Blog na Nowy Rok: Nie odkładaj swojego szczęścia na później...

Co to jest szczęście? – Pewnie każdy z nas wielokrotnie zadawał sobie to pytanie w myślach, szukając właściwej jedynej odpowiedzi. Zdaję sobie sprawę z tego, że na tym pytaniu połamali sobie zęby filozofowie i uczeni, którzy żyli przede mną, nie znajdując ani myśli ani słów, dla określenia „szczęście”.

Kiedyś, tzn. jeszcze 10 może 5 lat temu, miałam wyobrażenie o szczęściu, że jest to coś wspaniałego, coś co trwa, uczucie, błogostan, na który składają się miłość – taka bez kolców (a takiej przecież nie ma), wymarzona praca, dobre wykształcenie, dom wypełniony dziećmi, może samochód i w miarę zasobny portfel, tak by po prostu było mnie na wszystko stać, by nie dusić ostatniej złotówki w kieszeni, myśląc na co by tu ją spożytkować, by wystarczyło do „pierwszego”.

Wiele było w moim życiu momentów trudnych i zwrotnych, które naprawdę dawały mi w kość. Z drugiej strony nie jestem jeszcze taka stara by tu coś reasumować :) ale jak to w życiu, przeważnie narzekało się na brak pieniędzy, choć i z tym jakoś można było sobie poradzić. Zdarzyły się też takie sytuacje, które pokazały mi na czym tak naprawdę polega szczęście. W zasadzie był, a może nadal trwa szereg zdarzeń, które uświadamiają mi każdego dnia, na czym polegał błąd mojego rozumowania.

Gdybym miała wybrać to które okazało się kluczowe dla znalezienia odpowiedzi na pytanie postawione wcześniej, z pewnością wybrałabym ten dzień kiedy usłyszałam diagnozę lekarską, że moje dziecko nie żyje – jego maleńkie serduszko przestało bić. Był to 12 tydzień ciąży.  Byłam świeżo po studiach, mąż od kilku lat namawiał mnie na maluszka, ja jednak zwlekałam, starając się skrzętnie poukładać wspólne życie: najpierw studia, kupno mieszkania, potem dziecko. Tuż po obronie pracy magisterskiej dowiedziałam się że jestem w ciąży. Rodzina szalała z radości, ja jakoś nie tryskałam entuzjazmem, bo wiedziałam, że coś się kończy. Gdybym jednak wiedziała, co wydarzy się potem, nawet nie dopuściłabym takich myśli, że tego maleństwa, które jest już we mnie, mogłoby nie być, bo… nie byłam gotowa. Z każdym jednak dniem zakochiwałam się w mojej Kruszynce, czekałam na wizyty kontrolne u pani ginekolog, czekając na pierwsze ruchy, kształty, bicie serduszka. Wszystko było pięknie do pewnej soboty. Pojawiły się nagle dziwne bóle podbrzusza, plamienia. W niedzielę trafiłam do szpitala, tam jednak lekarz, badając mnie stwierdził, że wszystko jest w porządku, a to, że plamię jest normalne – „macica rozciąga się” i takie tam… Potem już było tylko gorzej. W poniedziałek usłyszałam, że moja ciąża obumarła. Zawalił się cały mój świat. Gdy traci się dziecko, dziura w sercu jest tak wielka, bo wraz z nim umiera cała niedokończona przyszłość, coś, co mogło się wydarzyć. Kończy się droga, która się jeszcze nie zaczęła. Ktoś, kto nie przeżył poronienia, nie jest w stanie sobie wyobrazić uczuć jakie przeżywa kobieta po stracie. Bardzo często jej otoczenie jest przekonane, że skoro ciąża zakończyła się tak szybko, to matka nie zdążyła się do dziecka ”przyzwyczaić”. Chcąc ją pocieszyć niekiedy bliscy dodatkowo ją ranią, trywializując śmierć (”nic takiego się nie stało, to normalne”) i bagatelizując przeżycia kobiety (klasyczne ”jest pani młoda, będzie pani miała następne”).

