Byłam świadkiem cudu

Byłam świadkiem cudu

Elżbieta Szarko, mgr fizjoterapii, w zawodzie od 25 lat. Ekspert w swoim fachu. Pracuje w Samodzielnym Publicznym Ośrodku Rehabilitacyjno– Terapeutycznym dla Dzieci i Młodzieży „SPORT” w Elblągu. Udziela się w wolontariacie, nieustannie poszerza swą wiedzę, gromadząc kolejne certyfikaty. Z nami rozmawia o sferze rehabilitacji w Polsce, trudach ale i pasji do zawodu, nowoczesnych metodach leczenia, XVII Sympozjum Naukowo Szkoleniowym w Poznaniu oraz o tym, że cuda się zdarzają.

Uczestniczyła Pani w XVII Sympozjum Naukowo– Szkoleniowym Polskiego Towarzystwa Rehabilitacji w Poznaniu. Tematem sympozjum była ‘Neurorehabilitacja’. Czy jest szansa, że ta dziedzina będzie się rozwijać?

Tak, jest szansa, czego dowodem jest stosowanie egzoszkieletu i lokomatów– będących owocem robotyki– rodzącej się, nowej dziedziny rehabilitacji. Zabezpieczają one sparaliżowanego, umożliwiając naukę chodzenia czy stania. Osoba po uszkodzeniu rdzenia kręgowego, nie jest od razu stawiana, ale odciążana, tak, że porusza się niepełnym podporem swojego ciała. Egzoszkielet, to urządzenie przypominające strój spidermana, który zakłada się na pacjenta. Wyposażony w plecak, na wysokości pleców z wbudowanym silnikiem, zasilanym na baterie, który działać może 8h. Z pomocą terapeuty, który stoi za pacjentem, chory może przejść kilka kroków, a także usiąść na krześle i z niego wstać. To cud techniki. Jakiś czas temu Tomasz Kowalski, zwycięzca muzycznego programu „Must be The Music”, miał wypadek na motorze. Jest sparaliżowany od pasa w dół. Parenaście miesięcy później, pod eskortą dwóch terapeutów, ubrany w egzoszkielet, wszedł na tą samą scenę, usiadł na krześle, podano mu mikrofon i zaśpiewał. Niestety, jest to urządzenie bardzo drogie. Obecnie kosztuje 500 tysięcy złotych. Ułatwia pacjentom o różnym stopniu porażenia (połowice, całkowite np. udar, uszkodzenia rdzenia kręgowego) stanie na nogach, na własnych stopach, które wcześniej odmawiały posłuszeństwa. Cudownie jest stać, gdy ktoś 10 lat siedzi na wózku. Efektywniej pracuje serce i narządy wewnętrzne człowieka.

Wydarzeniem towarzyszącym sympozjum, było forum rodziców dzieci niepełnosprawnych pt. „Od dzieciństwa do dorosłości”. Spotkanie to pozwoliło rodzicom, opiekunom i wolontariuszom, zapoznać się z problemami klinicznymi, społecznymi, zawodowymi i prawnymi. Natomiast tematem przewodnim sympozjum, było stworzenie wspólnego algorytmu leczenia dzieci z mózgowym porażeniem dziecięcym. Przedstawiciele z różnych stron świata zastanawiali się jak leczyć chorych, biorąc pod uwagę kulturę danego kraju i sytuację ekonomiczną. Przykładowo w krajach afrykańskich, dzieci głodują, a co dopiero mówić o ich rehabilitacji.

Mając porównanie jak tragiczna sytuacja jest w Afryce, Polska w tej dziedzinie dobrze sobie radzi. Jak Pani zdaniem ocenić można sferę rehabilitacji w Elblągu? Czy kadrą i wyposażeniem dorównujemy większym miastom?

