Człowiek ze stali – pokonać bariery, wygrać sport

Człowiek ze stali – pokonać bariery, wygrać sport

– Niepełnosprawność nie musi ograniczać i zamykać w czterech ścianach. Może być nowym rozdziałem w życiu, ważne by w odpowiednim momencie pokonać hamulce, które siedzą w głowie a gdy już się to uda, można odkryć, jak wiele jeszcze jest do osiągnięcia – mówił w rozmowie z nami Rafał Wilk, główny bohater filmu „Człowiek ze stali” w reżyserii Roberta Szaja i Michała Juszczakiewicza – Przed wypadkiem nie doceniałem tego, że mam sprawne ręce. Teraz Bogu dziękuję, że tak jest. To siła rąk pozwoliła mi po wypadku, mówiąc w przenośni, „stanąć na nogach” – dodaje dwukrotny mistrz paraolimpijski w handbike’u.

W filmie widzimy sylwetkę sportowca o niespotykanej sile, odwadze, inteligencji i woli walki, który do roku 2006 zapowiadał się na bardzo dobrego żużlowca a po poważnym wypadku na torze żużlowym, który pozbawił go czucia w nogach, został skazany na wózek inwalidzki. Mimo tego, sześć lat po wypadku Rafał Wilk staje na najwyższym podium Igrzysk Paraolimpijskich, pokazując tym samym swoją stalową wolę walki.

Rafał Wilk był ulubieńcem publiczności Krośnieńskiego Klubu Żużlowego jak i głównym zawodnikiem tego klubu. Feralnego dnia – 3 maja 2006 roku, najlepszy zawodnik klubu a zarazem trener żużlowców z Krosna, chcąc pomóc swojej drużynie wygrać spotkanie z Grudziądzem, po raz czwarty staje na torze. Od początku biegu wypracował sobie przewagę nad rywalami i nie zamierzał jej oddać do końca. Tuż przed metą wyścigu – na ostatniej prostej, zmienia się wszystko. Ostatnie sekundy tego biegu zaważyły nie tylko na wyniku pojedynku między Krosnem a Grudziądzem ale przede wszystkim na karierze i dalszym życiu Rafała Wilka.

– Kiedy dowiedziałem się o wypadku brata. Moja pierwsza myśl, to muszę przy nim być. Kupiłem bilety i dwa dni później byłem już w Polsce. W sumie przez dziesięć dni byłem z Rafałem non stop w szpitalu. Później przyszedł czas na rehabilitację a ja musiałem już wracać do Stanów – opowiada Paweł Wilk, brat Rafała.

– Jak się dowiedziałam, że Rafał pojechał na ten mecz miałam jakieś złe przeczucia. Rafał jechał tam z wiedzą, że dwa dni wcześniej zmarła mu babcia. Później dociera do mnie wiadomość, że syn miał wypadek – sami państwo sobie odpowiedzcie, jak się w takiej chwili może czuć matka – opowiada pani Kazimiera Wilk, mama Rafała.

– Z samego wypadku niewiele pamiętam. Dopiero, gdy oprzytomniałem, to czułem że mam nogi proste ale mówiłem sobie, że to przejdzie. Drugiego, czy tam trzeciego dnia przychodzi do mnie ordynator i mówi mi, „Pan nie będzie już chodził a już na pewno nie będzie pan jeździł na żużlu”. Wówczas obudziła się we mnie złość, taka ludzka i sportowa i mówię, że jeszcze zobaczy jak do niego tutaj przyjdę o własnych siłach albo na wózku – ale przyjdę – mówi Rafał Wilk. – Może życie w dużej mierze związane było ze sportem: rower narty i żużel przede wszystkim, nagle w pewnym momencie to się wszystko urywa i los bija nam „gwóźdź do trumny”. Wówczas tak myślałem, miałem same najgorsze myśli, szczególnie, że sam nie mogłem nic zrobić. W pierwszych chwilach po wypadku i powrocie do domu mogłem liczyć na rodzinę, która pomagała mi jak tylko mogła, to było naprawdę pomocne i podtrzymujące na duchu. Wiele razy upadałem ale zawsze wstawałem, natomiast po wypadku człowiek staje się bezbronny jak małe dziecko. Ciężko jest to zrozumieć osobom zdrowym i nic w tym dziwnego, bo dopóki czegoś sami nie doświadczymy to, nie wiemy jak to jest. Nasza wyobraźnia tego nie ogarnia – dodaje.

Jak opowiada w filmie przyjaciel Rafała, pierwszym sygnałem, kiedy można było dostrzec, że przyzwyczaja się on do stanu w jakim się znalazł, był moment, kiedy zaczął mówić o nartach i że wyjedzie do Francji.

– Jeszcze przed wypadkiem na każdym stoku, gdzie pojawiał się Rafał z nartami, budził wielki podziw. Cechowała go niezwykła precyzja w jeździe. Gdy on jechał wszyscy się zatrzymywali i podziwiali – mówi Janusz Zieliński, przyjaciel Rafała.