Potem fartuchy, fotel, strzykawki
Obudziłam się w sali, gdzie leżała ze mną jeszcze jedna młoda dziewczyna, która też poroniła. Leżałyśmy w ciszy, każda jednak z tym samym uczuciem pustki. Mówili, że po poronieniu ciało zwykle dość szybko dochodzi do siebie. Nie wiedzieli jednak, że dużo gorzej jest z duszą. Dla kobiety zawala się jej świat, dla innych to tylko ”mała ciąża”. ”Może to lepiej, bo pewnie byłoby chore”, ”nie przejmuj się”, ”przestań o tym myśleć” – to najczęstsze i bardzo bolesne słowa jakie się słyszy. Wszystko to potęguje poczucie bezradności, zagubienia, lęku, osamotnienia i niezrozumienia, czasem nawet niechęci do życia. Tymczasem matka musi opłakać swoje marzenia związane z dzieckiem, które właśnie utraciła.

To był czas, kiedy umarła we mnie cała moja nadzieja. Jeszcze niedawno czułam się dobrze, nic nie zapowiadało takiego obrotu sprawy, mogłam pracować, leżeć, sprzątać, tańczyć, albo złościć się na męża. Od tego momentu, żyłam z poczuciem winy. Na każdym kroku pojawiały i nadal się pojawiają: ”Nie potrafiłam dać życia mojemu dziecku, zawiodłam je”. Co gorsza w takiej sytuacji kobieta traci zaufanie do własnego ciała, bo stało się coś, na co nie miała żadnego wpływu ani kontroli. A skoro nie można ufać swemu ciału, to znaczy, że nie można ufać sobie. Czułam się gorsza – bo nagle dookoła mnie pojawiły się inne brzuszki, małe dzieci, wózki. Pojawił się gniew, frustracja, zazdrość: ”dlaczego mi się nie udało, w czym zawiniłam, za co ta kara?” Krzyczałam w duchu do Boga: „Dlaczego ja?!”  
Z każdym dniem ból nie słabnął, choć potrafiłam z nim żyć – to była naprawdę trudna lekcja. Chciałam jak najszybciej zapomnieć, wrócić do normalnego życia, do normalnych problemów sprzed ciąży. Jak ja za tym tęskniłam.

Nie minął miesiąc jak dowiedziałam się, że jestem chora. Padła diagnoza – BORELIOZA – to brzmiało jak co najmniej hasło z gry w kalambury. Dla mnie zagadka. Co rusz pojawiały się dziwne objawy, tępy ból głowy, chroniczne zmęczenie, bóle stawów, mięśni, mrowienia, pieczenia. Odechciało mi się żyć, wiedząc, że ta choroba może prowadzić do inwalidztwa, bądź do częściowego wykluczenia z dotychczasowego życia. Długa antybiotykoterapia i będzie dobrze – mówili lekarze. Starałam się zachować zdrowy rozum i wytłumaczyć sobie – przecież nie pójdziesz na zwolnienie lekarskie, i co będziesz w domu siedzieć i zagłębiać się w swoje problemy?  Tak też zrobiłam. Pracowałam ile mogłam, by tylko nie dać się chorym myślom. Ale i tak  przez moją głowę przebiegały galopem przeróżne obrazy – na przykład taki, gdzie siedzę na wózku inwalidzkim i próbuję pokonać krawężnik, przejeżdżając przez ulicę, albo taki, gdzie mój mąż zmęczony życiem z kaleką i w dodatku nie mogącą dać mu potomstwa, mówi, że odchodzi.

W pewnym momencie doznałam jakiegoś dziwnego olśnienia, a stało się to wtedy, kiedy pomyślałam sobie: „Boże ile ja bym dała, żebym mogła wrócić do tych czasów, kiedy jeszcze wszystko było normalnie. Niczego więcej nie potrzeba, tylko tego by czuć się dobrze, móc normalnie żyć – nie tak jak teraz od tabletki do tabletki, albo od lekarza do lekarza.
Ale chwileczkę – odezwał się drugi głos w mojej głowie. Przecież Ty to wszystko miałaś. Przecież jeszcze pół roku temu, przeszłabyś obojętnie obok matki z dzieckiem, obok jadącego na wózku inwalidzkim.

Czy byłaś wtedy najszczęśliwszą osobą na świecie?! – krzyczał tajemniczy głos w mojej głowie.