Jeśli chodzi o NFZ, elbląski ośrodek rehabilitacyjno –terapeutyczny dla dzieci i młodzieży SPORT,  jest jednym z lepszych – wieloprofilowe usprawnianie dzieci z uszkodzeniem ośrodkowego układu nerwowego, z wodogłowiem, zespołem Downa, z wadami postawy, skoliozą, po zabiegach ortopedycznych, zaburzeniami psychofizycznymi i społecznymi. Pacjentów przyjmujemy od 8:00 do 18:00 w trzech poradniach: rehabilitacyjnej, ośrodku rehabilitacji dziennej i poradni wad postawy. Mamy również filię ośrodka w Pasłęku i Nowym Dworze Gdańskim. Tego typu ośrodków, gdzie może trafić dziecko z podobnymi problemami, w Polsce jest jak na lekarstwo. Są drogie ośrodki prywatne, gdzie za turnus dwutygodniowy np. w bardzo dobrym ośrodku w Stawnicy czy Złotowie, trzeba zapłacić 5 tysięcy złotych. Zazwyczaj rodzice zbierają pieniądze poprzez fundacje z 1 proc. podatku, czy też z darowizn od firm. Ośrodek w Elblągu prowadzi kompleksową rehabilitację dzieci i młodzieży do lat 18, całkowicie bezpłatnie. Jedyne wymaganie, to skierowanie od lekarza pierwszego kontaktu, neurologa czy pediatry i konsultacja z naszym lekarzem.

Jaki był najcięższy przypadek w Pani karierze?

Dużo było ciężkich przypadków, gdzie wydawało mi się, że pacjent nie rokuje dobrze, bazując na wiedzy, którą wtedy miałam. Jednak rehabilitując tą osobę i dając wiarę w to, co robię, podejście rodziców, lekarzy i samego pacjenta spowodowało, że dziecko zrobiło postępy i znalazło swoje miejsce w naszej społeczności.

Czyli można powiedzieć, że była Pani świadkiem cudu?    

Tak. Dziecko sześciomiesięczne trafiło do mnie z dużym wodogłowiem, bardzo dużym. Tak dużej głowy w życiu jeszcze nie widziałam. Miało tak ogromną głowę, tak miękką, że byłam przerażona. Pomimo założenia zastawki, głowa rosła dalej. Miało objaw „zachodzącego słońca”, prawie nie było widać oczu, ciągle spało. Ryzyko było ogromne, ale zostało zawiezione przez cudowną ciocię, do Centrum Zdrowia Dziecka, na neurochirurgię i ponownie zoperowane. Mogło nie przeżyć operacji, a co dopiero mówić o widocznej poprawie. Jednak operacja powiodła się, głowa z czasem zaczęła twardnieć. Mimo niedowładu  kończyn dolnych, zaczęło podnosić ręce do góry, uśmiechać się, reagować na bodźce zewnętrzne i próbować obrócić się z pleców na brzuszek. Zauważyłam nawet, że próbuje podnosić nóżkę do góry. Poprawił się też wyraz oczu, zaczęło być bardziej aktywne. To jest dla mnie prawdziwy cud.

Obserwowanie cudu czy postępów pacjenta są zapewne budującym, wspaniałym uczuciem. Ale czy są jakieś aspekty Pani pracy, których Pani nie lubi, lub które są stresujące?

Lubię to co robię. Jednak są sytuacje, gdzie, choć jest to rolą lekarza, muszę przekonać rodzica, aby zasięgnął diagnostyki w innym ośrodku, bardziej specjalistycznym, czasem na drugim końcu Polski. To trudne, bo nie mogę wprost powiedzieć, że dana terapia jest najskuteczniejsza np. w Poznaniu, który jest kolebką polskiej ortopedii i tego typu operacje od 20 lat przeprowadza lekarz, najbardziej doświadczony w kraju. Nie zawsze udaje się dostać na wizytę z NFZ, wtedy trzeba jechać prywatnie, czasami bardzo daleko.

Regularnie ma Pani kontakt z ludzkim cierpieniem, nieszczęściem, bólem, czasem brakiem efektów rehabilitacji. Czy po tylu latach pracy jest Pani uodporniona, czy negatywnie wpływa to na Pani psychikę?

