Dzieci przechodzą przez tak zwane klasyfikacje, oceny czy nadają się do adopcji czy nie. Te które są rehabilitowane, w których widzimy potencjał idą do adopcji, trzeba im tylko poświęcić czas. Oczywiście utrzymujemy kontakt. Ja osobiście nie pozwalam sobie na to, żeby ginął po nich ślad. Dzwonię, rozmawiam przez skype’a. Ograniczamy te kontakty ze względu na dobro dzieci, żeby nie tęskniły. Pomimo, że bardzo chciałabym rozmawiać z nimi codziennie, z bólem serca muszę się powstrzymać. Ono musi pokochać nowych rodziców. Musi wiedzieć, że tam jest jego dom, jego rodzina. Dwoje dzieci mamy za granicą, we Włoszech. Trójka jest w Polsce. Mogę śledzić jak się rozwijają, jakie radości są w domu, jakie problemy. Czasami jeżdżę do nich w odwiedziny, czuje się jak w rodzinie. Ostatnio będąc w Warszawie u adopcyjnego chłopca usłyszałam takie piękne słowa. Mama mówi do synka: „jak dorośniesz to ja ci powiem, ile ta ciocia dla ciebie w życiu zrobiła”.

Jeśli jednak adopcja nie jest możliwa, jak długo dziecko może przybywać  w DPSIE?

Ustawowo do 30 roku życia.

A później ?

Jeżeli przeżyją, to odwozimy je do domów pomocy społecznej dla osób starszych, ale też mamy z nimi kontakt. Nie ma jakiś drastycznych momentów. Przejście od nas do drugiego domu jest bardzo łagodne.

Wierzy siostra w cuda? Była siostra kiedyś jego świadkiem?

Oczywiście, wierzę ogromnie. Jakby nie było charakter naszego powołania tutaj Zgromadzenia Sióstr Świętej Jadwigi, która ma za zadanie opiekę nad dziećmi i młodzieżą niepełnosprawną potrzebującą pomocy. Mieliśmy tutaj taki cud, ale oczywiście to może być różnie odczytane. Dzieciątko bardzo ciężko chore na serce, które zabrałam ze szpitala zachorowało w okresie Bożego Narodzenia na obustronne zapalenie płuc. Ogromna wada serca– dziury w sercu. Okazało się miało także zapalenie mięśnia sercowego, co już się równało z wyrokiem śmierci. Lekarka prowadząca praktycznie nie dawała żadnych szans na przeżycie, gdyż nawet antybiotyki nie przyjmowały się. Zatrwożona mówię: „Boże co tu robić, jak pomóc temu dziecku? Jeżeli lekarze nie dadzą rady cóż ja pomogę?”. Stanęłam nad łóżeczkiem rozmyślając do kogo się tu pomodlić, żeby jak najszybciej uzyskać  opiekę. I nagle taka myśl mi przyszła, że Św. Joanna Beretta Molla, która też była lekarką, oddała życie żeby urodzić dziecko, a potem zmarła, bo nie brała chemioterapii. I tak sobie pomyślałam: „Joanno ty poświeciłaś życie swemu dziecku, popatrz to dzieciątko jest bez matki, bez nikogo, ja ciebie proszę pomóż temu dziecku, stań przy nim, obejmuj je, jeżeli pan Bóg tak chce uproś go”. Na drugi dzień dowiedziałam się, że antybiotyki zaczęły działać i dziecko zaczęło wracać do zdrowia.

Nie zawsze jednak takie historie kończą się szczęśliwie. Mówi się, że „na tych, którzy najbardziej zasługują na słońce, najczęściej pada deszcz”. Czy ma siostra czasem chwile zwątpienia w Boga widząc, jak niewinne dzieci, są ciężko doświadczone przez los? Nie zadaje sobie siostra pytania dlaczego często podli ludzie są zdrowi, a małe bezbronne dzieci muszą cierpieć i żyć z nieuleczalnymi chorobami? Jak człowiek może sobie odpowiedzieć na to pytanie?

Tak. Też przychodzą do mnie takie pytania i nieraz klęczę przed kaplicą i mówię: Boże czemu? Ale ten świat jest w tej chwili tak niezrozumiały, tyle spotykamy krzywdy, boleści, tyle cierpienia jeden drugiemu zadaje, że ktoś to musi zrównoważyć na tym świecie, tą szale na wadze. Te nasze dzieci są do tego powołane. Jest taka religijna piosenka, każde cierpienie ma sens. Tak samo te dzieci. Każdemu jednemu, Pan Bóg daje zadanie w tym cierpieniu, które ono jak wykona, odchodzi i w chwili śmierci nieraz te dzieci, które są tak zniekształcone przechodzą metamorfozę. Śmierć czyni ich pięknym czyli ja wiem, że one spełniły swoje zadanie i pan Bóg je bierze prosto do nieba.

Otrzymała siostra nagrodę prezydenta miasta za zaangażowanie w działalność na rzecz chorych dzieci. Można wysnuć wniosek, iż jest siostra aniołem, który zstąpił na ziemię, by swą dobrocią i miłością rozświetlić mroczne życie tych dzieci.

Chciałabym uzupełnić, że nie tylko ja tu stoję, to byłaby pycha. Za mną stoją jeszcze współsiostry, które tak samo walczą o każde dziecko. Ale także stoi świecki personel, który ręka w rękę z nami pracuje i pomaga. Wszyscy pragniemy ich szczęścia. A tak naprawdę to one są aniołami, a my czerpiemy z ich miłości i ciepła.

  Aleksandra Kazuro Wersja archiwalna wpisu dostępna pod adresem: http://razemztoba.pl/beta/index.php?NS=srodek_new_&nrartyk= 13051

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.