Problemem ludzkości jest dziś klimat. Dotyczy to, a może raczej dotyka, także Polski. Chodzi o klimat w podwójnym znaczeniu: klimat społeczny i klimat przyrodniczy. Jeden i drugi się zmienia. Klimat społeczny ostatnimi czasy nieustannie się oziębia, w Polsce przechodząc wręcz w stan zimnej nienawiści. Klimat w przyrodzie odwrotnie – coraz bardziej się ociepla. Oba zjawiska mają tę wspólną cechę, że prowadzą do totalnej katastrofy, której my – ludzie, możemy nie przeżyć.

W Polsce dostrzec można wyraźną różnicę w stosunku do zmian klimatycznych: te pierwsze, społeczne, po gdańskiej tragedii wreszcie dostrzegliśmy. Jak wielu Polaków je widzi – nie wiemy, Nie wiemy też, ilu z nas zdaje sobie sprawę z tkwiących w nich niebezpieczeństw, a ilu po pierwszym wstrząsie zobojętniało i wróciło do codziennych, małych trosk. Zagrożenia płynące ze zmian klimatu w przyrodzie wydają się być większości Polaków całkiem obojętne, co najwyżej podniecimy się jakąś większą wichurą, która zniszczy kawałek lasu i kilka, dla większości z nas cudzych, domów.
Zmiany klimatu wywołują fale. W wymiarze społecznym są to fale nienawiści, w przyrodzie fale oceanów i wezbranych rzek. Co jakiś cza zalewa nas to jedna, to druga. Jedne i drugie zatapiają coś, co budowane było przez lata i pokolenia. Są coraz wyższe i groźniejsze. Fale nienawiści niszczą społeczności i pogrążają całe rejony świata w chaosie wojen, które zwykle zaczynają się od nienawistnych słów. Nienawiść rozrywa więzy społeczne i rodzinne. Fale wezbranych oceanów zatapiają całe wyspy, wdzierają się coraz dalej na brzeg.

Klimat nienawiści zabija – niedawno w Gdańsku zabito szlachetnego człowieka na oczach rzeszy ludzi. Zaparło nam dech w piersiach i płaczemy. W Afryce i na Bliskim Wschodzie giną na wojnie dziesiątki tysięcy dzieci i dorosłych, mężczyzn, kobiet i starców. Patrzymy z daleka i nie płaczemy. Gorzej – my, Polacy, zamykamy drzwi przed wynędzniałymi uciekinierami, którzy stracili wszystko i giną w drodze, z chorób i głodu. Wzrost temperatury także zabija: zamienia żyzne pola w suche stepy, gdzie nie daje się żyć. Osuwają się zbocza gór uwolnione od lodowca i zasypują wioski. Coraz dziksze huragany niszczą domy i miasta. Tylko patrzeć, jak zaczną znikać z oceanu kolejne wyspy, a woda wleje się do nadbrzeżnych miast.

Najbardziej przerażeni tymi zmianami wydają się być najbogatsi ludzie na świecie. Przygotowują sobie niedostępne bunkry, zawłaszczają najbezpieczniejsze miejsca na Ziemi, chcą już nawet penetrować w tym celu Księżyc, nie przejmując się tym, że reszta świata może zginąć. Co jednak warte byłoby takie życie? Żaden człowiek nie jest szczęśliwy na samotnej wyspie – bez różnicy, czy ta wyspa leży na środku oceanu, czy w środku społeczności. Najbiedniejsi nie myślą o jutrze – ich problemem jest przeżycie każdego kolejnego dnia.

Uczeni socjolodzy, politolodzy, przyrodnicy, klimatolodzy, profesorowie wielu specjalności głowią się nad tym, jak te zmiany zahamować. Jedni mówią: skończmy z językiem nienawiści, słuchajmy się, rozmawiajmy, uśmiechajmy się do siebie. Drudzy apelują: nie palcie śmieci, oszczędzajcie energię, nie zaśmiecajcie oceanów, nie wycinajcie lasów i wiele innych rzeczy. Jedni poszukują recepty na agresję (może powymieniać ludziom geny?) Drudzy w swoich laboratoriach badają, ile węgla mniej trzeba spalić, żeby ograniczyć wzrost temperatury o 0,5 stopnia i o ile mniej dwutlenku węgla znajdzie się w atmosferze, gdy przesiądziemy się na rowery.

Są też jednak ludzie, którzy – jaki pisał poeta – serce przedkładają nad szkiełko i oko. Lekarze bez granic jadą do krajów ogarniętych wojną, leczą poranione dzieci uciekając wraz z nimi przed kulami. Dziesiątki wolontariuszy wyławiają z wody tonących uciekinierów. Mieszkańcy greckich wysp i wybrzeży Włoch dają im schronienie i jedzenie. Wokół mnie wielu młodszych i starszych ludzi pochyla się nad chorymi i niepełnosprawnymi. Jerzy Owsiak z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy gra na najpiękniejszych strunach ludzkich dusz i wygrywa, chociaż na chwilę, z nienawiścią. Przy okazji ratując życie, nawet tam, gdzie to czasem wydaje się niemożliwe. Ta orkiestra może więcej, niż najwznioślejsze słowa i nawoływania. A przy tym pokazuje, że są sposoby, żeby ten społeczny klimat ocieplić. Janina Ochojska i Szymon Hołownia wspólnie z innymi międzynarodowymi fundacjami budują w suchym wnętrzu Afryki studnie i piaskowe tamy, wokół których od nowa rozkwita życie: ich mieszkańcy mogą znowu uprawiać pola i ogrody, zapomnieć, co to głód i rozpacz. A więc i ze zmianami w przyrodzie możemy sobie poradzić.

Jednak między ludźmi na świecie, a także w naszym kraju, jest coraz zimniej, a na powierzchni Ziemi coraz goręcej. Pewnie, a nawet na pewno, jest to jakoś ze sobą powiązane – choćby przez to, że zmiany klimatu w przyrodzie każą całym populacjom szukać nowych miejsc do życia – a nie ma już nie zajętych. Jeżeli nic z tym nie zrobimy, to zmiany klimatu zabiją nas, albo pozabijamy się sami. Nie pomogą najwięksi uczeni, ludzka i sztuczna inteligencja, ani najbardziej humanitarne fundacje, jeżeli nie weźmiemy się za to wszyscy – razem, ale i każdy z osobna. I to najlepiej od zaraz.

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.