Na jednej ze stron na Facebooku w ostatnim czasie natknąłem się na post o jakże intrygującym tytule: „Orzekanie o niepełnosprawności – ogólne zasady”. I tutaj zapewne wiele osób, które miały styczność z systemem orzeczniczym, z pewnością w pierwszej chwili ze zdziwieniem stwierdziło: „A to są jakieś zasady?!”. Kluczem wydaje się być tutaj słowo „ogólne”. I nagle każdy zaczyna rozumieć, że jak „ogólne” – to żadne.

Niestety, zamiast artykułu o tym, jakimi kryteriami kierują się lekarze orzecznicy przy wydawaniu swoich opinii, dostajemy długi tekst na zasadzie poradnika, w którym opisuje się całą procedurę ubiegania się o orzeczenie. No cóż, materiał wartościowy i z dużą dawką przydatnych informacji, lecz przyznaję, liczyłem na coś zupełnie innego. A tak zostałem tylko nowym użytkownikiem unikalnym w statystykach strony, który równie niespodziewanie się pojawił, jak i znikł.

Zapaść się pod ziemię powinni niektórzy klienci integracyjnej kawiarni, którzy nalegali na właścicieli, by ci zatrudnili do ich obsługi pełnosprawnych kelnerów, bo przy tych z zespołem Downa, którzy ich obsługiwali, oni czuli dyskomfort. Trudno znaleźć mi odpowiednie słowa (a cisną się tylko te nienadające się do publikacji), którymi mógłbym opisać tych „państwa” – specjalnie małą literą. Ostatecznie odpowiedź przyszła z radia: „Myślisz może, że więcej coś znaczysz. Bo masz rozum, dwie ręce i chęć… […] Mniej niż zero!”.

Polacy czytają mało. Jak wynika z danych za ubiegły rok, jedną książkę w minionych 365 dniach przeczytało tylko (albo aż) 37 proc. naszych rodaków. Kogoś dziwi, że dwie trzecie Polaków nie sięgnęło w ciągu dwunastu miesięcy nawet po jakiś poradnik, album albo chociaż przewodnik? Mnie wcale. Przecież wszystko mamy w internecie. Już nawet jak „czytamy”, to e-booka (podobno [sic!] jest bardziej ekologicznie) lub swoją uwagę kierujemy na audiobooki. Przyznaję, że w ostatnim czasie i ja wykupiłem abonament na taką usługę, gdyż z braku czasu nie mam kiedy czytać, a tak idąc do i z pracy lub kierując się na spacer z dzieckiem bądź zwykłe zakupy, mogę sobie „załączyć” aplikację i pochłaniam kolejne rozdziały książek. Nie oznacza to, że książek nie kupuję. Te pojawiają się u mnie w domu średnio dwie, trzy na miesiąc. Nobla temu, kto sprawi, że znajdę czas na ich czytanie, ale wierzę, że prędzej czy później ta chwila nadejdzie, choćby mieli mnie z tymi „zapasami” pochować.

I jeszcze chwilę o książkach. Z jednej strony jest odsetek Polaków, który nie czyta, a z drugiej strony mamy rzeszę grafomanów-celebrytów, którzy opisują swoje historie, życiorysy i porady na niemal każdy temat. I choć z krajobrazu naszych miast znikają kolejne księgarnie, to okazji do kupienia twórczości literackiej wręcz przybywa. Dziś książki kupić można już niemal wszędzie: dyskontach, drogeriach, kioskach, dworcach, pocztach, rynkach, urzędach, kościołach, a ostatnio nawet widziałem stragan z książkami w aptece i uwaga… przy wejściu na cmentarz. Cóż, nic mnie już nie zdziwi. Skoro na poczcie natknąć można się na ofertę kupna węgla, to czemu na cmentarzu nie można by nabyć najnowszej książki uznanego celebryty?