„Basia nauczyła mnie, że trzeba więcej słuchać niż mówić”

„Basia nauczyła mnie, że trzeba więcej słuchać niż mówić”

„Dzisiejszy świat chowa trudne tematy pod dywan, a cierpienie i umieranie są trudnymi tematami. Śmierć w grach komputerowych czy filmach jest farsą. Śmierć w naszym życiu jest cicha, mało efektowna, ale jest prawdziwa i powinna być obecna w naszych domach, powinniśmy się z nią oswajać”. O życiu na granicy śmierci, działalności wolontariatu, hospicjach i księdzu Janie Kaczkowskim w rozmowie z Krajowym Duszpasterzem Hospicjów, ks. dr. hab. Piotrem Krakowiakiem.

Ksiądz, teolog i psycholog; dyrektor gdańskiego Hospicjum, założyciel Fundacji Hospicyjnej, Krajowy Duszpasterz Hospicjów, ale przede wszystkim obecny w domach chorych i w wielu ośrodkach hospicyjnych i paliatywnych w całym kraju – mowa o ks. Piotrze Krakowiaku.

Skąd u księdza pomysł na to, by właśnie w ten sposób pomagać ludziom, by pomagać tym najbardziej schorowanym, najbardziej cierpiącym?

Wszystko zaczęło się od wolontariatu. Wolontariuszem zacząłem być jako nastolatek i razem z przyjaciółmi pomagałem niepełnosprawnej kobiecie na wózku. I tak to się później potoczyło, że chorzy i niepełnosprawni stawali się mi bliscy w kolejnych pracach w pallotyńskim seminarium. Po święceniach kapłańskich przekonałem się, że potrzebuję jeszcze nabyć wiedzę psychologiczną i tę wiedzę zdobyłem we Włoszech, najpierw u Salezjanów, potem u Jezuitów, a na końcu już po dyplomie – na poliklinice Gemelli, w Rzymie. Tam dowiedziałem się o psychoonkologii. Potem dostałem stypendium na studia doktoranckie w Stanach Zjednoczonych na Uniwersytecie w Notre Dame, koło Chicago, co dało mi okazję, by przez ponad rok poznawać i zbadać amerykańską rzeczywistość hospicyjną. W 2000 roku wróciłem do Polski i zacząłem działalność w Gdańsku.

Usłyszałem kiedyś takie stwierdzenie, że hospicjum jest miejscem, w którym można spotkać niezwykłe ludzkie historie. Czy w trakcie księdza posługi w hospicjach pojawiła się taka historia, taka osoba, która wywarła największe wrażenie i zapadła najbardziej w pamięci?

Tak. Napisałem też o tym w swojej książce „Zdążyć z prawdą. O sztuce komunikacji w hospicjum”. Jedną z moich pierwszych pacjentek, którą obejmowałem opieką i modlitwą była Basia, absolwentka prawa. W trakcie pisania pracy magisterskiej okazało się, że coś ją boli w kręgosłupie. Myślała, że to od przemęczenia, a to był nowotwór kręgosłupa. Dość szybko miała przerzuty. Gdy ja ją spotkałem, to była już bardzo ciężko chora. I ona mnie nauczyła bardzo ważnych rzeczy, min. tego, że trzeba słuchać, a nie mówić, że to chory wie co mu jest, a nie wszyscy wokół, którzy chcieliby się mądrzyć. Wtedy wydawało mi się, że przecież dużo o tym wiem, o chorobie, o cierpieniu, bo byłem wolontariuszem, spotykałem ludzi cierpiących, pisałem przecież o tym pracę magisterską. A ona mówiła: „Co ty sobie do cholery myślisz? Przecież to ja cierpię”. Naprawdę wiele mnie nauczyła. Od poznania jej minęło ponad 20 lat, ale to właśnie ona była taką moją bardzo ważną nauczycielką życia. Takich osób było też więcej. W swojej książce opisałem kilkanaście takich osób. Spotkałem kilkaset ludzi w podobnym stanie, w podobnej sytuacji i tak naprawdę każdy z nich odciskał jakieś piętno, mniej lub bardziej pozostawał w pamięci.

Wspomniał ksiądz o tym, że Basia nauczyła księdza tego, że należy ludzi słuchać. A jak to jest, kiedy siedzi się przy łóżku chorej osoby? Wtedy warto rozmawiać, mówić? Bywa, że każde słowo wydaje się być w takich okolicznościach nieodpowiednim. Czy może jednak właśnie wtedy wystarczy tylko obecność przy tej osobie w postaci trzymania jej za rękę?

Nie ma dobrej definicji na to, bo tak jak jesteśmy różni, tak różne są nasze potrzeby u kresu życia. Na pewno samo siedzenie obok to za mało, bo to utrwala obraz tego, że siedzimy i nic nie robimy. Mamy być bardzo aktywni, czyli aktywnie słuchać. Trochę jest tak, że każda osoba stanowi nowe wyzwanie. Każdej osoby trzeba się, mówiąc kolokwialnie, „nauczyć”. Jeśli potraktuję każdego pacjenta identycznie i powiem, że już umiem z ludźmi cierpiącymi rozmawiać, to poniosę porażkę.