– Przed wyjazdem do Francji Rafał uspokajał nas wówczas, że on tam nie będzie jeździł, tylko chce posiedzieć w górach. Okazało się jednak, ze za plecami rodziny zarezerwował sobie tam skiboba – opowiada z uśmiechem na twarzy Paweł. Wówczas też, Rafał postawił sobie za cel by wrócić do jazdy rowerem.

– Tego wyjazdu do Francji potrzebowała moja głowa – mówi Rafał. To ten wyjazd w dużej mierze ukształtował mnie na dalsze lata i miesiące – dodaje.

W 2009 roku od Rafała Szulca pożycza handbike’a (kolarzówka z napędem ręcznym) i bez żadnych oporów wsiada na ten rower i cieszy się wrażeniami z jazdy. Na jednym z zakrętów wywrócił się i mając poobdzieraną nogę oraz łokieć, stwierdził, że to jest to, czego potrzebuje i musi mieć podobny rower.

– Powiedział, że to jest coś, co go będzie kręcić i nakręci do następnego życia – tak wrażenia Rafała opisuje Janusz Zieliński, który był z nim w dniu, gdy jeździł pierwszy raz na handbike’u.
W tym czasie Rafał zaczyna wypytywać brata mieszkającego w USA o podobne rowery, lecz nie do rehabilitacji lecz takie profesjonalne, na których będzie można się ścigać z innymi.

– Telefon do mnie, że trzeba szukać i trzeba znaleźć. Już wtedy nie było, że nie ma – opowiada Paweł.

Gdy tylko przyszedł rower, Rafał nie patrząc na to, że jest świeżo po operacji mówił, postanowił, że musi się tym rowerem przejechać. Tak też się stał.

– Rafał, nie mówiąc nikomu, poprosił mnie bym mu asekurował, bo on musi się na tym rowerze przejechać. Przejechał parę metrów widocznie cierpiąc, po czym wrócił. Wydaje mi się, że od tego momentu zaczął zupełnie inaczej funkcjonować – wspomina przyjaciel Rafała.
Tak też rozpoczęła się przygoda Rafała z tym rowerem. Tym samym rana pooperacyjna zamiast goić się w trzy tygodnie, goiła się trzy miesiąc bo jak już Rafał raz przejechał się rowerem, to już nie mógł przestać. Po trzech miesiącach trasy jakie pokonywał tym rowerem liczone były w setkach kilometrów.

Rafał na początku uczył się kolarstwa ręcznego od nestora – Arkadiusza Skrzypińskiego i Zbigniewa Wandachowicza. Powoli doszedł do ich poziomu a nawet ich pokonał. W świecie wygrywa wszystko. Jest zawodnikiem „Startu” Szczecin kierowanego przez byłego wicepremiera Longina Komołowskiego. Tuż przed igrzyskami w Londynie wygrał z Arkadiuszem Skrzypińskim i wicemistrzem świata. Wygrał również klasyfikację końcową Pucharu Świata. Na igrzyskach był już poza zasięgiem rywali. Wygrywał pewnie zarówno w jeździe na czas jak i w jeździe ze startu wspólnego.

Zostaje uznany za najlepszego sportowca niepełnosprawnego roku 2012 w plebiscycie Przeglądu Sportowego i telewizji Polskiej. Otrzymuje również prestiżowe wyróżnienie – Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski – za wybitne osiągnięcia sportowe i za promowanie Polski na arenie międzynarodowej. Jakby tego było mało w 2013 roku wygrywa Puchar Świata i mistrzostwa świata cały czas nie mając sobie równych. I trudno oprzeć się wrażeniu, że człowiek ten nie jest ze stali…

Rafał zapytany o to, co poradziłby młodemu pokoleniu , które rozpoczyna przygodę ze sportem m.in. w kolarstwie ręcznym, odpowiedział, że dzisiejsza młodzież zbyt szybko się poddaje. Jego zdaniem nie chodzi o to, ze jeśli raz nie wyjdzie, to wyjdzie za kolejnym razem, dlatego nie można tak szybko rezygnować.

– Jeśli ja po pierwszym treningu chciałbym zrezygnować, bo widziałbym jaka przepaść jaka przepaść dzieli mnie od najlepszych na świecie, to pewnie bym uprawiał tego sportu. Jednak uparcie dążyłem do tego, aby zrealizować swoje cele. Porażki powinny nas jeszcze bardziej motywować do treningów, do cięższej pracy. Nie wolno rezygnować z marzeń już po pierwszej porażce – podsumowuje podwójny medalista Igrzysk Paraolimpijskich w Londynie.  

Fot. rafalwilk.com

  Rafał Sułek  Wersja archiwalna wpisu dostępna pod adresem: http://razemztoba.pl/beta/index.php?NS=srodek_new_&nrartyk= 11900

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.