Brak palców nie jest barierą

Brak palców nie jest barierą

Wypadek zmienił jego życie. W wieku 21 lat stracił palce prawej dłoni. Od dzieciństwa lubił majsterkować. Bakcyl złapany w młodości pozostał do dziś, a wypadek nie zmienił jego największego hobby. Dziś – jak sam mówi – trzeba pewne prace wykonać w trochę inny sposób, ale efekt końcowy jest ten sam. O upartym dążeniu do celu, sile charakteru i hobby, które stało się pracą, opowiada elblążanin Krzysztof Szulc, który świadczy usługi „złotej rączki”.

Pierwsze prace remontowe, jakie świadczył pan Krzysztof, sięgają jeszcze czasów, zanim poszedł do wojska. – W międzyczasie dorabiałem na tzw. „fuchach”. Mama pracuje w sklepie budowlanym, a to umożliwiało pozyskiwanie klientów i pojawiały się zlecenia. A że swoje zadania wykonuję sumiennie i rzetelnie, to tzw. pocztą pantoflową poszerzał się krąg zleceniodawców – wspomina Krzysztof Szulc.

„Pan przyszedł mi tutaj malować?”

14 lat temu uległ wypadkowi. – Niepełnosprawności nabawiłem się w pracy. Miałem 21 lat. Minęło jednak od tego wypadku sporo czasu i dziś inaczej na to wszystko patrzę – mówi. Pytany o to, jakie utrudnienia niesie ze sobą jego niepełnosprawność, bez wahania odpowiada, że wszelkie ograniczenia tkwią tylko w głowie. – Wychodziłem o 5:30 do pracy, a o 8:00 leżałem w szpitalu bez palców u jednej z rąk. Pierwsza moja myśl po tym, jak zorientowałem się, że nie mam palców w prawej ręce, brzmiała: „Jak ja będę mógł robić dalej to, co robię?”. Zawsze mnie interesowało majsterkowanie i bałem się, że będąc pozbawionym palców moje czynności manualne zostaną w znacznym stopniu ograniczone. Chwilę po tym pojawiła się przerażająca myśl o braku możliwości prowadzenia samochodu. Dziś brak palców w niczym mi nie przeszkadza. To trochę paradoksalne, bo zajmuję się usługami tzw. „złotej rączki”, a jedną mam nie w pełni sprawną. Wielu ludzi, gdy przychodzę do nich wykonywać zlecenie, patrząc na moją prawą rękę, przeżywa pewien szok i pyta: „Jak to? Pan przyszedł mi tu kłaść płytki?” albo „Pan przyszedł mi tutaj malować?”. Nie stanowi to jednak dla mnie problemu. Wykonanie każdej pracy to kwestia pomyślenia i kreatywności.

Fot. Mateusz Misztal

Jak wspomina, najgorsze chwile przeżywał tuż po samym wypadku. – Ten czas był dla mnie najtrudniejszy. Musiałem nauczyć się funkcjonować bez palców u jednej ręki. Dużo mi dało wsparcie najbliższych, ich obecność, która pozwoliła mi uwierzyć, że dam radę. Wiedząc, że są, stoją za mną i pomogą, gdy będzie trzeba, łatwiej było mi przejść przez to wszystko. Pamiętam ten pierwszy dzień po przebudzeniu. Cała ręka była w opatrunkach. Byłem przerażony i uświadomiłem sobie wtedy, że to nie był żaden zły sen, że to się wydarzyło naprawdę.

Pan Krzysztof przeszedł kilka zabiegów i operacji. Jego dłoń była porozrywana, dlatego niezbędny okazał się przeszczep skóry z ud. – Gdy opuściłem szpital, rozpoczęła się półroczna rehabilitacja, dzięki której zakres ruchu uszkodzoną ręką znacznie się poprawił – opowiada.

Wypadek wiele zmienił w jego życiu. – W dzieciństwie byłem zamknięty w sobie. Z tym nastawieniem, które miałem wtedy i ręką, którą mam dziś, nie wyszedłbym w ogóle z domu. Na początku, gdy po wypadku wracałem do tego, co lubię, chciałem coś udowodnić, może nieco na przekór, bo niektórzy mówili mi: „Ty już tego nie będziesz robił. Zostaw to, nie dasz rady”. Mówiłem wtedy: „Jak to? Ja nie dam rady? Dlaczego? Bo nie mam palców?”. Byłem bardzo zdeterminowany, aby udowodnić sobie i reszcie świata, że jestem w pełni sprawny, a brak palców w żaden sposób nie wpływa na efekt końcowy mojej pracy – zaznacza. – Poprzez swój upór udowodniłem tym wszystkim niedowiarkom, że byli w błędzie. Teraz jestem zdecydowanie silniejszy. Już nie muszę nikomu niczego udowadniać. Na moją siłę składa się zadowolenie klientów z dobrze wykonanej przeze mnie pracy.

Dobrze być leworęcznym

– Jestem osobą leworęczną. W dzieciństwie wstydziłem się tego. Każdy z moich kolegów i koleżanek był praworęczny, a tylko ja pisałem lewą ręką. Było to dla mnie też trochę przykre. Wierzę, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Zawsze coś jest po coś, nie ma przypadków. Dopiero po wypadku uświadomiłem sobie, że to, co wcześniej było powodem do wstydu, stało się wartością – mówi.

Fot. Mateusz Misztal

Niepełnosprawność pana Krzysztofa jest bardzo różnie odbierana przez osoby, które spotyka. – Duża część osób skreśla mnie, mówiąc: „Ten pan sobie nie poradzi”. Wiem jednak, że każdy problem da się rozwiązać. Tylko trzeba chcieć – podkreśla. – Jakiś czas temu byłem w Holandii. Dwie agencje pośredniczące w załatwianiu pracy zrezygnowały z szukania jej dla mnie, gdy dowiedziały się, że nie mam palców. Jednak pojechałem tam, by spróbować w trzeciej i dawałem z siebie 300 procent normy. Pamiętam, że pierwszego dnia pracujące tam osoby były zaskoczone tym, z jaką łatwością radziłem sobie z czynnościami wymagającymi zręczności obu rąk.

Jakie ma plany na przyszłość? – Chciałbym zostać w Polsce, głównie ze względu na rodzinę i w dalszym ciągu robić to, co lubię, czyli swoją pracą pomagać ludziom.

Pieniądze to nie wszystko

– Czas pobytu w Holandii był momentem, gdy mogłem sobie wszystko poukładać w głowie. Pracowałem za większe pieniądze, ale jak wiadomo, pieniądze to nie wszystko. Miałem tam też propozycję prowadzenia działalności jednoosobowej. Bardzo korzystna oferta, ale ją odrzuciłem. Tu w Elblągu też jest potencjał. Wróciłem tutaj, bo najważniejsze dla mnie są moje dzieci i rodzina. Dzieci dają mi sens życia, a dzięki mamie zawdzięczam wszystko to, do czego doszedłem zarówno w życiu zawodowym, jak i prywatnym. Jak podkreśla pan Krzysztof, dziś nie ma w mieszkaniu naprawy, której by się nie podjął. – Trzeba mieć odrobinę chęci, wyobraźni przestrzennej i kreatywności, by zrobić to, co się chce.

Praca daje mu pieniądze, ale jak sam mówi, dostaje coś jeszcze. – Uśmiech i satysfakcja tej drugiej osoby jest najlepszą nagrodą. Niezwykle budująca jest świadomość, że komuś udało się pomóc.

Fot. Mateusz Misztal

1 Komentarz

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.