Pomaganie ludziom chorym, praca w hospicjum wymaga takiego zaangażowania na pełen etat, na 100 procent?

Odpowiem może trochę przewrotnie. Ci, którzy znaleźli się w hospicjach i ich rodziny to są szczęściarze. Tam są bardzo dobre interdyscyplinarne zespoły pracowników i wolontariuszy. Tylko, że ten zespół zmienia się co 8-10 godzin. Ludzie, którzy pracują 7 dni w tygodniu i 365 dni w roku – o wiele więcej niż na pełen etat, to Ci, którzy zajmują się swoimi bliskimi w domach. Tam nie ma kogoś, kto by przyszedł i zrobił tzw. drugą zmianę, a często jest tak, że żona zajmuje się chorym mężem i nikogo do pomocy nie ma. Dzieci w pracy, wnuki w szkole i ta starsza osoba zostaje sama. I dzisiaj tym moim zadaniem jest to, żeby mówiąc o tym, że sporo nam się udało zrobić w hospicjach, przenieść te praktyki z hospicjów do opieki domowej nad wszystkimi ciężko chorymi i starszymi. Mamy takie dane, że tylko 20 procent osób bardzo chorych trafia do hospicjów. A co z tymi 80 procentami? Mamy w całym kraju ponad 400 hospicjów. Dużo, bo to jeden z lepszych wyników w Europie środkowo-wschodniej. Jednak liczby ciężko chorych w domach pokazują, że to wciąż za mało i że jako społeczeństwo musimy wspierać opiekunów rodzinnych!

Często słyszy się takie określenie, że hospicjum jest miejscem, w którym ludzie tylko i wyłącznie umierają, że z tego miejsca już się nie wychodzi. Kilka lat temu z księdza inicjatywy narodziła się kampania społeczna „Hospicjum to też życie”. Co ksiądz powiedziałby tym wszystkim sceptykom, którzy uważają, że hospicjum nie jest miejscem życia?

Jako twórca tej kampanii powiedziałbym, że jest to najprawdziwsze zdanie na świecie. Gdybym uważał, że jest inaczej, to zapewne taka kampania nigdy by nie powstała. Musimy pamiętać, że nasze życie nie składa się tylko z chwil, gdy jesteśmy szczęśliwi, gdy jest nam dobrze, gdy jesteśmy zdrowi, piękni i bogaci, ale i z takich, gdy jesteśmy smutni, gdy jest nam źle, gdy zmagamy się z jakąś chorobą, gdy jesteśmy starzy. Dlatego życiem jest też cierpienie i umieranie. Dzisiejszy świat chowa trudne tematy pod dywan, a cierpienie i umieranie są trudnymi tematami. Śmierć w grach komputerowych czy filmach jest farsą. Śmierć w naszym życiu jest cicha, mało efektowna, ale jest prawdziwa i powinna być obecna w naszych domach, powinniśmy się z nią oswajać. W ramach kampanii „Hospicjum to też życie” zapraszamy do hospicjów dzieci, także dzieci z przedszkoli, po to by odwiedziły te domy hospicyjne, spotkały się z chorymi. One nie są narażone na to, że muszą siedzieć przy umierającym i patrzeć jak kona w cierpieniu. Chodzi o to, żeby przyszły do tego miejsca, żeby w ogóle się z tym tematem zetknęły. Często potem dostajemy telefony od rodziców z zapytaniem: „Gdzie wy te dzieci prowadzicie?”. No jak to gdzie? Do miejsca, które pokazuje tę stronę naszego życia, którą się pomija, do miejsca, w którym czasem też kończy się życie. Chcemy też pokazać jak pracują tam wolontariusze, z jaką troską zajmują się tymi chorymi. Włączamy umieranie, śmierć i żałobę do całego spektrum ludzkiego życia – włączamy śmierć do życia!

Niezwykle ważni są wolontariusze pomagający tym, którzy cierpią, chorują. Zdarzają się też przypadki wolontariuszy, którzy zajmują się chorymi, wspierają ich i rozmawiają z nimi, mimo że sami są chorzy i w niedalekiej perspektywie mają śmierć. W 2014 roku w TVN 24 w programie „Czarno na białym” wyemitowany został reportaż o księdzu Janie Kaczkowskim, który miał glejaka mózgu i pozostało mu kilka miesięcy życia, a mimo tego prowadził hospicjum. Dziś nie ma go już pośród nas. Skąd on brał siłę do tego, by mimo swojego cierpienia pomagać innym?