Czasami tak, zawsze wydawało mi się, że jestem uodporniona, ale są takie sytuacje z którymi trzeba się pogodzić, a w niektórych szukać pomocy dalej. Mimo tego, że ktoś mówi, że nic się nie da zrobić, zawsze szukam pomocy gdzie indziej, zasięgam porad innych. Tworzymy w pracy drużynę, żeby się w każdej chwili móc konsultować z neurologiem, lekarzem rehabilitacji, psychologiem, terapeutą zajęciowym. Nigdy nie kończę rehabilitacji na danym etapie, zawsze wybiegam poza sferę tego co muszę robić, albo potrafię zrobić.

Jak Pani zdaniem dzieci radzą sobie psychicznie z niepełnosprawnością i związanymi z nią trudami życia codziennego? Wpadają w depresję, izolują się, są nieśmiałe czy może pogodne i pogodzone z rzeczywistością?

Są pogodzone z rzeczywistością. Jeżeli od małego, są stymulowane, przyjmują to jako normę i nieźle sobie radzą. Innym wydaje się, że jest ciężko, ale z punktu widzenia dziecka, nie jest, pod warunkiem, że jest w kochającej rodzinie, ma towarzystwo,  rozwija się w grupie rówieśniczej, która go akceptuje. Wtedy nie czuje się wyobcowane.

Mówiąc o towarzystwie, co Pani sądzi o towarzystwie zwierząt? Prowadzi Pani hipoterapię. Czy Pani zdaniem kontakt ze zwierzęciem naprawdę ma znaczenie?

Konie, psy, delfiny, bardzo dobrze wpływają na mentalność ludzi: psychikę i zachowanie emocjonalne człowieka, dzieci autystycznych czy z mózgowym porażeniem dziecięcym. Dotyk, zapach, chód konia, ciepło powoduje, że dziecko czuje się „pełnoprawnym obywatelem”. Dziecko niechodzące, na koniu siedzi prawidłowo i choć przez chwilę może poczuć się na równi ze zdrowymi dziećmi.

Oprócz hipoterapii i pracy w ośrodku, udziela się Pani również w wolontariacie. Czy w natłoku obowiązków znajduje Pani jeszcze czas dla siebie i rodziny?

Tak, znajduję, chociaż jest to trudne. Mam już duże, odchowane dzieci, ale kiedy tylko mogę, staram się w wolne dni chodzić do Domu Pomocy Społecznej. Pomagam w rehabilitacji 10 letniego Marcela, cierpiącego na mózgowe porażenie dziecięce. Stymuluję go do chodzenia. Jest po kilku operacjach, wykonanych przez prof. Marka Jóźwiaka z Poznania–  ortopedę, który jest specjalistą od ciężkich przypadków w ortopedii dziecięcej. Chłopak coraz lepiej mówi i samodzielnie próbuje chodzić przy chodziku. Głównie spacerujemy po przepięknym ogrodzie. Tamtejszy ogród to cudowne miejsce, gdzie chore dzieci jak i zdrowi ludzie, mogą wypoczywać.

Można wysnuć wniosek, że traktuje Pani swoją pracę jak swoistą misję do wypełnienia.

Nie, nie traktuję tego jako misję, ale z każdym dniem zauważam, że wszystko się układa. Im więcej pracuję, tym większe zdobywam doświadczenie. Kiedy kończyłam kursy, odbywało się to mechanicznie. Niedawno ukończyłam kurs WATSU, który jest formą relaksacyjnej pracy z ciałem pacjenta w środowisku wodnym, oraz kurs pływania osób niepełnosprawnych typu Hallwick. Od 10 lat prowadzę też hipoterapię w fundacji „Końskie Zdrowie” w Elblągu. Te wszystkie składowe dają jeden wielki neurofizjologiczny obraz rozwoju człowieka.

Po całym dniu pracy, musi być Pani fizycznie wyczerpana. Mogę sobie wyobrazić jak wielki wysiłek fizyczny musi Pani włożyć podczas wielogodzinnych ćwiczeń z dziećmi. To jak codzienny, wielogodzinny trening na siłowni. Jak Pani sobie z tym radzi?

W poniedziałki i w środy, dzięki uprzejmości Jerzego Millera, prowadzę zajęcia na basenie, dla dzieci z mózgowym porażeniem dziecięcym i z dysfunkcją intelektualną. Właśnie tam, pływając z niepełnosprawnymi dziećmi, odpoczywam.