No i w tym momencie, musiałam odpowiedzieć przecząco. Nie, nie byłam. Skłamałabym, gdybym powiedziała inaczej. Zresztą mój mąż ciągle mi wypominał, że ciągle narzekam, że się czepiam głupot, malkontencę, że się złoszczę i obrażam o byle co.

Zaczęłam z uwagą przyglądać się swojemu życiu, swoim zachowaniom, swoim myślom z tamtego czasu „przed…”
I doszłam do wniosku, że nie byłam szczęśliwa, mając wszystko: kochających rodziców, męża, pracę w której spełniałam się zawodowo, mój Boże! – nie widziałam szczęścia, choć ono było! Jakie to smutne. Oczywiście to nie było tak, że ciągle byłam nieszczęśliwa. Były chwile, dni, kiedy czułam, że szczęście jest obok mnie, że mi sprzyja, ale byle drobiazg, głupia rzecz, niegrzeczny pies, sprzeczka z mężem potrafiła natychmiast wyrwać mnie ze stanu określanego jako „szczęście”.

Czy gdybym teraz nagle jakimś cudem odzyskała zdrowie, bądź jakiś uzdrowiciel dotknął mnie swym palcem niczym czarodziejską różdżką i powiedział „jesteś zupełnie zdrowa”, czy potrafiłabym żyć inaczej niż kiedyś? Myślę, że tak. Pierwsza moja reakcja byłaby taka, że z radości skakałabym pod sufit, potem… no właśnie co potem? Potem pewnie bym zaczęłabym żyć tak jak chciałam, ale już inaczej. Jak? Zwyczajnie! Ciesząc się tym, co mam. Ciśnie się na myśl jedno zdanie: „Przecież możesz już teraz zacząć żyć normalnie, tak jak tego chciałaś!” Owszem i tak też to robię. Idąc dalej tym tokiem myślenia, łatwo stwierdzić – choroba była ci potrzebna, żeby to zrozumieć. Tak! Może i jestem idiotką, muszę to powiedzieć: Była mi ona potrzebna by uświadomić mi kilka ważnych rzeczy, tych kluczowych, które składają się na sens  życia. Że wygrałam miłość, że mam powody by się cieszyć, że mam szczęście, bo mam kochającą rodzinę.

Czy kiedyś, gdy kłóciłam się z mężem, myślałam o tym, że gdy wyjdzie do pracy następnego, to może już z niej nie wrócić? Nie. Nie myślałam o tym. A przecież jakiś odsetek mężów na całym świecie codziennie nie wraca do swych domów, a ich żony dowiadują się, że doznali wypadku. Czy gdyby wiedziały co się stanie, nie kłóciłyby się z nimi? Na pewno nie. Nie da się ukryć, ani zaprzeczyć, kłócimy się zwykle o jakieś „pierdoły” i to nieustannie, bo tak już po prostu jest.

To, że zapominamy o rzeczach najważniejszych powoduje, że drażnią nas drobiazgi, byle błahostki, do których przywiązujemy zbyt dużą wagę. Ktoś może powiedzieć: „Z błahostek składa się życie” – zgadza się. Ale nie mogą nam one przesłonić sedna naszego życia – szczęścia i radości, która powinna z niego wypływać każdego dnia.
Na wielu forach internetowych można przeczytać, że borelioza to choroba, która nie zabije cię od razu, pozwoli ci żyć kilkadziesiąt lat, ale ból i chroniczne zmęczenie towarzyszące tej chorobie, sprawi, że każdego dnia będziesz chciała umrzeć.

Ale, kto inny mógłby powiedzieć: „Przecież życie w ciągłym bólu, to przecież nie jest taka błahostka, przecież tak się nie da funkcjonować, a co najważniejsze zachować pogodę ducha i być szczęśliwym”. Z kolei ktoś mógłby stwierdzić, że mając problemy finansowe nie da się uśmiechać, normalnie żyć. MOŻNA! Trzeba tylko odkryć w sobie to drugie dno, głębiej zakopane pokłady szczęścia, których gołym okiem nie potrafimy dostrzec.