Musiałby pan zapytać o to jego samego. Znałem jednak księdza Jana przez wiele lat, przyjaźniliśmy się i na tyle na ile go znałem, to wiem, że czerpał on tę siłę z przekonania, że było to jego powołaniem. Wiem z rozmów z nim, że on po prostu to cierpienie przyjął, a to nie jest łatwe i sam o tym też niejednokrotnie mówił. Czasem był wściekły, chciał, żeby stał się cud, żeby wyzdrowiał. Swoją osobą uczył wielu lekarzy i studentów medycyny jak powinni rozmawiać z chorym człowiekiem. On był w sytuacji, w której czasem niewyraźna mina lekarza czy jakieś półsłówka były raniące. Właśnie dlatego, że mimo choroby był tak silny, to też dlatego był i jest tak chętnie słuchany, bo był autentyczny. On też uświadamiał nam wtedy, że jego zegar tykał inaczej niż nasz – ludzi zdrowych. Jego przykład uczy przede wszystkim pokory i potwierdza słowa księdza Jana Twardowskiego: „Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą…”. Ksiądz Jan wiedział, że w perspektywie kilku najbliższych miesięcy umrze, bo na jego chorobę nie ma antidotum. W 2014 roku zmarł mój tata. Był okazem zdrowia. Na święto niepodległości wziął udział w rajdzie rowerowym i wygrał w swojej kategorii wiekowej. A potem nagle wylew krwi do mózgu i już go nie ma. Często powtarzamy, że bliskim, w których rodzinie zmarł ktoś ważny, jest ciężko i wydaje się, że ten ból tych bliskich zmarłego rozumiemy, a kiedy podobna sytuacja dotyka nas, to nie potrafimy sobie z tym poradzić. Po to właśnie są te akcje, kiedy to prowadzimy dzieci do hospicjum. Chcemy nauczyć te dzieci tego, że śmierć jest obecna i nie ma od niej ucieczki. Będzie dotykała naszych bliskich i kiedyś też dotknie nas samych, mnie i pana. Tak jak już wspomniałem, musimy nauczyć się, że śmierć jest obecna. Tego też uczył swoim życiem i wywiadami, książkami i spotkaniami ksiądz Jan. Ktoś powie, że przecież pakiet eutanazyjny kosztuje tylko 10 euro, a dzienne utrzymanie chorego pacjenta dużo więcej. Tylko że jeśli ktoś przepracował całe życie, to teraz mamy go za 10 euro zabić? I jeszcze mówić, że to dlatego, że jesteśmy miłosierni? Czy może jednak powinniśmy zachęcać ludzi do wolontariatu, do bycia przy chorych, do słuchania ich historii, ich marzeń, które mają do ostatnich dni życia…

Jak wygląda kadra wolontariuszy? Więcej jest chętnych ludzi młodych czy starszych?

Różnie to wygląda. Gdy zaczynałem tę działalność hospicyjną, to byli to głównie ludzie młodzi. Później odkryliśmy ten wolontariat ludzi nieco starszych, a i także takich z już siwymi włosami. Proszę mi wierzyć, że ci starsi są świetnymi wolontariuszami dzięki swojemu doświadczeniu życiowemu, no i mają też więcej czasu niż ludzie młodzi. Z ludźmi młodymi jest tak, że ich praca w ośrodkach hospicyjnych nie trwa długo, bo kończą szkoły i studia, wyjeżdżają, często zmieniają miejsce zamieszkania, a ludzie starsi, będący na emeryturze już nie. I to oni właśnie są trzonem tego wolontariatu i stanową jego ogromną siłę. Ale młodzi też się w to angażują, nawet młodzież z klas VII i VIII szkół podstawowych. Wolontariat jest dobry wtedy, kiedy jest wielopokoleniowy. Sami wolontariusze mogą się wtedy wiele od siebie nawzajem nauczyć. Młodsi od starszych i odwrotnie.

Przed nami okres świąt Bożego Narodzenia. Wtedy stajemy się ludźmi innymi – lepszymi, chętniej pomagamy ubogim, potrzebującym i chorym. Co zrobić, żeby to pomaganie nie było tylko odświętne? Żebyśmy umieli pomagać nie tylko w grudniu, ale także w innych miesiącach roku?

Należy o tym mówić, pisać – a to już zadanie mediów, dziennikarzy, w tym także pana zadanie. Jeśli w naszym pobliżu mieszka samotny człowiek, to go odwiedźmy, zróbmy mu obiad, podzielny się zupą, czy po prostu – posłuchajmy! Sprawmy, żeby ten człowiek poczuł się potrzebny, porozmawiajmy z nim. Czasem wystarczy naprawdę niewiele. Jeśli mamy w rodzinie przewlekle chorą osobę, to pomyślmy o tym, że ofiarą często jest ta najbliższa osoba, która się cały czas tym chorym zajmuje. I zamiast mówić jak tej osobie ciężko, powinniśmy pójść raz w tygodniu na pół dnia i pomóc. Pewnie niewiele, ale proszę mi wierzyć, że dla tej osoby zajmującej się chorym 24h/dobę to ta nasza pomoc będzie czymś dużym. Często mówimy: „No ja chciałbym pomóc, ale nie za bardzo wiem jak, nie wiem komu mógłbym pomóc”. Wystarczy się rozejrzeć dookoła i na pewno znajdziemy kogoś, kto pomocy potrzebuje.

Fot. Fundacja Hospicyjna

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.