W Polsce Pani profesja nie jest prawnie regulowana, nie ma ustawy o zawodzie. Czy Pani zdaniem kiedyś to się zmieni? Mamy społeczeństwo starzejące się. Mam wrażenie, że popyt na rehabilitantów będzie się zwiększał, a tym samym wzrośnie jej prestiż, może więc w przyszłości zawód ten będzie prawnie regulowany..

Powinno to szybko nastąpić. Rzeczywiście liczba ludzi starszych rośnie. W tej sytuacji, nie tylko rehabilitacja, ale i geriatria czy terapia manualna, powinny zainteresować. Coraz więcej ludzi narzeka na kręgosłup, stawy kolanowe i biodrowe. Winowajcą jest stresująca pogoń za pracą i siedzący tryb życia np. w biurze, samochodzie. Będą potrzebowali pomocy ze strony lekarzy i fizjoterapeutów. Według mojej wiedzy, jest mało specjalistów z geriatrii. Nie ma poradni przeciwudarowych oraz poradni nadciśnienia tętniczego. A tak poza tym, oddalamy od siebie moment starzenia się i nie dbamy o relaks i odpoczynek, chociaż coraz częściej widuje się ludzi biegających i uprawiających nordic walking. Myślę, jednak, że na razie, o zmianach w prawie można tylko pomarzyć.

Ma Pani jakieś inne marzenia?

Moim marzeniem jest prowadzić terapię środowiskową, tak jak w Stanach Zjednoczonych. Jeździć do pacjenta do domu. Aby chory miał możliwość wypożyczyć sprzęt lub zakupić w korzystnej cenie i ćwiczyć w naturalnym środowisku. Nie w klinikach, wśród obcych. To psychicznie przygnębia. Wygląd szpitala, biały fartuch, powoduje, że człowiek czuje się niekomfortowo, nie ma wówczas motywacji. Natomiast w domu jest zupełnie inna atmosfera, chory może wrócić do swych ulubionych nawyków, które ułatwiają powrót do normalnego życia. W Polsce rehabilitacja środowiskowa dopiero rozwija się i aby wdrożyć ją w życie, potrzebne są fundusze społeczne. Kolejnym marzeniem jest sprowadzenie egzoszkieletu do Elbląga. Kiedy o tym mówię, ludzie potrząsają głową z niedowierzaniem, bo jak zorganizować tak astronomiczną kwotę. To cudowne, lecz ciężkie do zrealizowania. Ja jednak wiem, że cuda się zdarzają, trzeba w nie wierzyć i małymi kroczkami realizować.

A nie marzy się Pani otwarcie własnego gabinetu? Nie ma Pani tego w planach?

Nie, bo gabinet polega na tym, że przychodzą ludzie, którzy mogą być dowiezieni, albo którzy sami potrafią przyjść. Tak jak już wspomniałam, marzy mi się rehabilitacja środowiskowa dojazdowa, aby nauczać jak można samodzielnie ćwiczyć w domu, wykorzystując akcesoria użytku dnia codziennego. Pokazać coś nowego, innego niż siedzenie na fotelu, oglądanie telewizji czy narzekanie na swój los.

Coraz częściej słyszy się, że polscy fizjoterapeuci są zatrudniani np. we Francji czy Zjednoczonych Emiratach Arabskich, gdzie zarobki są o wiele wyższe. Czy gdyby dostała Pani intratną propozycję pracy np. w klinice medycznej w Paryżu czy Dubaju, zdecydowałaby się Pani na emigrację?

Myślę, że tak. Pojechałabym z ciekawości, aby zobaczyć jak w tych regionach świata leczy się niepełnosprawnych. Może przywiozłabym  nowinkę do Polski czy udałoby mi się przetransportować nowoczesny sprzęt do ośrodka w Elblągu.

Dziękuję za rozmowę.

  Aleksandra Kazuro Wersja archiwalna wpisu dostępna pod adresem: http://razemztoba.pl/beta/index.php?NS=srodek_new_&nrartyk= 12853

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.