Zwykle dzieje się tak, że swoje szczęście uzależniamy „od czegoś”. – Jak będę miała lepszą pracę to…, jak będę po studiach to…, będę szczęśliwa jak będę miała własne mieszkanie i tak dalej i tak dalej…A w życiu jak to w życiu, zazwyczaj nie dostajemy wszystkiego, czego chcemy. Nie ma chyba na świecie ludzi, którzy mają zupełnie wszystko i są absolutnie szczęśliwi. Zawsze coś się psuje, albo czegoś brakuje. Gdy uda nam się znaleźć lepszą pracę i już jesteśmy szczęśliwi, to ktoś w rodzinie zaczyna chorować i nasze szczęście odkładamy na później. A jak już ta osoba wyzdrowieje, to albo zepsuje się komputer, albo ktoś skasuje nam auto na parkingu i znów bycie szczęśliwym musi zaczekać w poczekalni życia, które przecież ciągle się toczy, bo to przecież nie gra, nie możemy wcisnąć pauzy, escape albo delete.

Dziś wiem, że takie myślenie jest zbrodnią dla siebie samych i szczęścia, które pragniemy osiągnąć. Ta choroba i dziwne koleje losu, nauczyły mnie jednego – odkrywać swoje szczęście „mimo że”.  Mimo, że jestem chora, mimo że straciłam dziecko, mimo, że nie mam swojego mieszkania, że czasem miewam takie dni, kiedy nie mam siły wstać z łóżka. Przestałam życiu dyktować warunki. Zrozumiałam, że świat w którym żyję, nigdy nie będzie taki, jakim chciałabym go widzieć.

Nie wiem co będzie jutro, za godzinę, za dwie. Ale teraz, mimo, że moje życie nie jest tak idealne jak bym chciała, cieszę się, wiem, że mam wiele powodów by skakać z radości, choćby pod sam sufit.

W tym momencie przyszła mi do głowy ciekawa myśl, która z pewnością będzie dobrą poradą może i dla Ciebie. Spróbuj wypisać na kartce 100 powodów dla których warto być szczęśliwym nawet jeśli… (resztę dośpiewaj sobie sam/a) .
Od dziś nie będę odkładać życia na później. Nawet jeśli choroba da mi jeszcze popalić ( a jest to możliwe) nie będę wpadać w panikę, bo to niczego nie zmieni. Moje czarnowidztwo nie pomoże, a jedynie może zaszkodzić. Przez ten czas nauczyłam się, że bycie szczęśliwym nie zależy tylko od tego, czy jest się pięknym, zdrowym, bogatym, bo szczęście to przecież coś więcej aniżeli uroda, zdrowie, pieniądze. Owszem pomagają nam przeżywać stan szczęścia, ale go nie wykluczają. Przecież zawsze zostaje nam coś, co jeszcze mamy dobrego, czym można się cieszyć, a co jeszcze możemy stracić. Mówią, że każdy kij ma dwa końce – i jest to święta prawda. Każda sytuacja, nawet ta o najgorszym scenariuszu może mieć pozytywne przesłanie. Ale to od nas samych zależy, czy będziemy potrafili dostrzec ten drugi koniec „kija”. Każde złe doświadczenie, jest dla nas na tyle dobre, na ile potrafimy z niego wynieść choćby źdźbło pozytywu.

Pewien szczęśliwy człowiek zwykł mawiać: „Za wszystko co było, „dziękuję”, na wszystko co będzie „tak”.

Czy zgoda na wszystko co przyniesie życie jest klęską? Nie! Wręcz odwrotnie, stanowi o naszej sile i niewyczerpanych pokładach nadziei na dalsze dni ze szczęściem. Kiedyś powiedziałabym, że „Nie”, a dziś, mówię „Tak”, bo z życiem nie wygrasz ;) i tak przyniesie to, co ma przynieść, a to czy będę przeżywać swoje problemy z uśmiechem, czy łzą w oku niczego nie zmieni, a może jedynie pozbawić mnie radości dnia kolejnego.  Chwytająca szczęście Wersja archiwalna wpisu dostępna pod adresem: http://razemztoba.pl/beta/index.php?NS=srodek_new_&nrartyk= 3160

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.